Król Gaju

You voted 4. Total votes: 1198

Lech Brywczyński

Dawno, dawno temu, za górami, lasami, rzekami oraz innymi przeszkodami naturalnymi, był sobie pewien kraj. Piękny, żyzny, niemały i do życia jeżeli nie doskonały, to w każdym razie całkiem znośny.

Jedna tylko, za to jakże dotkliwa plaga dręczyła mieszkańców owej szczęsnej krainy, a mianowicie przestępczość. Różnego rodzaju niegodziwcy, szubrawcy, zbójcy, rabusie, rzezimieszki i urwipołcie srożyli się we wszystkich zakątkach kraju, gnębiąc prosty lud, okradając bogaczy i przysparzając siwych włosów królowi Filipowi Dumnemu, rządzącemu tymi ziemiami. Władca od lat próbował znaleźć jakieś rozwiązanie tego problemu, ale bezskutecznie: wszystkie jego pomysły, z reguły bardzo idealistyczne i naiwne, upadały w zderzeniu z twardymi realiami.

Aż pewnego dnia z własnym planem likwidacji „wszelkiej maści łotrów, hultajów, włóczęgów i banitów” zgłosił się do króla jeden z jego ministrów, hrabia Randolf. Ucieszyło to władcę, ale i trochę zaskoczyło, bo do tej pory minister ów z reguły żadnych inicjatyw nie przejawiał i tak po prawdzie to był najbardziej nieudolnym członkiem rządowego gabinetu.

- Wielcem rad, że przyszedł ci do głowy jakiś koncept, mości hrabio. Może i ty w końcu wykażesz swoją użyteczność dla korony. Opowiadaj zatem, zadziw mnie - powiedział monarcha, siadając na pięknym, bogato zdobionym tronie i łaskawym gestem zachęcając hrabiego do mówienia.

- Serce moje boleje nad tym, że tak nisko cenisz moją gorliwość do spełniania zadań w twojej służbie, Najjaśniejszy Panie – odrzekł z ukłonem minister. - Dla królewskiego majestatu gotów jestem nawet na to, żeby...

- Do rzeczy, hrabio, do rzeczy.

- Tak, oczywiście.

- Jakiż to zwój trzymasz w dłoniach? To list?

- Mapa, ale o niej, jeżeli panie pozwolisz, opowiem później. Zacząć chciałbym od tego, co niedawno przeczytałem w pewnej starej księdze. Otóż w antycznej Italii, nad brzegiem jeziora Nemi, rósł święty gaj. Pośrodku tego lasu znajdowała się świątynia bogini Diany.

- Brzmi ciekawie, ale jaki to ma związek z naszą sprawą? - niecierpliwił się król.

- Ma, a właściwie to dopiero może mieć. Tamtejszy kapłan leśnej bogini nosił tytuł Rex Nemorensis czyli po naszemu Król Gaju.

- Król Gaju? To niewielkie miał królestwo, współczuję mu - zaśmiał się król.

- Nie tylko z tego powodu trzeba mu współczuć. Przede wszystkim dlatego, że taki kapłan był stale zagrożony śmiercią.

- Jak to? Nie rozumiem – zdziwił się monarcha.

- Ta funkcja gwarantowała urzędującemu kapłanowi dożywotni immunitet, nawet jeśli był zbrodniarzem. Kusiło to banitów, uciekinierów i w ogóle wszelkich przestępców, którym groziły najsurowsze wyroki, dlatego zawsze to jeden z nich był Królem Gaju. Aż do momentu, kiedy nad jezioro przybył następny rzezimieszek, uciekający przed sprawiedliwością, ułamał gałązkę z któregoś z drzew świętego gaju i stanął do walki z urzędującym kapłanem.

- Do walki na śmierć i życie?

- Oczywiście! Król Gaju mógł być tylko jeden. Jeżeli przybysz zabił kapłana, to zajmował jego miejsce, a jeśli przegrał, to dotychczasowy kapłan pozostawał na stanowisku. Przynajmniej do kolejnego pojedynku.

Król milczał chwilę, a potem wstał i zaczał się powoli przechadzać po komnacie. W zamyśleniu pocierał palcami brodę.

- Naprawdę chciałbyś, hrabio, wprowadzić u nas ten barbarzyński obyczaj? Może i byłoby to niegłupie, zapewne skuteczne, ale równocześnie... Trochę jednak niemoralne. Po co czynić wyłom w prawie i stwarzać azyl dla złoczyńców, gwarantując im nietykalność?

- Azyl dostanie tylko jeden szubrawiec, który w dodatku długo nie pożyje, bo jakiś inny zbrodzień rychło go zabije - podkreślił minister, podekscytowany wrażeniem, jakie jego pomysł zrobił na władcy. - Łotry z całego kraju gromadnie ruszą w to miejsce, oczyszczając ze swojej plugawej obecności resztę twoich ziem i dając odetchnąć twoim poddanym. Wytępią się sami, zwalniając z tego obowiązku karzące ramię królewskiej sprawiedliwości.

- Ład społeczny w królestwie opiera się na moralnej wyższości państwa, które ma na oku dobro wszystkich poddanych, nad przestępcami, którzy myślą tylko o sobie. Ta właśnie wyższość daje mi prawo, by z całą surowością karać zbrodniarzy. Bo przecież państwo to ja.

- Jako żywo, Najjaśniejszy Panie, jesteś uosobieniem państwa. Nikt nie śmiałby tego zakwestionować!

Król spojrzał na hrabiego z uznaniem, ale i z niepokojem.

- Jeżeli ciebie posłucham, hrabio, utracę tę wyższość. Czy wypada mi karać za zbrodnię tutaj w stolicy, jeżeli w tym samym czasie pozwolę innemu mordercy żyć na wolności o trzy lub cztery dni drogi stąd, w dodatku pełniąc funkcję kapłana?

- To rzeczywiście bardzo poważny problem natury filozoficznej – zgodził się minister. - Jednak dobro wszystkich poddanych, o którym Wasza Wysokość raczył przed chwilą wspomnieć, wymaga rozwiązania innego problemu. Konkretnego i jakże bolesnego.

- A tak w ogóle, co to za księga, jaki ma tytuł? Ten obyczaj był naprawdę praktykowany czy może to tylko literackie fantazje?

- Tytułu nie pamiętam, przyniosę później tę księgę, żeby Wasza Królewska Mość mógł sam ją obejrzeć i przeczytać. Moim zdaniem księga zawiera raczej wymysły dawnych pismaków niż realne historie. Ale dla naszej sprawy nie ma to przecież większego znaczenia, tak czy inaczej możemy tę ideę wcielić w życie. A czas nagli.

- Masz rację, hrabio. Tej księgi nie musisz mi przynosić, decyzję trzeba podjąć już teraz. I to najlepszą z możliwych.

- Oby tak właśnie się stało – potwierdził z ukłonem minister.

- Moja decyzja brzmi zatem: utworzymy ten azyl. Ale gdzie, mój hrabio? Czy mamy stosowne miejsce?

- Tak, udało mi się już znaleźć odpowiednie lokum. Jest tam jezioro, jest piękny, stary las bukowy. Jest też zrujnowany, opuszczony dworek, który trzeba będzie szybko odnowić i przebudować na świątynię. Wszystko jest na tej mapie.

Minister rozwinął trzymany przez siebie zwój i położył na stoliku. Król podszedł, pochylił się nad mapą i uważnie się jej przyglądał.

- Jezioro Martwe? Dość daleko od stolicy, to dobrze. Trzeba odizolować rozbójników i wichrzycieli od ludności. A co ze świątynią? Rozumiem, że Król Gaju musi być kapłanem jakiegoś bóstwa, w które wierzy okoliczna ludność. Istnieje tam kult, który moglibyśmy w tym celu wykorzystać?

- Są lokalne legendy i podania, związane z tym miejscem. Ponoć las ten był przed wiekami świętym gajem Apollina. My te opowieści podsycimy, oczywiście dyskretnie i nieoficjalnie. Ale sam fakt, że kapłan Apollina będzie miał zapewnioną nietykalność ze strony władzy królewskiej, zrobi największe wrażenie. Lud będzie przekonany, że tylko boska, magiczna siła tego miejsca mogła zmusić władcę do pozostawienia Króla Gaju bez kary za popełnione zbrodnie.

- Poddani będą mnie zatem uważali za zabobonnego tchórza. Wybornie!

- Efekt finalny z nawiązką wszystko wynagrodzi. Pamiętaj, władco, o tej antycznej maksymie: cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz końca. Po łacinie to będzie: quidquid agis, prudenter...

- Oszczędź mi swoich książkowych mądrości, hrabio – przerwał mu król, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu. - Niech ci wystarczy to, że podoba mi się twój pomysł i chcę, żebyś go wykonał. Przeprowadź wszystko tak, jak mi tu opowiedziałeś.

- To dla mnie zaszczyt! - uradował się minister. - Niezwłocznie przystąpię do dzieła, poślę tam swoich ludzi. Kiedy wszystko będzie gotowe, rozgłoszę to twoim poddanym w ekstraordynaryjnym obwieszczeniu. Nie ujawnię oczywiście, o co naprawdę chodzi, jako powód podam twoją, Najjaśniejszy Panie, tolerancję oraz szacunek dla miejscowych wierzeń i tradycji.

- Ile czasu potrzebujesz, żeby uruchomić azyl?

- Najwyżej kilka miesięcy. Latem wszystko będzie gotowe.

- Wybornie! – król skinął głową i dał hrabiemu dłonią znak, że może odejść.

Jak minister zapowiedział, tak zrobił: już w połowie lipca w świątyni nad jeziorem Martwym zamieszkał pierwszy Król Gaju. A potem wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyć miało: łotrzykowie wszelkiego autoramentu, przyciągani wizją bezkarności, licznie zjawiali się nad brzegiem jeziora Martwego, kolejno stając do walki o godność kapłana boskiego Apollina i tytuł Króla Gaju. Żaden z tych kapłanów nie cieszył się swoją funkcją dłużej niż dwa miesiące, bo rychło trafiał się jakiś pretendent od niego silniejszy i sprawniejszy w walce. Raz zdarzyło się nawet, że Król Gaju stracił swoje stanowisko oraz życie już po tygodniu, bo przegrał walkę ze swoim pierwszym rywalem.

Karuzela śmierci trwała w bukowym lesie cztery lata - do czasu, gdy godność Króla Gaju wywalczył niejaki Pafnucy. Ten wysoki, jasnowłosy młodzian był zbiegiem; na podstawie fałszywych zeznań oskarżono go o morderstwo, którego nie popełnił i skazano na śmierć, zdołał jednak uciec z lochu po przekupieniu strażników. Błąkał się później po lasach, żywiąc się tym co znalazł lub upolował, a czasem podchodził skrycie do oddalonych od cywilizacji wiosek, żeby dostać albo ukraść coś do jedzenia.

W jednej z takich wsi przypadkowo dowiedział się, że nad brzegiem jeziora Martwego stoi okazała, pięknie odnowiona i udekorowana świątynia Apollina, w której mieszka kapłan tego boga, otoczony powszechnym szacunkiem i utrzymywany przez państwo. Że każdy może zostać tym kapłanem, nawet jeśli ma na sumieniu najcięższe zbrodnie - są one natychmiast puszczane w niepamięć na mocy dekretu króla Filipa Dumnego.

Rozpaliło to wyobraźnię Pafnucego, bo miał już dość losu włóczęgi, pozbawionego materialnych podstaw bytu oraz jakiejkolwiek nadziei na lepszą przyszłość. Postanowił zatem stanąć do walki z aktualnym kapłanem i zabić go. Tu pojawił się wszakże poważny problem, nie miał bowiem żadnej ochoty na zabijanie kogokolwiek i w ogóle był z natury młodzieńcem dobrodusznym, spolegliwym i życzliwym dla ludzi. Wprawdzie skazano go za morderstwo, ale przecież - jak już wspomnieliśmy - zbrodni tej nie popełnił, a wyrok był niesprawiedliwy.

Teraz jednak nie miał wyboru. Jeżeli chciał przetrwać, musiał się przemóc, musiał stanąć do walki na śmierć i życie z człowiekiem, którego nie znał i który mu w niczym nie zawinił. Postanowił jak najlepiej przygotować się do tego pojedynku, dlatego jeszcze w drodze do jeziora Martwego wykonywał przy każdej okazji rozmaite sprawnościowe ćwiczenia, powtarzał również ciosy i chwyty, jakich starszy brat nauczył go w dzieciństwie, kiedy często się bili.

Po dotarciu na miejsce Pafnucy dołączył do licznego grona gapiów, koczujących od miesięcy na skraju bukowego lasu i niecierpliwie czekających na kolejne pojedynki o tytuł Króla Gaju. Wielu z nich zbudowało sobie szałasy, a co bogatsi prowizoryczne chatki czy nawet całkiem solidnie wyglądające domki. Po obozowisku kręcili się kupcy, zaopatrujący miłośników krwawych walk we wszystko, co do życia potrzebne, przede wszystkim w żywność, a także rozmaici szachraje i wydrwigrosze, imający się każdego sposobu, byle tylko oskubać naiwniaków z pieniędzy. Wielu z tych oszustów przyjmowało zakłady: można było obstawiać, kto wygra najbliższą walkę, kapłan czy pretendent. Nawet jednak, jeśli ktoś prawidłowo wytypował wynik pojedynku, to z reguły pieniędzy za wygraną i tak nie dostawał, bo organizatorzy zakładów w porę znikali razem z wpłatami naiwnych graczy, a ich miejsce zajmowali inni bukmacherzy, proponujący zakłady na kolejną walkę.

Podobnie, choć z zupełnie innych powodów, znikali ci, którzy mieli na sumieniu poważne przestępstwa, ale przeciągali ponad miarę swój pobyt tutaj, nie kwapiąc się do udziału w walce o tytuł Króla Gaju. Po obozowisku krążyły mrożące krew w żyłach opowieści, jak to hajducy hrabiegio Randolfa wyłapują nocami takich ludzi i wywożą ich do jakiegoś ponurego, górskiego zamku, na dziedzińcu którego dokonywane są następnie ich egzekucje.

Wszystko to nie zaprzątało jednak myśli Pafnucego, który na zakłady pieniędzy nie tracił, z ubiegania się o kapłańską godność ani myślał rezygnować, a kolejne pojedynki obserwował nie tyle pod kątem ich wyniku, co przebiegu. Interesowały go sposoby walki poszczególnych zawodników, skuteczność stosowanych przez nich strategii, rodzaje zadawanych ciosów oraz ich efekty, reakcja na ból, najzręczniejsze uniki itd.

Wszystkie chwyty i ciosy były w tych rytualnych bójkach dozwolone, walczono jednak gołymi rękami. Jedyną broń, jakiej wolno było używać, stanowiły kamienie, których sporo leżało na leśnej polanie, gdzie odbywały się pojedynki.

Pafnucy szybko zauważył, że te dramatyczne zmagania przebiegały zazwyczaj w dość podobny sposób: najpierw w miarę wyrównana wymiana ciosów, następnie jeden z rywali osiągał przewagę dzięki jakiemuś szczególnie skutecznemu, silnemu uderzeniu, później ta przewaga szybko rosła, bo przegrywający był ogłuszony i miał kłopoty z utrzymaniem się na nogach albo też wpadał w panikę, rzucając się do rozpaczliwego, bezładnego i skazanego na klęskę kontrataku. Walka kończyła się brutalnym finałem, podczas którego zwycięzca dobijał pokonanego rywala, waląc go kamieniem w głowę.

Kapłani i pretendenci do samego końca rozpaczliwie bronili swego życia, nawet wówczas, gdy walka nie układała się po ich myśli i jej ostateczny wynik był przesądzony. Raz tylko zdarzyło się, że broniący urzędu Król Gaju, widząc, jak wysokiego i muskularnego ma przeciwnika, poddał się bez walki: rozłożył ramiona, ukląkł i zamknął oczy. Nie widząc szans na zwycięstwo, wolał zapewne zginąć szybko niż zostać zakatowany na śmierć. Rywal pozbawił go życia jednym, potężnym uderzeniem kamienia w skroń.

Ciała zabitych kapłanów i pretendentów chowano na specjalnym cmentarzu, umieszczonym za świątynią, tuż przy brzegu jeziora. Wraz z kolejnymi walkami cmentarz szybko się rozrastał, najnowsze groby kopano coraz dalej od świątyni.

Po zakończeniu każdej walki jej triumfator podchodził do widzów, podnosząc w górę zaciśniętą, a często i zakrwawioną pięść. Wówczas wszyscy, a wraz z nimi i Pafnucy, wołali na część zwycięzcy:

- Niech żyje Król Gaju! Niech dni jego panowania nie mają końca! Na chwałę Apollina!

Pafnucy zdawał sobie sprawę, że samo oglądanie walk nie podniesie w wystarczającym stopniu jego umiejętności. Potrzebował solidnego treningu, a skoro tak, to musiał znaleźć kogoś, z kim mógłby ćwiczyć.

Nie było to łatwe, mimo że wokół kłębiło się mnóstwo ludzi. Wielu było w tym tłumie takich, którzy przybyli tu po to, żeby stanąć do walki o kapłańską godność, nie mieli więc zamiaru ćwiczyć z Pafnucym i zdradzać mu swój styl walki, umiejętności czy słabe strony. Ci natomiast, którzy przybyli jako gapie, lubujący się w krwawych widowiskach, w większości nie mieli ani odwagi ani chęci, żeby w ogóle z kimkolwiek walczyć.

Zniechęcony Pafnucy długo nie mógł napotkać odpowiedniego kandydata, aż któregoś dnia zobaczył niskiego, krępego chłopaka, stojącego na uboczu, opartego o pień strzelistego buka. Okazało się, że ma na imię Pietrek, uciekł tutaj z obawy przed karą za liczne kradzieże, których się dopuścił. Początkowo miał zamiar walczyć o tytuł Króla Gaju, ale to, co tutaj zobaczył, przygnębiło go i zniechęciło. Zupełnie nie wiedział, co teraz ma począć, żył w obawie, że zostanie złapany i wywieziony przez ludzi hrabiego Randolfa.

- Marzyłem o tym, żeby zostać kapłanem Apollina. Ale zrezygnowałem, bo ta nieustająca jatka, która tu trwa, jest ponad moje siły... Albo się zginie już w pierwszej walce, albo niewiele później, tyle że jako kapłan. Nie ma się o co bić – powiedział z goryczą, patrząc spode łba na Pafnucego.

- Myślę tak samo jak ty. Ale mimo to chcę zostać Królem Gaju i będę o to walczył.

- To współczuję.

- Nie zrozumiałeś mnie. Zostanę kapłanem właśnie po to, żeby skończyć z tym walkami.

- Ciekawe, jak tego dokonasz? - zaśmiał się ironicznie Pietrek. - Przecież ten łotr, król Filip, nie po to wprowadził te krwawe pojedynki, żeby je teraz odwoływać. Wprowadził po to, żebyśmy się wszyscy sami pozabijali.

- Wiem. Dlatego będziemy musieli obalić Filipa.

Pietrek wyprostował się i otworzył szeroko oczy.

- Co? Jak to zrobisz?

Pafnucy wskazał na tłum, koczujący na polanie.

- Mało tu widzisz odważnych ludzi, zdatnych do walki? Kiedy oni ruszą wraz ze mną, to za nami pójdą inni. Pójdzie cały kraj.

- W takim razie zrób to od razu. Po co masz stawać do walki o tytuł Króla Gaju, w której możesz zginąć? Idź, ogłoś wszystkim co chcesz zrobić!

- Teraz by mnie nie posłuchali, jestem dla nich nikim. Muszę najpierw stanąć do pojedynku i zostać kapłanem. Muszę wygrać, zabić człowieka, osobiście przeżyć tę tragedię w ich obecności. Jako Król Gaju będę miał autorytet, dopiero wtedy oni zrobią to, co zechcę. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Pietrek zasępił się i ruszył wolnym krokiem przed siebie.

- Teraz kapłanem jest Drakon. Chcesz go zabić?

- Muszę. Nie wiem, kto to taki, nic do niego nie mam, ale go zabiję. To konieczne – podkreślił z naciskiem Pafnucy. - Nie urodziłem się mordercą, ale nie mam innego wyjścia.

- Nikt nie rodzi się mordercą, ale niektórzy potem zabijają.

- Znasz go?

- Tak, pochodzimy z tej samej wsi, razem tutaj uciekliśmy. On od razu poszedł walczyć, ja zrezygnowałerm. A teraz tym bardziej nie będę walczył przeciwko niemu. Zresztą, nie miałbym szans z nim wygrać.

- Jest taki dobry?

- Umie walczyć i jest naprawdę silny. Ale ma też oczywiście słabe punkty.

- Zdradzisz mi je?

- Dlaczego miałbym to zrobić?

- Bo ja zakończę tę jatkę, jak sam ją nazwałeś.

- Jego znam, ty jesteś dla mnie obcy. Nie wiem nawet, jak się nazywasz.

- Pafnucy. Tak mnie zwą.

- Śmieszne imię. Głupie.

Pafnucy zastąpił Pietrkowi drogę, chwycił go za ramiona i mocno nim potrząsnął. Spojrzał mu prosto w oczy.

- Co z tego, że głupie? Jakie to ma znaczenie? Liczy się tylko to czy mi pomożesz. Tu chodzi o życie: twoje, moje, ich wszystkich. Twój przyjaciel Drako musi zginąć żeby wielu innych mogło żyć. A jak zdobędziemy władzę, to postawimy Drakonowi pomnik w stolicy. Albo i sto pomników!

- Nie jest wart ani jednego pomnika. I nie jest moim przyjacielem, to za wielkie słowo. Nie o to mi w ogóle chodzi – powiedział gniewnie Pietrek, odsuwając się od niego.

- W takim razie o co?

- Wolałbym pomagać jemu niż tobie. Gdyby Drako miał taki plan, żeby zakończyć masakrę, ani przez mgnienie oka bym się nie wahał... Ale znam go dobrze i wiem, że on nie myśli o takich sprawach. To samolub i fanfaron, dba tylko o siebie.

- W czym więc problem? Jeśli Drako mnie pokona to nic się tu nie zmieni, a on i tak zginie w jednej z następnych walk.

- Jutro dam ci odpowiedź. Będę tu o tej samej porze – odparł Pietrek i odszedł, nie oglądając się za siebie.

- Co za dziwak – mruknął pod nosem Pafnucy. Ale mimo wszystko był dobrej myśli.

I rzeczywiście: nazajutrz Pietrek stawił się o czasie w tym samym miejscu, w dodatku razem ze swoim młodszym bratem Teodorem. Obaj zadeklarowali Pafnucemu wszelką możliwą pomoc.

- Wyjawię ci słabe strony Drakona, będę też z tobą ćwiczył, żebyś mógł się lepiej wprawić do decydującej walki. A mój brat...

- Też chcę się na coś przydać, beze mnie nic nie osiągniecie – przerwał mu Teodor tak kategorycznym tonem, że wywołało to uśmiech na twarzy Pafnucego.

- To spryciarz, jakiego świat nie widział, na pewno będzie przydatny - zapewnił Pietrek. - Zawsze wie, gdzie można zdobyć coś do jedzenia i którą drogą iść, żeby nie zabłądzić. Łatwo zdobywa zaufanie ludzi, znalazł tu w obozowisku mnóstwo przyjaciół. Bez trudu przekabaci wszystkich na naszą stronę, poprą cię i będą chcieli iść na stolicę.

- Wspaniale! - ucieszył się Pafnucy i mocno uścisnął dłoń Pietrka. - Ale dlaczego nie zgodziłeś się już wczoraj? Przecież...

- Chciałem dać ostatnią szansę Drakonowi, poszedłem do niego. Nie powiedziałem o tobie, przedstawiłem mu z grubsza twoją ideę, prezentując ją jako swoją. Zaproponowałem, żeby wzniecił bunt, stanął na jego czele i ruszył na stolicę.

- Co on na to?

- Wyśmiał mnie, nazwał bajarzem i fantastą. Powiedział, że to nierealne, że woli zaszczytnie zginąć tutaj, broniąc tytułu Króla Gaju.

- Skoro tego chce, to tak właśnie się stanie – pokiwał głową Pafnucy. - Co byś uczynił, gdyby on się zgodził?

- Wówczas poparłbym go. Namawiałbym też ciebie, żebyś opowiedział się po jego stronie. Jeżeli byś jednak odmówił i stanął do walki przeciwko niemu, pomógłbym mu wygrać i cię zabić. Szczerze to przyznaję.

- Szczerość to twoja wielka zaleta – powiedział z uznaniem Pafnucy, ale ciarki przeszły mu po plecach.

Następny miesiąc był dla naszej trójki spiskowców bardzo pracowity. Pafnucy każdą niemal chwilę, poza snem i odpoczynkiem, poświęcał na treningowe walki z Pietrkiem, a kiedy obaj byli już tak zmęczeni, że nie mieli siły się ruszać, to obmyślali plany ataku na wojska królewskie i zdobycia stolicy. Teodor zaś powoli, by nie wzbudzać podejrzeń, ale systematycznie gromadził zapasy broni, amunicji i żywności, które będą potrzebne w czasie wojny.

Co do Drakona, to wygrał on w tym czasie dwie kolejne walki, wciąż utrzymując w swoim posiadaniu tytuł Króla Gaju. Był coraz bardziej pewny siebie, przekonany, że wygra wszystkie pojedynki w najbliższych latach. Po cichu liczył też na to, że po ostatnich efektownych zwycięstwach będzie mógł przez dłuższy czas zażywać wypoczynku, bo nieprędko ktokolwiek odważy się z nim zmierzyć.

Tym większe było zdumienie Drakona, gdy któregoś dnia słudzy świątynni poinformowali go, że oto zgłosił się do walki z nim kolejny przeciwnik. Ponoć nazywa się Pafnucy. Król Gaju wyszedł na polanę, gdzie zastał wysokiego, jasnowłosego młodzieńca z gałązką w dłoni.

- Ułamałem tę gałąź tutaj, w Świętym Gaju, jak nakazuje obyczaj, żeby wyzwać cię do walki, Drakonie. Odbiorę ci kapłańską godność i życie – oświadczył z powagą młodzieniec, po czym rzucił gałązkę pod nogi Króla Gaju.

Otaczających polanę gapiów ogarnęła euforia – krzyczeli z radości, skakali, klaskali. Cieszyli się z tego, że obejrzą kolejną brutalną walkę, życzyli sobie przy tym, żeby była ona krwawa i trwała jak najdłużej. Wynik walki obchodził niewielu, chyba jedynie tych, którzy obstawili zwycięzcę u bukmacherów.

- Niedoczekanie twoje, młokosie. Pewnyś swego, ale przegrasz! - zawołał w odpowiedzi Drako, wzbudzając tym owację swoich zwolenników. - Niech Apollo rozstrzygnie, którego z nas chce mieć swoim kapłanem!

- Niech rozstrzygnie! – powtórzył jak echo Pafnucy i wyciągnął ręce przed siebie, gotowy do walki.

Drako nie czekał ani chwili i od razu rzucił się na swojego przeciwnika. Obaj rywale zwarli się w morderczym uścisku, a widzowie wypełnili cały Święty Gaj swoimi okrzykami.

Przez głowę Pafnucego przelatywały jedna za drugą wszystkie rady, jakie dawał mu Pietrek tuż przed pojedynkiem: że musi za wszelką cenę przetrwać pierwsze chwile walki, bo wtedy Drako na pewno z furią zaatakuje; że z upływem czasu Drako będzie coraz wolniejszy, bo jego kondycja nie jest najlepsza; że umie przerzucić przeciwnika przez siebie, a potem przydusić go do ziemi i całkowicie obezwładnić; że kiedyś złamał w kostce lewą nogę i nie najlepiej się potem zrosła, dlatego przy większym obciążeniu tej nogi może się przewrócić.

Pafnucy miał nadzieję, że zdoła wykorzystać przynajmniej część tej wiedzy, ale wiedział przy tym, że powinien wygrać tę walkę dość szybko i w dobrym stylu, bo dzięki temu zyska autorytet publiki i zniechęci potencjalnych przyszłych rywali do walki z nim. Tylko w takim przypadku będzie miał szansę przekonać tłum, żeby mu zaufał i wsparł jego rewolucję.

Dlatego postanowił nie czekać, aż Drako opadnie z sił, lecz podjąć decydujący atak już przy pierwszej sposobności. Okazja taka nadarzyła się jednak dopiero po kilkunastu minutach, gdy Drako przypuścił gwałtowny, a przez to dość chaotyczny atak, usiłując równocześnie wziąć w mocny uchwyt nogę i głowę Pafnucego. Ten zrobił jednak unik, wyślizgnął się z uścisku, a potem świadomie obciążył całym ciężarem swego ciała lewą nogę przeciwnika. Pietrek mówił prawdę: takiego balastu noga rywala nie była w stanie wytrzymać. Drako jęknął i przewrócił się na bok, z czego natychmiast skorzystał Pafnucy, przyduszając go do ziemi i jednocześnie blokując jego ręce.

Chwycił w prawą dłoń leżący obok kamień i spojrzał na publiczność. Emocje sięgały zenitu - ludzie skakali, krzyczeli, klaskali. Widząc pytające spojrzenie Pafnucego, tłum zaczął skandować, zrazu dość chaotycznie, a potem coraz głośniej i wyraźniej:

- Zabij go! Zabij go!

Pafnucy dobrze wiedział, że musi to zrobić, że takie są reguły tej walki. Podniósł kamień wysoko do góry, żerby wszyscy zobaczyli, a wtedy nagle, jak nożem uciął, na polanie zapadła cisza. Z całej siły uderzył kamieniem w głowę Drakona, potem zamknął oczy i uderzył jeszcze kilka razy, żeby mieć pewnośc, że przeciwnik nie żyje i dłużej się już nie męczy. Potem z odrazą odrzucił zakrwawiony kamień, wziął kilka głębokich oddechów i wstał. Chwiejąc się ze zmęczenia zrobił kilka kroków w stronę publiczności. Zatrzymał się i podniósł w górę zaciśniętą pięść. Odpowiedział mu ogłuszający wrzask:

- Niech żyje Król Gaju! Niech dni jego panowania nie mają końca! Na chwałę Apollina!

Pafnucy otarł pot z czoła, podparł się pod boki i rozejrzał się: widzowie wiwatowali, natomiast słudzy świątynni, a było ich siedmiu, natychmiast stanęli obok niego, już samą tylko swoją postawą deklarując, że są gotowi do wykonania wszelkich jego rozkazów.

„Tak samo stawali przy Drakonie po jego wygranych walkach, a teraz już o nim nie chcą pamietać. Są wierni urzędowi, a nie człowiekowi, który ten urząd sprawuje” - pomyślał, a potem skinął na Pietrka i Teodora.

- Zabierzcie ciało na miejsce pochówku. Później zrobimy mu pogrzeb z całym, należnym ceremoniałem - powiedział półgłosem, patrząc na ciało Drakona. Obaj wezwani podeszli, ukłonili się przed nim, a potem wynieśli ciało pokonanego kapłana za świątynię. Wcześniej Pietrek schował do swojej sakwy kamień, którym Pafnucy zabił Drakona.

Pafnucy wodził wzrokiem po twarzach widzów. Widział tutaj ludzi różnych stanów i profesji, od zbrodniarzy, marzących o zdobyciu tytułu Króla Gaju by uzyskać azyl, po zubożałych szlachciców, żądnych przygów młodzieńców, rozmaitych handlarzy i spekulantów, a także zwykłych oszustów, włóczęgów i złodziejaszków. Wszystko ich różniło, ale teraz o tym nie pamiętali, bo połączyły ich na chwilę wspólne emocje, wywołane oglądaniem walki. Pafnucy zrozumiał, że ta chwila to jego jedyna szansa, żeby do nich wszystkich równocześnie dotrzeć i przekonać do wzniecenia buntu. Energicznym gestem nakazał tłumowi milcznie, a potem powiedział donośnym głosem:

- Ludzie! Oto jestem ja, Pafnucy! Nowy kapłan Apollina, wasz Król Gaju!

Przed chwilą wygrałem walkę, pokonałem Drakona. Spełniłem waszą wolę, wyrażoną okrzykami - zabiłem pokonanego rywala. Serce mi mówiło, żeby tego nie robić, bom nie nawykły do zabijania, ale posłuchałem was, bo chciałem okazać wam należny szacunek. Chciałem wykonać to, co uważacie za tradycję przodków.

Odpowiedziały mu gromnie brawa i skandowanie „Pafnucy!”. Kiedy gwar nieco ucichł, podszedł bliżej do tłumu, żeby być lepiej słyszany i kontynuował:

- Tradycja, którą czcicie, została jednak wypaczona i splugawiona. Kult, jaki w tym miejscu odprawiano wiele lat temu jest godzien najwyższego szacunku. Godzien jest też kontynuacji. Ale zabijanie kolejnych kapłanów, ten nieustający krwawy spektakl, jaki tu się od kilku lat odbywa, nie ma nic wspólnego z pradawnymi obyczajami. Jako nowy kapłan powiadam wam otwarcie: Apollin nie potrzebuje śmierci swoich kapłanów, on życzy sobie, żeby kapłani pełnili służbę na jego chwałę i z korzyścia dla was. Święty Gaj ma być miejscem radosnej czci bogów, a nie żałoby.

Widząc zaskoczenie i konsternację na twarzach publiczności, podszedł jeszcze bliżej, by oznajmić:

- Ten okrutny, bezbożny proceder wymyślił król Filip wraz ze swoimi zausznikami, aby pozbyć się was wszystkich waszymi własnymi rękami. Jeżeli nic nie zrobicie i będziecie nadal biernie czekać, idąc po kolei na śmierć, to ten nikczemny królewski koncept zostanie zrealizowany. Groby nas wszystkich znajdą się tam, za świątynią, a cały Święty Gaj przekształci się w cmentarz. Pozwolicie na to? Jedynym ocaleniem, jedynym sposobem na to, by przerwać tę krwawą hekatombę, jest pozbawienie władzy króla Filipa!

Pafnucy miał wrażenie, że wszyscy obecni znieruchomieli i wstrzymali oddech, w absolutnej ciszy słychać było tylko brzęczenie przelatujących much. Wiedział, że nadszedł decydujący moment, dlatego wołał teraz na całe gardło:

- Ten właśnie godny pożałowania władca jest sprawcą wszystkich waszych nieszczęść! Będzie zatem sprawiedliwie, jeśli to on zostanie ostatnią śmiertelną ofiarą krwaweg rytuału, który sam wymyślił. Osobiście go zabiję! Lud nienawidzi Filipa, dlatego nie będzie go bronił i z radością przyjmie jego śmierć. Razem ze mną chodźcie na stolicę, odnajdźcie w sobie odwagę, by walczyć o swoje życie i swoją przyszłosć! Kto jest ze mną, niech podniesie rękę!

Energicznym ruchem uniósł wysoko prawą dłoń, to samo uczynili od razu Pietrek i Teodor, którzy w międzyczasie powrócili po odniesieniu ciała Drakona na miejsce pochówku. Po chwili wahania podnieśli ręce także skonfudowani i zaskoczeni całą sytuacją świątynni słudzy.

Pafnucy w napięciu patrzył na falujący tłum, a serce podchodziło mu pod gardło. Ludzie niepewnie spoglądali jeden na drugiego, z obawą oglądali się za siebie, niektórzy szeptali coś na ucho swoim znajomym lub po prostu osobom najbliżej stojącym. Dopiero po pewnym czasie, który Pafnucemu wydawał się wiecznością, tłum uspokoił się i nabrał odwagi. W górę podniósł się las rąk, a w ścianę lasu uderzyły okrzyki:

- Pafnucy! Pafnucy! Pafnucy! Niech żyje!

Niektórzy, często ci sami, którzy jeszcze przed chwilą okazywali najwięcej strachu, teraz wpadli w przesadny entuzjazm i podbiegali do Pafnucego, żeby go objąć lub choćby uścisnąć mu dłoń. Dopiero po dłuższej chwili słudzy świątynni położyli temu kres, oddzielając nowego Króla Gaju od rozgorączkowanej gawiedzi.

Pafnucy czuł, jak głos więźnie mu w gardle od radości, ale mimo to zawołał:

- Ludzie! Dowodnie pokazaliście, że macie swój rozum i sami umiecie najlepiej ocenić, co jest prawdą, a co fałszem. Wdzięczny wam jestem niezmiernie za zaufanie i za poparcie. Bądźcie pewni, że was nie zawiodę! Kilka, najwyżej kilkanaście najbliższych dni upłynie nam na przygotowaniach, potem nie mieszkając ruszymy na stolicę. Wykonujcie moje polecenia, a nasza rewolucja zakończy się rychłym zwycięstwem!

Odpowiedział mu entuzjastyczny ryk tłumu, który już zupełnie pozbył się swoich wcześniejszych obaw. Pafnucy odetchnął głęboko, otarł pot z czoła, a potem spojrzał na wielkie drzewo, którego gałązkę ułamał przed walką, by rzucić ją Drakonowi do stóp. Postrzępiona konarami korona drzewa wyglądała jak parasol, wyczesany żelaznym zgrzebłem.

- Kilka dni? To przecież za mało, żeby przekształcić ten tłum w armię, która będzie w stanie zdobyć stolicę! – usłyszał pełen niepokoju głos Pietrka. - Poza tym zauważyłem, że przed chwilą uciekło z polany kilkunastu szpiegów hrabiego Randolfa. Zapewne po to, żeby poinformować swego pana o sytuacji.

- Trzeba ich ścigać! - poparł go Teodor.

Pafnucy pokręcił przecząco głową.

- Nie po to wzniecamy rewolucję, żeby się jej wstydzić. Niech wszyscy o niej wiedzą i drżą ze strachu przed samym jej imieniem. Niech wieść o niej jak najdalej się rozniesie, wtedy dołączy do nas więcej ochotników z okolicznych wiosek.

- A co z przygotowaniami? - upierał się Pietrek.

- Rzeczywiście, powinniśmy się dłużej przygotowywać, ale nie możemy dać Filipowi czasu na zgromadzenie wszystkich sił do obrony. Trzeba działać szybko: do stolicy dotrze wiadomość o powstaniu, wywoła panikę, a zanim szok minie i władza dojdzie do siebie, my już tam będziemy. Zresztą, ile byśmy się nie przygotowywali, i tak nie stworzymy sobie armii tak dobrze wyćwiczonej, jak armia królewska. Nasza siła tkwi w czym innym, w zaskoczeniu i w poparciu, jakie otrzymamy od ludu.

Pietrek skinąl głową, bo nie mógł tym argumentom nic przeciwstawić. Poklepał się tylko po sakwie, w której trzymał kanciasty, szary kamień, upstrzony brunatnymi plamami zaschniętej krwi.

Przewidywania Pafnucego sprawdziły się co do joty. Do obozowiska rzeczywiście napływało codziennie wielu ochotników, z reguły nie mających większego pojęcia o wojennym rzemiośle, za to pełnych entuzjazmu. Trzeba było w krótkim czasie podzielić tę zbieraninę na regimenty i nauczyć choćby podstaw posługiwania się bronią palną i białą. Wzięli się za to świątynni strażnicy, którzy zgłosili się na ochotnika, by objąć diowodzenie poszczególnymi regimentami. Było to dla Króla Gaju miłym zaskoczeniem, bo nie spodziewał się po nich takiego zapału, a szczerze mówiąc, to wcale na ich poparcie nie liczył.

O karności i dyscyplinie tych oddziałów początkowo nawet marzyć nie można było, ale z dnia na dzień nieco się to poprawiało.

W tym samym czasie Pietrek rozsyłał we wszystkie strony emisariuszy, którzy mieli za zadanie informować ludność o postępach rewolucji, agitować i przy okazji zbierać informacje o ruchach ieprzyjaciela. Teodor pokonywał zaś niezliczone trudności, byle tylko zaopatrzyć armię buntowników w żywność, broń, amunicję i wszelki niezbędny sprzęt.

W końcu nadszedł dzień pożegnania ze Świętym Gajem, rozpoczął się wielki marsz rebeliantów na stolicę. Wyruszano z radością, bo wszyscy chcieli jak najszybciej rozstrzygnąć walkę, ale i z wielkimi obawami o losy nadchodzącego starcia. Sam Pafnucy ze ściśniętym sercem spoglądał na swoją armię obszarpańców, włóczęgów i rzezimieszków, bo strach podpowiadał mu, że na polu walki ta armia zaprezentuje się jeszcze gorzej niż podczas przemarszu. Robił jednak dobrą minę do złej gry i nie pozwalał uśmiechowi zejść z twarzy; chciał choćby w ten sposób dodać żołnierzom odwagi.

W świątyni zostawił tylko jeden regiment, którego głównym zadaniem było przyjmowanie wciąż napływających ochotników, szkolenie ich i formowanie z nich oddziałów, służących następnie do oczyszczanie pobliskich miast i wiosek z królewskich urzędników.

Obawiając się zasadzki, Pafnucy wysłał przodem oddział zwiadowców, wyposażonych w szybkie konie, sprowadzone dzięki staraniom niezastąpionego Teodora. Oddział ten, uważany przez Pafnucego za oczy i uszy armii, spisywał się znakomicie, w porę ostrzegając maszerującą armię przed zagrożeniami i informując o nastrojach okolicznej ludności.

A nastroje te były dla rebeliantów nader przychylne i to we wszystkich grupach spolecznych, od wiejskiej biedoty po zamożnych kupców. Dlatego rzadko kiedy trzeba było toczyć walki o miejscowości, leżące przy drodze do stolicy, zazwyczaj na samą wieść o zbliżaniu się Pafnucego i jego oddziałów tutejsza ludność wypędzała z miasta królewskich urzędników, zabijała nielicznych rojalistów i rozbrajała żołnierzy, wiernych królowi Filipowi.

Można było odnieść wrażenie, że potężny z pozoru gmach władzy królewskiej to domek z kart, który wystarczyło tknąć palcem, żeby się rozleciał.

Jedyną poważną przeszkodą na drodze do stolicy była armia hrabiego Randolfa, ale morale tych oddziałów było tak niskie, że już po godzinie walki część z nich przeszła na stronę rebeliantów, a reszta poszła w rozsypkę, przekształcając się w gromady zdemoralizowanych rabusiów. Pafnucy od razu po bitwie wydał rozkaz, żeby zrobić z tymi grasantami porządek i uchronić miejscową ludność przed rabunkami.

Sam hrabia, gdy stało się jasne, że bitwa jest przegrana, popełnił samobójstwo. Bo jak inaczej niż samobójstwem nazwać można rzucenie się przezeń samotnie do ataku na kilkunastoosobową grupę rozgrzanych walką i upojonych zwycięstwem rebeliantów? Pafnucy kazał go oddzielnie, z honorami pochować.

- Był jedynym dzielnym żołnierzem armii, którą dowodził - powiedział.

Po krótkim odpoczynku i podliczeniu strat, które okazały się niezbyt wielkie, rebelianci pomaszerowali ku stolicy. Przedtem jednak musieli doprowadzić swój wygląd do odpowiedniego stanu: umyć się w pobliskiej rzece, ogolić, wyczyścić broń.

- Nie jesteście już zbieraniną banitów, włóczęgów i rzezimieszków. Jesteście armią, która wygrała wojnę i zaprowadzi teraz w państwie nowy porządek. Dlatego powinniście iść przez miasto w zwartym szyku i godnie się prezentować – oznajmił swoim żołnierzom Pafnucy.

Rzeczywiście, przemarsz rebeliantów ulicami stolicy bardziej przypominał defiladę albo triumfalny pochód niż wkraczanie do zdobytego miasta. Wszystkie drzwi otwierały się przed nimi i zapraszały do środka, ze wszystkich okien przyjaźnie do nich machano, okrzykom i wiwatom nie było końca. Malkontenci, jeżeli takowi w ogóle byli, pochowali się w gdzieś w najdalszych kątach. Pafnucy wiedział jednak, że kiedyś z tych kątów wyjdą i zaczną podburzać ludność przeciwko niemu, a przynajmniej część jego dzisiejszych zwolenników prędzej czy później zniechęci się i roczaruje. Nie ma przecież takiej władzy, która, przy najlepszych nawet chęciach, byłaby w stanie zadowolić wszystkich. Dlatego już teraz, machając przyjaźnie do pozdrawiających go tłumów, obmyślał swoje przyszłe polityczne decyzje.

Gdy rebelianci dotarli do królewskiego pałacu, jego wrota zostały przed nimi otwarte bez walki. Nikt nie stawiał oporu, większość dworzan i pałacowej służby haniebnie uciekła na wieść o wkroczeniu buntowników do stolicy, pozostawiając monarchę bez ochrony.

Wyjątkiem był pewien paź, który własnym ciałem zastawiał drogę do królewskiej komnaty, dopóki go nie obezwładniono. Chłopczyk wyglądał na nie więcej niż dwanaście lat.

- Dlaczego nie chcesz mnie wpuścić? - zapytał Pafnucy.

- Bo ja bronię króla.

- Nie masz takiego obowiązku. Ci, którzy mieli go bronić, dawno uciekli. Ale mnie możesz wpuścić, bo też jestem królem. Trochę innym, ale jednak królem.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Tak to już jest, mój chłopcze, panowanie żadnego króla nie jest wieczne - podkreślił Pafnucy, a potem zwrócił się do Teodora. - Zajmij się nim, chcę go mieć u siebie na służbie. Lojalność to rzadko spotykana zaleta.

Kiedy Pafnucy wkroczył do królewskiej komnaty, do wnętrza wcisnęła się za nim liczna gromada jego ludzi; wszyscy z bronią w ręku, gotowi do walki. Ale nie było im dane walczyć. Król był sam, siedział na tronie, beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w czubek swojego buta. Wyglądał na pogodzonego z losem.

- Witaj, nasz niegodziwy i nieudolny władco! To koniec twoich rządów – powiedział Pafnucy, podchodząc do tronu. Król podniósł głowę, wstał i zaczął mu się uważnie przyglądać.

- Ty pewnie jesteś ten Pafnucy... Zastanawiałem się nieraz, jak wyglądasz.

- To teraz już wiesz – odparł Pafnucy, a potem skinął na Pietrka, który podał mu trzymaną przez siebie gałązkę.

- To jest gałąź ze Świętego Gaju, znad brzegu jeziora Martwego. Trochę już zwiędła, bo ułamałem ją tuż przed moją walką z Drakonem - powiedział, a potem ostentacyjnie rzucił gałązkę na podłogę, obok stóp monarchy. - Wyzywam cię do walki, królu Filipie!

Filip z rezygnacją rozłożył ramiona i wyszeptał:

- Szczęście jest jak motyl, w każdej chwili może odlecieć...

A potem upadł na kolana i zamknął oczy. A wówczas tłum, kłębiący się za plecami Pafnucego, jednym głosem zawołał:

- Niech żyje Król Gaju! Niech dni jego panowania nie mają końca! Na chwałę Apollina!

Pafnucy raz jeszcze skinął na Pietrka i wyciągnął rękę po kamień. Ten sam, którym niegdyś zabił Drakona - swojego pierwszego i ostatniego rywala w Świętym Gaju.