Hymn do Prozerpiny

Total votes: 2502

Algernon C. Swinburne

(Po ogłoszeniu chrześcijaństwa religią panującą w Rzymie)

Vicisti, Galilaee

Żyję dość długo i jedno – że miłość się kończy, widziałem wyraźnie;
Bogini, dziewico, królowo, bądź teraz przy mnie i wejrzyj przyjaźnie.
Tyś więcej niż dziś lub jutro, pory roku, gdy słychać śmiech, gdy płacze się,
Bo one przynoszą radość lub smutek; lecz ty, Proserpino, sen.
Słodko jest deptać winne grona, nogi gołębicy – pełne słodkości;
Lecz większym darem jest twój niż piana spod winnych gron lub miłości.
Tak, to nie jest nawet Apollo, który ma włosy i struny lutni złote,
Ten zawzięty bóg, co nadejdzie, bóg, którego ujrzymy piękności cnotę?
Mam dość śpiewania: wawrzyny palą do głębi i mierżą; pełnym pragnienia,
By odpocząć nieco od chwały, bolesnej rozkoszy i cierpienia.
Albowiem to, że bogowie, dzięki którym żyjemy,
Są okrutni jak miłość lub życie i cudowni jak śmierć, dobrze wiemy.

Bogowie, zwaleni z tronów, martwi, dziś was odtrącono, na proch starto!
Jesteśmy wolni od waszego gniewu – mówią – waszym łańcuchom nas wydarto.
Nowych bogów wieńczy się w mieście; ich kwiaty złamały wasze laski;
To bogowie miłosierni, odziani w litość, młodzi, pełni łaski.
Albowiem dla mnie ich porządek jest pusty, dni blask straciły;
Rzeczy, które minęły, wystarczy, a ludzie zapomnieli, że były.
Czas i bogowie wojują ze sobą; wy pośrodku mieszkacie,
I resztki życia z próżnych piersi miłości wypijacie.
Mówię do was wszystkich, odejdźcie, zaśnijcie, pogrążcie się we śnie,
Nim gorzkie mleko jej piersi i puste łono nie zniknie.
Czyż weźmiesz już wszystko, Galilejczyku? Lecz dla nich to się nie ziści –
Bo nie weźmiesz wawrzynu, palm i peanu, piersi nimf pośród liści.

Bardziej miękkie niż gołębicy, drżące wraz z kruchszym tchnieniem piersi,
Bardziej niż wszystkie skrzydła Miłości i radości przed nadejściem śmierci;
Bardziej niż brzmiące jak pojedyncza lira stopy godzin,
Opadłe, ukryte wśród kwiatów, ze strunami, co migocą jak ogień.
Czy dasz więcej od nich – rzeczy – które od tych piękna mają?
Nie, bo żyjemy przez chwilkę i rzeczy w życiu stale się zmieniają.
Wystarczy chwila, byśmy umarli; czy życie nie ma tak kwitnąć, jak się da?
Bo człowiek żyje na ziemi jeden raz, trwając do ostatniego dnia.
A żal jest smutny i człowiek ma dość łez, których strumień z oczu mu spływa;
Czemu człowiek trudzi i nowym żalem życie jak kirem okrywa?

Zwyciężyłeś, blady Galilejczyku, świat poszarzał twym tchnieniem,
Pijemy wody letejskie, żywimy się śmiertelnym uspokojeniem.
Wawrzyn zieleni się tylko na wiosnę, słodycz w miłości dzień przebywa,
Lecz miłość gorzknieje od zdrady, a wawrzyn maja nie przeżywa.
Spać, czy będziemy spać wreszcie? Świat stanowi gorzką dziedzinę;
Dawne wierzenia giną, lata drą w strzępy i obracają w perzynę.
Los to morze bezbrzeżne, dusza to skała nieprzemijająca;
Lecz nęka ją jego ryk i piana fal przypływów nią potrząsa,
Wargi, w których żywa krew zastyga, ruin i lasek pozostałości!
Straszne sławy świętych, zhańbionych bogów skóra, mięso i kości!
Choć wszyscy Cię poniżają w duchu, gromada kolana gnąca,
Ja nie klęczę ani Cię nie czczę, lecz stoję i patrzę do końca.

Wszystkie dni wdzięczne i miłe, wszystkie duchy i przykrości
Porzucono wraz z pianą dzisiejszą, która dociera do fal przeszłości;
Tam, gdzie za ostatnim morskim murem, między dalekimi bramami morza,
Jałowa woda przepływa, wielkie okręty toną, tonie śmierci się srożą;
Gdzie potężna wzrasta po bokach, którą morza jak skrzydła spowijają,
Pchają niewidzialne przypływy i rzeczy nieopisane wypełniają,
Ma białe oczy i zatrute płetwy, zęby rekina i w serpentynę się skręca,
Fala świata się toczy, bo ją wiatr przyszłości rozpędza.
Za sobą głębiny zostawia na strzępy rozdarte, burze wypiera;
W pustce przed sobą wchłania pioruny i jako ofiary zabiera;
Z boków północny wiatr ją okala; a jej sól to wszystkich ludzi płacz,
Wraz z nią blask zagłady, dźwięk zmian i puls lat;
Wraz mozół, co męczy dzień po dniu, i, godzina po godzinie, trud zły,
I jej pryskające krople są gorzkie jak krew; i grzebienie jak żarłoczne kły;
I jej wyziew, i burza pary są jak przyszłych duchów westchnienie;
I jej ryk jest jak ryk we śnie; i jej głębiny są jak morza korzenie;
I jej ogromne grzbiety dotykają najwyższych gwiazd w przestrzeniach;
I krańce ziemi drżą przed jej potęgą, i czas w próżnię się zmienia.
Czy okiełznacie głębię morza wodzami, skarcicie ogrom morza laskami?
Czy tę, co starsza od was wszystkich, bogów, skowacie łańcuchami?
Wy wszyscy jak wiatr przeminiecie, zgaśniecie jak ogień, znikniecie w przeszłości;
Wy, bogi, patrzcie, umrzecie i fale okryją was w ostateczności.
Będziecie spać w pomroce dziejów, w głębinach czasu, w odmętach
Zmian rzeczy jak zgładzeni, świat nie będzie was lub królów pamiętać.
Choć twoi kapłani stąpają, gdzie stanęły twych panów nogi
i naszych przodków, choć ci, kiedyś bogi, są martwi, tyś, choć martwy, bogiem.
Choć upadnie i umrze Kiteryjka, co tronowała przed tobą,
Minie królestwo twoje, Galilejczyku, zejdzie do twego grobu.

O dziewicy, twej matce, jako bogini łaską spowitej pieśń głosi,
Tyś w koronie, gdzie królem był inny, gdzie inna królową, ona nosi
Koronę. Tak, kiedyś widzieliśmy inną; lecz ona, mówią, jest już
Królową. Nie twoją była moja matka, kwiat kwitnących mórz,
Jasna jak morska piana, jak szatami spowita pragnieniem
Świata. Bogini, matka Rzymu, ulotniejsza niż płomienie.
Twoja jako blada dziewica i siostra smutku tu przybyła,
Gęste włosy naszej woń i barwa kwiatów głęboko nasyciła,
Różana biel różanobiałej wody, srebrny blask, płomienie,
Pochyliła się nad nami, błagalnikami, pod jej imieniem
Ziemia słodko wzrastała. Bo twoja szła łkając, niewolna wśród
Niewolnych, porzucona, lecz ta promieniała od potężnych wód,
Stąpała po morzu, królowa. Znały ją cudne wody, wiatr z drogą
Niewidzialną i bardziej różany morskobłękitny dni potok.

Upadliście, panowie, dlaczego? Wiemy, żeście nie winni upaść.
Byliście tak dobrzy, żeście zniszczeni; jeden jest lepszy niż każdy z was.
Lecz wciąż do niej wracam; że ona nie umrze, widziałem wyraźnie;
Bogini, dziewico, królowo, bądź teraz przy mnie i wejrzyj przyjaźnie.
Córko ziemi, mej matki, jej wieńca i kwiatu narodzin,
Ja też jestem twym bratem; jak przyszedłem na ziemię, tak odchodzę.
W nocy, gdzie twe oczy są jak księżyce na niebie, nocy, gdzie mieszkasz,
Gdzie cisza znaczy więcej niż wszystkie dźwięki, gdzie sen wylewa się z serca,
Maki są słodkie jak róża w świecie, czerwona róża jest biała, moce
Wiatru opadają, gdy on dmie w oparach kwiatów nocy,
Szept duchów, które śpią w cieniu bogów, z daleka w twych uszach
Staje się mroczniejszy i głębszy jak głęboka i mroczna dusza
Gwiazdy, w słodkim słabym świetle twej twarzy, pod niebem nietkniętym od słońca,
Niech ma dusza z innymi znajdzie miejsce, zapomni, co ma i nie ma końca.
Tyś więcej niż bogowie, co liczą nasze dni, gdy oddycha pierś,
Gdyż oni przynoszą trud i sen; ale ty, Proserpino, śmierć.
Dlatego teraz spędzam porę roku u twoich stóp w ciszy. Wiem,
Że umrę, jak ojcowie umarli, będę spać jak oni, gdy zasnę snem.
Życie, w którym wypatrujemy końca, jest szkłem, co łatwo się kruszy.
By trochę dźwignąć to ciało – człowieka – wystarczy okruch duszy.
Tak długo wytrzymam, nie dłużej; nie płaczę więcej ni śmieję się.
Nigdzie bowiem nie ma boga silniejszego niż śmierć, a śmierć jest snem.

Przekład: Dio Chrysostomos vel Kris van der Graaf