Tarcza 83

Total votes: 5634

Lech Brywczyński

MOTTO:

Najciężej w życiu ma ten, kto usiłuje unikać trudności.

                                                       Bolesław Prus

OSOBY:

Bogucki, pułkownik

Szostak, major

Ogorzałek, kapitan

Więcławski, kapral

SCENA PIERWSZA

Kancelaria dowódcy jednostki. Pułkownik Bogucki siedzi przy biurku, przegląda dokumenty. Mija dłuższa chwila, słychać pukanie do drzwi.

 

Bogucki: - (nie przerywając pracy) Wejść!

 

W drzwiach staje major Szostak, z brązową teczką w lewej dłoni.

 

Szostak: - (demonstracyjnie oddając honory) Obywatelu pułkowniku, major Szostak melduje się...

Bogucki: - Bez wygłupów. Znamy się od tylu lat... (odkłada papiery, wstaje)

Szostak: - Co wcale nie znaczy, że się lubimy... (zamyka za sobą drzwi)

 

Bogucki podchodzi do majora, wita się z nim krótkim, mocnym uściskiem dłoni.

 

Bogucki: - Siadaj, pogadamy... (wskazuje majorowi krzesło) Nie musimy się lubić. Ale współpracować musimy, skoro los znów rzucił nas do tej samej jednostki. 

Szostak: - Właśnie! A to jest doskonały powód, żeby... (otwiera teczkę i wyciąga z niej butelkę wina)

Bogucki: - Nie, to chyba nie jest najlepsza pora...

Szostak: - Masz jeszcze dzisiaj coś ważnego do załatwienia?

Bogucki: - Właściwie to nie. Zostało mi trochę papierkowej roboty, muszę dokończyć raport.

Szostak: - Zdążysz. Jak widzisz, nie ma przeciwwskazań, żeby zrobić małą degustację. (stawia butelkę na stole, wyciąga z teczki korkociąg) To jest bardzo dobre wino. Wyjątkowe. 

Bogucki: - (przygląda się etykiecie na butelce) Rzeczywiście, wygląda imponująco. Francuskie... Rocznik 1873? Ta butelka musiała kosztować fortunę! Stać cię na to?

Szostak: - Są rzeczy, na które warto wydać ostatni grosz. (wyciąga z teczki kieliszki, stawia je na stole)

Bogucki: - Masz nawet kieliszki do wina? Pomyślałeś o wszystkim.

Szostak: - Dobry żołnierz musi być przygotowany na każdą ewentualność. Nie tylko na polu walki.

Bogucki: - (śmieje się) Strateg się znalazł... Pamiętasz, jak było na poligonie w Drawsku osiem lat temu?

Szostak: - Jak mógłbym zapomnieć... (otwiera korkociągiem butelkę) Urządziłeś zasadzkę, w którą wpadła moja kompania. Przez ciebie zbłaźniłem się przed dowództwem dywizji. (nalewa wina do kieliszków)

Bogucki: - Przepraszam, że jestem dobrym żołnierzem i znam swój fach! Czyja to wina, że ci twoi nieudacznicy wpadli w zasadzkę? Twoja, bo ich słabo wyszkoliłeś! (z ironią) Miałem wszystko spartolić? Tylko po to, żebyś ty mógł zapunktować?

Szostak: - A skąd! Uznanie, pochwały i awanse to twoja działka, niedostępna dla innych.

Bogucki: - Nie marudź! (bierze kieliszek, przysuwa go do nosa) Co za aromat... Jak to się nazywa? Bukiet?

Szostak: - Bukiet, zgadza się. (sięga po swój kieliszek) To na zdrowie!

Bogucki: - Za pomyślność!

 

Stukają się kieliszkami. Bogucki wypija wino jednym tchem, podczas gdy Szostak bierze tylko mały łyk. Obaj odstawiają kieliszki i siadają.

 

Szostak: - Tak się nie pije wina! Trzeba je smakować, delektować się nim... To nie bimber.

Bogucki: - Jestem prostym człowiekiem, nie lubię takich fanaberii.

Szostak: - (rozsiada się wygodnie) Pamiętasz naszą szkołę oficerską?

Bogucki: - Pewnie.

Szostak: - To były czasy...

Bogucki: - Już wtedy cię nie znosiłem. (śmieje się) A później, kiedy obaj służyliśmy w jednostce desantowej? Też nie byliśmy przyjaciółmi...

Szostak: - Ciesz się, że cię wtedy nie pobiłem. Miałbym za co.

Bogucki: - Nie przesadzaj, dla mnie też nie było to przyjemne... (nalewa wina do swojego kieliszka)

Szostak: - Narzekasz? Od tego czasu twoja kariera poszybowała w górę, a moja stanęła w miejscu.

Bogucki: - (pociąga mały łyk wina, delektuje się nim) Masz rację, pite na raty smakuje lepiej... Jak wyszedłem dziś z domu, zobaczyłem dzieci, bawiące się śniegiem. Chciałoby się znowu być w ich wieku i beztrosko się bawić...

Szostak: - Pewnie. (kiwa głową) Niestety, nasz śnieg stopniał dawno temu.

Bogucki: - Tak, mamy swoje lata. Za mało żeby umierać, za dużo, żeby cieszyć się życiem. Człowiek już zna swoje ograniczenia, wie że marszałkiem nie zostanie.  (pociąga jeszcze jeden łyk)

Szostak: - Ty i tak zaszedłeś znacznie wyżej niż ja. A przecież startowaliśmy w tym samym czasie i z tego samego miejsca.

Bogucki: - Skąd ta frustracja?

Szostak: - Za daleko nie zajdę, ale dowódcą pułku albo przynajmniej batalionu to chciałbym w końcu zostać. (wypija resztę wina z kieliszka, odstawia go) Dawno mi się to należy.

Bogucki: - To akurat prawda. Z twoim doświadczeniem...

Szostak: - Dlatego mam do ciebie prośbę... Żebyś poparł moje starania. Wiesz, że obowiązuje droga służbowa, pozytywna opinia bezpośredniego przełożonego to podstawa!

Bogucki: - (z wahaniem) Jeżeli cię poprę, wszyscy powiedzą że to po znajomości.

Szostak: - Ostrożny, jak zawsze! A ja już nie mam czasu na takie zabawy, to dla mnie ostatni dzwonek. (z naciskiem) Sam powiedziałeś, że mam doświadczenie.

Bogucki: - Tak, ale... To nie jest takie proste.

 

Na dłuższą chwilę zapada cisza.

 

Szostak: - (patrząc w sufit) Mimo wszystko cieszę się, że to właśnie ty zostałeś nowym dowódcą naszej jednostki. Od razu się poprawiło, jest więcej dyscypliny. Dotyczy to nie tylko żołnierzy służby zasadniczej, ale także kadry.

Bogucki: - (z głową zwróconą w stronę okna) Za trzy miesiące będzie „Tarcza 83”. Wiesz, te ćwiczenia Układu Warszawskiego... Nasz pułk weźmie w nich udział. To wyróżnienie, musimy się dobrze przygotować. Dlatego zacząłem od dyscypliny, bez niej nawet dobre wyszkolenie nic nie znaczy.

Szostak: - Co prawda, to prawda. Popieram twoje działania w tym zakresie.

Bogucki: - Rozumiem, że tym razem chcesz być lojalny. To miła odmiana. (wypija resztę wina ze swojego kieliszka) Najpierw wezmę się za falę, mam w tej sprawie jednoznaczne instrukcje z góry. Z falą trzeba skończyć. (odstawia kieliszek)

Szostak: - Chcesz zlikwidować falę w wojsku? (rozbawiony) To niemożliwe! Dopóki obowiązuje służba z poboru, fala będzie istniała. Będą koty, ogony, wicki i dziadki.

Bogucki: - Nie gadaj głupot. Wojsko to poważna instytucja, w której panuje hierarchiczny układ i wszystko wykonuje się na rozkaz. Nie ma tu miejsca na żadną subkulturę, kierującą się własnymi zasadami.

Szostak: - A jednak fala przetrwała wszystkie próby zniszczenia jej, podejmowane od lat przez dowództwa różnych szczebli. Gdyby to była po prostu patologia, to by nie przetrwała. Wiesz jacy oni są szczęśliwi po „obcince”?

Bogucki: - Nigdy mnie nie interesowały te nieregulaminowe zachowania. Co to takiego?

Szostak: - Obrzęd, po którym ogon staje się wickiem, znaczy wicerezerwistą. (gestykulując) Korytarz zostaje zlany wodą z mydłem, delikwent siada na podłodze, dwaj „dziadkowie” ciągną go za nogi przez ten korytarz, aż do ubikacji. Tam go puszczają: delikwent wstaje, a oni mu gratulują. Ma obolały tyłek, ale wierz mi, jest bardzo zadowolony. (z przekonaniem) Fala umie się bronić. I to skutecznie.

Bogucki: - Po czyjej jesteś stronie?

Szostak: - Po stronie realizmu. Nie lubię tracić czasu na walkę z wiatrakami. My przyszliśmy do wojska z wyboru, a oni... (wskazując kieliszki) Polać jeszcze?

Bogucki: - Nie, ja już dziękuję.

Szostak: - Zawsze dobrze żyłem z żołnierzami, znam ich tok myślenia. Liczą każdy dzień, jaki tu spędzają. (wyciera kieliszki chusteczką, a potem chowa je do teczki) Grupa żołnierzy, którzy tego samego dnia przychodzą do wojska, a na koniec służby tego samego dnia wychodzą do cywila, ma prawo odczuwać szczególną więź. 

Bogucki: - Więź ma się pokrywać ze strukturą organizacyjną armii: z drużynami, plutonami, kompaniami... A nie z poborami. Dlatego muszę uderzyć w falę we wszystkich jej przejawach.

Szostak: - (chowając butelkę do teczki) Jak się do tego zabierzesz?

Bogucki: - Mam kilka konkretnych pomysłów. Najważniejszy dotyczy niezbędników, bo starzy żołnierze uderzają nimi po obiedzie w stół. A przy tym wykrzykują liczbę dni, jakie pozostały im do cywila.

Szostak: - Tak. Walą trzy razy jeśli to liczba trzycyfrowa, dwa jeśli dwucyfrowa. I odrywają kolejny centymetr miary krawieckiej... Młodzi, obecni w tym  momencie na stołówce, muszą wtedy wołać „mało!”.

Bogucki: - Żeby z tym skończyć, kwatermistrz naszego pułku wymyślił następujący sposób: żołnierz oddaje niezbędnik do magazynu, dostaje za to żeton. Kiedy idzie na posiłek, daje żeton, za który dostaje sztućce. A po posiłku oddaje sztućce i dostaje żeton. (z uśmiechem) Nie będą mieli czym walić w stół.

Szostak: - Nie wierzę w skuteczność twojej szlachetnej krucjaty. Powiem więcej: mogę się o to z tobą założyć.

Bogucki: - Nie rozumiem. O co miałbym się zakładać?

Szostak: - Jeżeli jeszcze przed „Tarczą” złamiesz falę, to przez dwa miesiące będę pełnił służbę oficera dyżurnego we wszystkie niedziele i święta. Zgłoszę się na ochotnika.

Bogucki: - Brzmi kusząco. A jeśli przegram?

Szostak: - Wtedy bez zastrzeżeń poprzesz mój awans.

Bogucki: - Wiedziałem, że wrócimy do tego tematu! Zawsze byłeś uparty, jak się czegoś uczepiłeś, to... (macha ręką) Ale dobrze, niech ci będzie. Przyjmuję zakład!

 

Obaj wstają, by wymienić uścisk dłoni.

 

Szostak: - To ja będę się zbierał... (sięga po swoją teczkę)

Bogucki: - Coś pilnego?

Szostak: - Tak, szkolenie. Idę uczyć żołnierzy pierwszego rocznika rzucać granatami.

Bogucki: - Uważaj, to niebezpieczne. Taki młody może spanikować, granat wyleci mu z ręki, upadnie ci pod nogi... Może być kłopot.

Szostak: - Mała strata. I tak nie planowałem żyć wiecznie. (z uśmiechem) Chyba za bardzo byś się nie zmartwił...

Bogucki: - Bez takich insynuacji.

Szostak: - Na pewno dotrzymasz słowa?

Bogucki: - Chcę uczciwie wygrać ten zakład. Uczciwie albo wcale. 

 

Major podchodzi do drzwi. Demonstracyjnie oddaje honory.

 

Szostak: - Obywatelu pułkowniku, proszę o pozwolenie odejścia!

Bogucki: - (macha ręką, zniecierpliwiony) Idź już!

 

Major wychodzi. Pułkownik siada przy biurku, zakłada okulary i przysuwa do siebie dokumenty.

 

 

SCENA DRUGA

Kompania rozpoznawcza, korytarz. Przy stoliku siedzi podoficer dyżurny w mundurze wyjściowym, przeglądając dziennik służby.

Drzwi się otwierają, na korytarz wchodzi major Szostak. Na ten widok podoficer dyżurny odkłada dziennik i zrywa się na nogi.

 

Więcławski: - (głośno) Kompania baczność!

 

Podoficer defiladowym krokiem podchodzi do majora. Staje w postawie zasadniczej, salutuje. Major odpowiada skinieniem głowy.

 

Więcławski: - Obywatelu majorze, podoficer dyżurny kompanii rozpoznawczej kapral Więcławski melduje...

Szostak: - Wystarczy, dziękuję... Spocznijcie.

Więcławski: - Rozkaz! (salutuje) Kompania spocznij!

Szostak: - Co robi kompania? (podchodzi do stolika, siada. wskazuje drugie krzesło kapralowi) W terenie?

Więcławski: - Tak jest! (siadając) Na zajęciach taktycznych, nad jeziorem.

Szostak: - Przeprawa przez bagno na pewno dobrze im zrobi... (rozgląda się po pustym korytarzu) Wszyscy są na taktyce?

Więcławski: - Dwóch żołnierzy zostało zwolnionych z zajęć przez lekarza. Czyszczą teraz broń.

Szostak: - A gdzie macie swojego dyżurnego?

Więcławski: - Wysłałem go do kantyny po jakiś napój.

Szostak: - Bardzo dobrze... (wyciąga z kieszeni papierosy i zapałki, przysuwa sobie popielniczkę) Ile dni wam zostało do cywila, obywatelu kapralu? Jaka tam dzisiaj cyfra?

Więcławski: - Dzisiaj mamy łabędzia.

Szostak: - To znaczy?

Więcławski: - Trzy dwójki. Dwieście dwadzieścia dwa. Łabędź lubi pływać, więc z rana trochę oblaliśmy młodych wodą... (z uśmiechem) Mało!

Szostak: - Nie tak znowu mało. (przypala papierosa) To grubo ponad pół roku...

Więcławski: - Niestety... Bycie wickiem ma swoje dobre i złe strony. Niby jestem już starym żołnierzem, ale jeszcze nie moja kolej do cywila. Zazdroszczę dziadkom...

Szostak: - Walą w stół po obiedzie?

Więcławski: - Pewnie, tradycja musi być. Ale ostatnio to słabo wychodzi.

Szostak: - Bo nie mają niezbędników?

Więcławski: - Właśnie! Walenie samą łyżką, w dodatku aluminiową, to nie to samo. Znacznie słabszy dźwięk.

Szostak: - Nowy dowódca pułku ostro wziął się za falę. Chce, żeby starzy sprzątali, żeby w kolejce po posiłki żołnierze nie ustawiali się według poborów... Jak to wygląda w praktyce?

Więcławski: - (z wahaniem) Nie wiem co odpowiedzieć, obywatelu majorze. Rozkaz dowódcy pułku...

Szostak: - Czego chce dowódca, to ja wiem. A od was chcę się dowiedzieć, jak jest naprawdę. (pojednawczo) Zdaję sobie sprawę, że w takich sytuacjach najgorzej mają kaprale: sami należą do fali i podlegają jej zasadom, a jednocześnie muszą się tłumaczyć przed dowództwem.

Więcławski: - Fakt, jesteśmy między młotem a kowadłem. Ale radzimy sobie. (półgłosem) Oczywiście, że starzy nie sprzątają, starego „parzy” ścierka i miotła. Dlatego zapisuję do sprzątania każdego rejonu jednego starego i jednego młodego. Stary ogląda film na świetlicy albo gra w karty, a młody sprząta.

Szostak: - A jak wejdzie oficer dyżurny?

Więcławski: - Przecież wtedy muszę wydać komendę „kompania baczność!”, a potem złożyć meldunek. Słysząc to starzy dyskretnie rozchodzą się do rejonów, do których ich zapisałem. Są tam, dopóki oficer jest na kompanii. Zresztą nie wszyscy oficerowie w ogóle o takie sprawy pytają.

Szostak: - A zakaz falowego ustawiania się w kolejce po posiłek?

Więcławski: - Z tym nie było żadnego problemu. Jakieś dwa tygodnie temu, kiedy zaprowadziłem kompanię na obiad, podszedł do mnie kwatermistrz. Z pretensjami: dlaczego starzy żołnierze ustawiają się w kolejce jako pierwsi, a młodzi dopiero za nimi. A ja mu na to, że regulamin daje pierwszeństwo żołnierzom starszym stopniem, a jeżeli stopnie są równe, to starszym służbą. (z uśmiechem) Zgłupiał! Stał przez chwilę nic nie mówiąc, a potem poszedł. Od tej pory nikt już mnie nie pyta o kolejność na stołówce... 

Szostak: - Faktycznie, jeśli mamy żołnierzy równych stopniem, to starszy służbą jest dowódcą. Widzę że kaprale znają regulamin lepiej niż kadra zawodowa... (śmieje się) Z młodymi zawsze są kłopoty, każdy liniowy oficer to powie. Gdyby nie fala, w wojsku byłby bajzel, a kociarstwo nikogo by nie słuchało. Tylko ci sztabowcy zwalczają falę, bo wykonują prikaz z góry... Młodzi zawsze panikują. Kiedyś, ładnych parę lat temu... (zaciąga się) będąc dowódcą warty, wystawiłem jeden z posterunków przed wejściem do wartowni. Stał tam młody żołnierz, mówię do niego: „nikogo nie wpuszczaj, choćby nawet sam generał przyszedł!” Niestety, młody jak to młody: spanikował. Siedzę na wartowni, jest środek nocy, a tu włazi do środka zastępca dowódcy batalionu, w dodatku mocno podpity. (śmieje się) Musiałem go zabawiać rozmową przez trzy godziny, zanim udało mi się go spławić... (gasi papierosa w popielniczce) Powiem więc jeszcze raz, ale tak w zaufaniu, że moim zdaniem fala jest dobra. Jeśli tylko nie wiąże się z przemocą fizyczną, z patologią.

 

Więcławski: - U nas żaden ze starych nigdy nie uderzył młodego. Fala to wzajemna umowa: młody wie, że jeśli będzie się bawił w falę, to w przyszłości czekają go przywileje. A jeżeli nie, to jako młody będzie miał trochę lżej, ale do końca służby pozostanie dla wszystkich kotem. (po chwili) Ale na te niezbędniki nic nie można poradzić.

Szostak: - A jeżeli można? Wyobraźmy sobie – hipotetycznie - taką sytuację... (półgłosem, dając kapralowi znak, by się przysunął) Idziesz na obiad, dajesz żeton, dostajesz w zamian nóż, łyżkę i widelec. Ale po obiedzie zabierasz z sobą te sztućce, nie idziesz po żeton. Masz więc teraz na kompanii nóż, łyżkę i widelec. Idąc na kolację bierzesz z sobą tylko nóż do smarowania pieczywa, bo więcej sztućców do tego posiłku nie potrzebujesz. Po kolacji oddajesz nóż i dostajesz za niego żeton. Wracasz na kompanię: masz teraz żeton, łyżkę i widelec... Ciekawe?

Więcławski: - Bardzo ciekawe.

Szostak: - Przypuśćmy teraz, że robisz tak nie tylko ty, ale także wielu innych żołnierzy. Jaki będzie efekt tego procederu już za jakieś trzy dni?

Więcławski: - Na stołówce zabraknie sztućców, bo one znajdą się w szafkach żołnierzy.

Szostak: - Właśnie! W związku z tym wydawanie posiłków stanie się koszmarem, przed stołówką staną ogromne kolejki, bo te kompanie które przyszły później, będą czekać  z żetonami w ręku, aż ci co jedli przed nimi oddadzą sztućce...

Więcławski: - Rzeczywiście, cały plan zajęć runie. Wojsko nie będzie mogło rozpocząć ćwiczeń o właściwej porze...

Szostak: - (potakując) Zrobi się niezłe zamieszanie. Na jakie żaden dowódca jednostki nie może sobie pozwolić... (spogląda na zegarek) Ale się rozgadałem! Kapralu, nie przywiązujcie wagi do moich słów, to była tylko niewinna igraszka mojej wyobraźni...

Więcławski: - Tak jest!

 

Major odsuwa popielniczkę, wstaje. Widząc to, natychmiast wstaje również kapral Więcławski. Major rusza ku wyjściu.

 

Więcławski: - Kompania baczność! (major znika za drzwiami) Spocznij!

 

Kapral siada przy stoliku. Zdejmuje czapkę i ociera dłonią spocone czoło.

 

 

SCENA TRZECIA

Kancelaria majora Szostaka. Major siedzi przy biurku, rozmawia przez telefon.

 

Szostak: - Czemu to tak długo trwa? Postaraj się! Co to znaczy, że nie zdążysz? Nie ma możliwości, żeby ta dostawa... (urywa, bo wchodzi Bogucki, z dużą kopertą w dłoni. siada na krzesełku, naprzeciwko majora

 

Szostak wstaje, ale Bogucki daje mu znak ręką, by usiadł.

 

Szostak: - (do słuchawki) Muszę kończyć, później zadzwonię. (odkłada słuchawkę)

Bogucki: - Powiem krótko i konkretnie, bo nie jest to dla mnie przyjemne: wygrałeś zakład. Odwołałem rozkaz kwatermistrza, kazałem oddać żołnierzom niezbędniki, a te żetony zabrać.

Szostak: - Dlaczego?

Bogucki: - Powstał taki bajzel, że nie miałem innego wyjścia. (kładzie kopertę na biurku) W ogóle wszystko nie wyszło tak, jak oczekiwałem.

Szostak: - Cieszę się... To znaczy: nie cieszę się z tego bajzlu, tylko z tego, że wygrałem.

Bogucki: - Lubię te twoje żarty, zaprawione nutą ironii. (przysuwa kopertę do Szostaka) Oto twoja nagroda, gratuluję.

Szostak: - Ku chwale Ojczyzny! (otwiera kopertę)

Bogucki: - Masz tu wszystkie papiery, jakie ci były potrzebne. (wstaje)

Szostak: - Dziękuję! (wstaje) Bardzo dziękuję! (widząc, że Bogucki idzie w stronę drzwi) Zostań jeszcze, pogadajmy!

Bogucki: - O czym? Już żeśmy sobie wszystko dawno temu powiedzieli. (wychodzi)

 

Major przechadza się przez chwilę po pokoju, podekscytowany. Potem siada przy biurku, wyjmuje dokumenty z koperty i rozkłada je przed sobą. Czyta uważnie.

 

SCENA CZWARTA

Kancelaria dowódcy jednostki. Pułkownik Bogucki siedzi przy biurku, przegląda dokumenty. Słychać pukanie do drzwi.

 

Bogucki: - (nie przerywając pracy) Wejść!

 

Wchodzi kapitan Ogorzałek, w mundurze oficera WSW, ze skoroszytem w lewej dłoni.

 

Ogorzałek: - (oddając honory) Obywatelu pułkowniku, kapitan Waldemar Ogorzałek, Wojskowa Służba Wewnętrzna.

Bogucki: - Bardzo proszę... (wstaje, podaje gościowi dłoń, wskazuje mu krzesło) Poinformowano mnie o pańskim przyjeździe, ale muszę przyznać, że jestem zdziwiony. Co się takiego stało, że WSW zaszczyca naszą jednostkę swoim zainteresowaniem? (siada)

Ogorzałek: - A stało się, stało... (siada) Chodzi o majora Szostaka.

Bogucki: - Jest teraz na tygodniowym urlopie, po którym wyjedzie na szkolenie do Moskwy. A po szkoleniu już tu nie wróci, zapewne awansuje...

Ogorzałek: - Nie wróci, to fakt. Wczoraj został aresztowany przez WSW.

Bogucki: - (oszołomiony) Co takiego? Nie rozumiem...

Ogorzałek: - Robił lewe interesy na dostawach dla jednostki, w której poprzednio służył. Żywność, paliwo... Chodzi o całkiem spore sumy.

Bogucki: - Niemożliwe!

Ogorzałek: - Możliwe i udowodnione. Proszę! (wręcza pułkownikowi skoroszyt z dokumentami) Kiedy przeniesiono go tutaj, na jakiś czas ograniczył swój proceder. Chciał pewnie zaczekać, aż sprawa przyschnie. Ale potem znów robił swoje.

Bogucki: - Wiedzieliście o wszystkim? To trzeba go było od razu zamknąć, zamiast czekać do tej pory.

Ogorzałek: - Bez dowodów? Ich zebranie musiało potrwać. Tym bardziej, że chcieliśmy także zidentyfikować jego wspólników.

Bogucki: - (przeglądając dokumenty) Rzeczywiście, to są poważne zarzuty... A to drań! Tak narzekał, że pomijają go przy awansach, udawał skrzywdzonego!

Ogorzałek: - Skoro o tym mowa... Ten wasz zakład o pokonanie fali... To nie był najlepszy pomysł, tak między nami mówiąc. A wspaniała opinia, jaką mu pan wystawił, jest w świetle tego, co zawierają te dokumenty, zupełnym nieporozumieniem.

Bogucki: - Zakład? (zaskoczony) Ale właściwie to... Skąd pan wie?

Ogorzałek: - Podczas dyskretnej inwigilacji, jaką prowadziliśmy, natknęliśmy się i na to. (uspokajającym tonem) Proszę się nie martwić, nie będzie to miało dla pana poważniejszych konsekwencji. W końcu pan, pułkowniku, walczył z patologiczną subkulturą, która w wojsku nie powinna mieć miejsca. Za to major Szostak nawet w tej sprawie nie zachował się uczciwie. Trochę pomagał losowi.

Bogucki: - Pomagał? Nie rozumiem.

Ogorzałek: - Przekazywał żołnierzom swoje instrukcje i rady, jak obronić falę. Rozmawiał o tym z kilkoma żołnierzami służby zasadniczej, między innymi z kapralem, jak mu tam... (szuka w pamięci) Więcławskim.

Bogucki: - Nie mogę uwierzyć... Szostak zawsze miał swoje wady, ale żeby coś takiego?  Gdzie jego oficerski honor?

Ogorzałek: - Czasem ludzie wydają się nam lepsi, niż są. (wstaje) Przykro mi, ale muszę już iść, mam się zameldować w sztabie dywizji. Obywatelu pułkowniku, proszę o pozwolenie odejścia. Dokumenty oczywiście zostawiam.

Bogucki: - (nie przerywając lektury) Idźcie, idźcie...

 

Kapitan oddaje honory, a potem wychodzi. Pułkownik jeszcze przez chwilę przegląda dokumenty, a potem sięga po telefon. Wybiera numer.

 

Bogucki: - Kompania rozpoznawcza? Proszę przysłać do mnie kaprala Więcławskiego. Natychmiast!

 

Gniewnym ruchem odkłada słuchawkę. Bębniąc palcami o blat, wpatruje się w drzwi. Z oddali słychać „Rezerwę”.

 

KURTYNA