Tulia

Total votes: 887

Lech Brywczyński

Dramat w jednym akcie

MOTTO:

Jakie są prawa rządzące światem?

Chmury,

budowle z przyszłej wody,

góry rzekomych kształtów.

                                                                      Jalu Kurek

OSOBY:

Tulia

Dagobert

Genseryk

Marek Tuliusz Torquatus

Centurion

Opuszczony gródek - wnętrze ciemne i ponure, pozbawione jakiegokolwiek wyposażenia czy ozdób, ściany zbudowane z ociosanych głazów. Jedynie śpiewy ptaków, dobiegające z zewnątrz, przyjemnie zakłócają ciszę.

Dopiero po dłuższej chwili słychać odgłosy, świadczące o zbliżaniu się zbrojnego oddziału. Coraz wyraźniej da się rozróżnić nawoływania, szczęk broni, tupot kroków, rżenie koni...

Dagobert: - (władczo) Wszyscy z koni! Rozbijamy obóz! Zachować czujność! Nie robić hałasu, nie palić ognisk! (po chwili) Ja będę tutaj, razem z Genserykiem!

Odgłosy stopniowo oddalają się, cichną, jakby członkowie oddziału rozchodzili się w różne strony.

Do izby wchodzi dwóch germańskich wojowników, odzianych w skóry, w hełmach i z mieczami u pasa. Idą powoli, rozglądając się czujnie na boki. Pierwszy z nich trzyma w dłoni płonące łuczywo: zbliża się do ściany, szukając miejsca, w którym dałoby się je umocować. Drugi ciągnie za sobą na sznurze dziewczynę; koniec sznura przymocowany jest do jej wyciągniętych przed siebie rąk, związanych w przegubach. Dziewczyna ma na sobie podartą, brudną suknię, porusza się z trudem, jest wyczerpana.

Genseryk: - No! Tu jest dobre miejsce... (wtyka pochodnię w szparę pomiędzy kamieniami, na wysokości swojej głowy) Teraz będzie widniej! (rozgląda się) Mury stare, ale jeszcze mocne... (siada na  podłodze, zdejmuje hełm  i kładzie go sobie na kolanach)

Dagobert: - W końcu trochę odpoczniemy. Mam już dość...

Dagobert spogląda badawczo na dziewczynę, potem rzuca sznur na podłogę i rozkazującym gestem wskazuje jej miejsce po przeciwnej stronie izby. Dziewczyna posłusznie idzie we wskazane miejsce i natychmiast kładzie się na podłodze. Leży na boku, twarzą do ściany.

Genseryk: - (z uznaniem, wskazując na dziewczynę) A co ona ma powiedzieć? Przez całe dnie prowadzisz ją za swoim koniem, a sam siedzisz wygodnie w siodle. Dziewczyna ledwo idzie, ale się nie skarży...

Dagobert: - A w czym by jej skargi pomogły? (oddycha głęboko, siada obok Genseryka. zdejmuje hełm, kładzie go obok siebie, na podłodze) To dobrze, że jest zmęczona. Przynajmniej nie ma siły uciec. (uśmiecha się porozumiewawczo do Genseryka, trąca go w ramię) Podoba ci się ta Rzymianka, co?

Genseryk: - Nie... Wolę nasze, germańskie kobiety! Mają więcej ciała.

Dagobert: - Oj prawda to, prawda! Mają! (śmieje się chrapliwie) Ale bądź spokojny, tej dziewczynie też nic nie brakuje. Wiem, co mówię, niejeden raz to sprawdziłem! (śmieje się, ale po chwili poważnieje) Wystawiłeś straże?

Genseryk: - (potakując) Jak zawsze. Wyznaczyłem kilku ludzi, reszta może odpoczywać.

Dagobert: - Nasi wojownicy zasypiają, kiedy tylko usiądą... (ziewa przeciągle) Sen ich dopada, jak dziki zwierz.

Genseryk: - Dziwisz się? Są zmęczeni, głodni... (ziewa) Jak długo można się ukrywać?

Dagobert: - Musimy siedzieć cicho, żeby nas nie znaleźli.

Genseryk: - (zniecierpliwiony) Od dwóch miesięcy kluczymy, kryjemy się po lasach, raz tu, raz tam, zamiast od razu pognać konie ku granicy. Nasi ludzie się burzą!

Dagobert: - Nie narzekaj. (rozgląda się wokół) Ten opuszczony gródek jest nawet przytulny.

Genseryk: - Pewnie. To lepsze niż obozowanie pod gołym niebem, jak wczoraj... (smętnie kiwa głową) Powiadam ci, stary druhu, źle czynisz. Rzymianie w końcu nas znajdą. Jesteśmy za blisko Sirmium. Od dawna powinniśmy być za Dunajem!

Dagobert: - Nie uciekamy w stronę rzeki, bo tam by nas właśnie szukali. Trzeba było się ukryć, przeczekać... Rzymscy legioniści wrócą do Sirmium, a my wtedy... (energicznym ruchem wskazuje kierunek północny)

Genseryk: - (cierpko) Źle się dzieje, jeżeli wódz jest sprawcą kłopotów swoich ludzi. (wskazuje na Tulię) Gdyby jej z nami nie było, nikt by nas nie ścigał. A tak... (rozkłada ręce)

Dagobert: - Dziwisz się? W końcu to córka rzymskiego dostojnika, który trzęsie całą prowincją! Dowódcy legionów na pewno nie odmówili mu żołnierzy.

Genseryk: - Zachciało ci się Rzymianki z senatorskiego rodu!

Dagobert: - (z rozbrajającym uśmiechem) A żebyś wiedział, zachciało mi się! (przymyka oczy, rozmarzony) Kiedy wtargnęliśmy do Sirmium, jak tylko ją zobaczyłem, otoczoną rojem sług, powiedziałem sobie: muszę mieć taką kobietę! (stanowczo) W końcu jestem germańskim księciem! Mój ród wcale nie jest gorszy od rzymskich patrycjuszy, sprawujących urzędy tylko z łaski cesarza!

Genseryk: - Tak uważasz? Więc jesteś naiwny. Rzymianie...

Dagobert: - (zniecierpliwiony) Co mnie obchodzi, że oni tego nie uznają? Wszystko, czego mi potrzeba, wywalczę sobie mieczem! (opiera dłoń na głowni miecza)

Genseryk: - Podziwiam twoją waleczność. Ale to za mało, żeby zostać wielkim wodzem. Inni nasi książęta postępują roztropniej. (kręci głową) Ich wyprawy przynoszą więcej łupów, więcej złota. Za to niebezpieczeństw jest znacznie mniej... (ziewa przeciągle)

Dagobert: - Wojownik nie ukrywa się przed niebezpieczeństwami. One są jak sól, bez której cała potrawa traci smak.

Genseryk: - Dobrze powiedziane. (mlaska) Napiłbym się...

Dagobert: - Ja też! (do dziewczyny, ostro) Przynieś mi wodę, rzymska suko! Pachołkowie dadzą ci dzbanek. Tylko sama nie pij! Bo znowu każę cię wychłostać!

Tulia  wstaje z trudem, opierając się na związanych rękach. Chwiejnym krokiem idzie w kierunku wyjścia, wlokąc za sobą sznur.

Genseryk: - (spogląda na Tulię, znikającą w wyjściu) Nie zmartwiłbym się, gdyby uciekła. Rzymianie by ją znaleźli i mielibyśmy spokój.

Dagobert: - Muszę cię zmartwić: nie ucieknie. Widzisz, w jakim jest stanie. Nie doszłaby do najbliższej osady.

Genseryk: - Tak to spokojnie mówisz... (patrzy Dagobertowi prosto w oczy) Chcesz ją dla siebie?

Dagobert: - Po co? Mało to mam germańskich żon? (śmieje się) Zabawię się trochę, a potem ją sprzedam. Jeszcze przed następną wyprawą... (do wnętrza wchodzi Tulia, trzymająca w związanych dłoniach dzban, pełen wody. idzie wolno, aż dochodzi do Dagoberta i podaje mu dzbanek) Nareszcie!

Dagobert pije, a potem wręcza dzban Genserykowi.

Genseryk: - Dzięki! (pije łapczywie)

Dagobert: - Każdy chętnie kupi taką ładną niewolnicę, żeby jej robić jednego bachora po drugim... (śmieje się głośno, klepie Tulię po tyłku, a potem próbuje chwycić ją za pierś - dziewczyna odsuwa się o krok)

Genseryk: - (zamaszystym ruchem rzuca pusty dzban na podłogę. gliniane naczynie rozpada się na kawałki) Dobra ta woda. Świeża... Jak masz na imię, Rzymianko? (po chwili, widząc że Tulia nie zamierza odpowiedzieć) Jak cię nazywają? Gadaj!

Tulia stoi nieruchomo, wpatrując się w płonącą pochodnię.

Dagobert: - Odpowiadaj, jak do ciebie mówią! Nuże! (po dłuższej chwili, do Genseryka) Nie powie ani słowa. Jeszcze nie słyszałem jej głosu! Ale i tak wiadomo, że nazywa się Tulia. W tej prowincji prawie wszyscy ją znają.

Genseryk: - (do Dagoberta) Dumna jest. Twarda.

Dagobert: - Nie na długo. Poczekaj jeszcze trochę, a zobaczysz. Z dnia na dzień będzie mi łatwiej ją złamać... (do dziewczyny, z ironią) Nieszczęsna, nigdy nie zobaczysz swojego domu! Co ja mówię: domu? Toż to pałac: willa, stajnie, ogrody, roje niewolników... A teraz sama jesteś niewolnicą. Do końca swoich dni będziesz mogła tylko wspominać czasy, kiedy byłaś wielką panią. (macha wzgardliwie ręką) Wracaj na swoje miejsce!

Tulia wolnym krokiem wraca na poprzednie miejsce i kładzie się na podłodze. Na dłuższy czas zapada cisza.

Genseryk: - (drapie się w głowę) Co my tu o jakiejś dziewczynie... Mam większy kłopot.

Dagobert: - Jaki?

Genseryk: - Mój koń długo nie pociągnie... Sprzedasz mi któregoś ze swoich?

Dagobert: - Nie! Nie sprzedam.

Genseryk: - (zaskoczony) Jak to? Przecież mam złoto. Zapłacę ile zechcesz. Wiesz, że bez konia nie przeżyję tu ani dnia!

Dagobert: - (z uśmiechem) Nie sprzedam konia, tylko ci go dam. Za darmo! Tego karego ogiera, który zawsze ci się podobał...

Genseryk: - Naprawdę? (Dagobert potakuje) Dzięki! Zaraz każę go osiodłać. Wielkie dzięki! (uradowany, klepie Dagoberta po ramieniu)

Dagobert: - Wiesz, jaki jestem. Nie mam nic, ale dzielę się wszystkim.

Genseryk: - Nic nie masz? Ty? (rozbawiony) Nie bądź taki skromny! Widziałem, jakie łupy zgarnąłeś w zeszłym roku, w Adrianopolu! Ja też się tam obłowiłem. (po namyśle) Mogę ci się zrewanżować. W jukach mam sztylet, wysadzany drogimi kamieniami... Chcesz go?

Dagobert: - Pewnie! Lubię takie zabawki...

Genseryk: - Kto nie lubi? (po chwili, z niepokojem) Słuchaj... Zwiadowcy donieśli mi rano, że po okolicy kręcą się nie tylko Rzymianie, ale także Hunowie.

Dagobert: - To pewne? (Genseryk potakuje) Czemu nie mówiłeś wcześniej? Ci Hunowie są nienasyceni, nigdy nie mają dość łupów!

Genseryk: - To prawda. Zostawiają po sobie spaloną ziemię.

Dagobert: - Właśnie. Trzeba pozwolić Rzymianom dojść do siebie, żeby za rok znów było co rabować. A Hunowie tego nie rozumieją. (kiwa głową) Kiedyś trzeba będzie dać tym dzikusom łupnia. Albo... pomóc Rzymianom - niech to oni załatwią Hunów. (śmieje się głośno) Pomóc Rzymianom! Nigdy nie przypuszczałem, że takie słowa przejdą mi kiedyś przez gardło!

Genseryk: - Taka zmiana sojuszy nazywa się... (szuka w pamięci odpowiedniego słowa) Polityka! Tak. Jeden z rzymskich jeńców mi to kiedyś powiedział. (śmieje się) Zanim go sprzedałem do kamieniołomów!

Dagobert: - Nie okazałeś się wdzięcznym uczniem. (śmieje się, ale po chwili poważnieje) Nie chciałbym się tu spotkać z Hunami. Napadliby nas, choćby po to, żeby zabrać nam jeńców. Taki mały oddział, jak nasz, w dodatku obciążony łupami, nie miałby żadnych szans...

Genseryk: - Cóż więc?

Dagobert: - (po długim namyśle) Nie mamy wyboru. (stanowczo) Tutaj tylko przenocujemy. A jutro, z samego rana... ruszamy ku granicy!

Genseryk: - (uradowany) Nareszcie! Chwała niech będzie bogom! Tak nagle się zdecydowałeś?

Dagobert: - Sam widzisz, jaka jest sytuacja. (z uśmiechem) Poza tym, miałem już dość twojego zrzędzenia!

Genseryk: - Nasi wojownicy się ucieszą. (po chwili) W którym miejscu przekroczymy Dunaj?

Dagobert: - To jakieś trzy dni drogi stąd. Znasz ten bród, który w zeszłym roku został... (milknie, zaskoczony, bo na zewnątrz nagle rozlegają się dźwięki rzymskich rogów. słychać głośne okrzyki przerażenia, szczęk broni, łoskot zadawanych ciosów)

Genseryk: - Co tam się dzieje?

Obaj  wojownicy zrywają się na nogi, nasłuchują.

Dagobert: - Przecież kazałem wszystkim siedzieć cicho! Hunowie?

Genseryk: - Nie słyszysz rogów? To muszą być Rzymianie! Szybko!

Obaj w pośpiechu zakładają hełmy i wybiegają z izby. Bitewny hałas jest coraz głośniejszy.

Dziewczyna podnosi się z trudem, siada. Z obawą, ale i z nadzieją wsłuchuje się w dobiegające z zewnątrz odgłosy walki. Oddycha głęboko. Usiłuje rozerwać swoje więzy, ale bezskutecznie. Zrezygnowana, znowu kładzie się na podłodze.

Do wnętrza wbiega postawny, siwowłosy mężczyzna w rzymskiej zbroi, z mieczem w dłoni. Rozgląda się, zauważa płonące łuczywo, a potem leżącą na podłodze dziewczynę. Podbiega do niej, chwyta za ramiona, odwraca ją ku sobie, spogląda na jej twarz.

Marek Tuliusz Torquatus: - To ty, Tulio! Tak! (klęka przy dziewczynie, rozcina mieczem jej więzy) Kochana córeczko! Moje dziecko!

Tulia: - (siada, rzuca się ojcu na szyję) Ojcze, już myślałam, że nigdy... (obejmuje go, płacząc) Że mnie nie znajdziesz... 

Marek Tuliusz Torquatus: - Co za szczęście! (wzruszony) Szukałem cię, jak oszalały, we wszystkie strony wysyłałem szpiegów, zwiadowców, posłańców... (staje na nogi, chowa miecz do pochwy)

Tulia: - (klęcząc) Ciągle nasłuchiwałam, czy nie przybywasz, by mnie uratować. A potem straciłam nadzieję, zobojętniałam na wszystko...

Marek Tuliusz Torquatus: - Moje biedne dziecko! (całuje córkę w czoło, pomaga jej wstać) Dowódca legionu, wiesz, ten zezowaty Mucjusz Pertinaks, przysłał mi żołnierzy, całą kohortę. (ociera pot z czoła) Bogowie byli łaskawi i wreszcie cię odnalazłem. A już mieliśmy wracać z niczym!

Do izby wchodzi rzymski oficer  w pełnym uzbrojeniu, prowadzący z sobą związanego Dagoberta.  Jeniec jest pobity, odzież ma poszarpaną.

Centurion: - Już po wszystkim, dostojny prokonsulu! Poszło nam łatwiej, niż przewidywałem! Pewnie dlatego, że barbarzyńcy byli wyczerpani, nie mieli siły walczyć.

Marek Tuliusz Torquatus: -  Powiedz żołnierzom, że nie minie ich nagroda! Nie będę wam żałował złota! (uszczęśliwiony, obejmuje córkę) Odnalazłem ją! Odnalazłem moją córkę! Możemy wracać...

Centurion: - (z ukłonem) Witam cię, pani! Dałaś naszemu legionowi sposobność, by okrył się sławą, ratując cię z niewoli! (do prokonsula) Wszystkich zabiliśmy, tylko tego udało się wziąć żywcem. To przywódca tej germańskiej hołoty. Co mam z nim zrobić?

Marek Tuliusz Torquatus: - To on? To jest ów osławiony Dagobert? (podchodzi do jeńca, przygląda mu się z ciekawością) Najeżdżał naszą prowincję każdej wiosny, kiedy tylko na polach pojawiała się pierwsza trawa. Wtedy jego konni wojownicy wpadali tu, niczym wysłannicy Tartaru, zostawiając za sobą ograbione miasta, spalone wioski, zbezczeszczone świątynie... (podnosi w gorę zaciśniętą pięść, jakby chciał uderzyć Dagoberta w twarz, ale opanowuje się. z impetem opuszcza rękę, uderzając się dłonią w udo)  Gdyby nie to, że boski Marek Aureliusz, mój duchowy patron, zalecał panowanie nad emocjami, to ja bym... (do Centuriona, rozkazująco) Dla takiego łotra kara może być tylko jedna: powiesić na najbliższym drzewie!

Centurion: - Stanie się wedle twej woli!

Marek Tuliusz Torquatus: -  Zaraz potem zwołaj zbiórkę. Niech żołnierze będą gotowi do drogi, bo nie mamy co...

Tulia: - Nie, ojcze, nie! (błagalnie, obejmując ojca za ramię) Podaruj mi tego Germanina! Bardzo mi na tym zależy!

Marek Tuliusz Torquatus: - (po namyśle) Dobrze - jest twój. Zrób z nim, co tylko zechcesz.

Tulia: - Dziękuję! Dziękuję ci, ojcze! (do Centuriona, wolno cedząc słowa) Niech założą mu łańcuchy i wypalą niewolnicze piętna na obu policzkach.

Centurion: - Stanie się wedle twej woli, pani... (wychodzi, wlokąc za sobą Dagoberta)

Marek Tuliusz Torquatus: - Ten zbój zasłużył na taki los...

Tulia: - (zimno) O tak! On tak bardzo mnie skrzywdził... Będzie szedł, przywiązany do mojego konia. Przez całą drogę do Sirmium. (z niepokojem) Właśnie, co z naszym domem?

Marek Tuliusz Torquatus: - Bogowie nam sprzyjali - zniszczenia nie są duże: spalony młyn, rozkradzione konie, paru niewolników zabitych, kilku rannych... Zaraz po ucieczce Germanów ugasiliśmy pożary. Następnego dnia wezwałem cieśli... (z uśmiechem) Wszystko wygląda tak samo, jak przedtem. A nawet lepiej.

Tulia: - Wspaniale! (przyczesuje dłonią włosy) Jak tylko znajdziemy się w domu, wezmę kąpiel. Za łaźnią bardzo tęskniłam, ta germańska dzicz w ogóle się nie myje... A potem ubiorę najpiękniejszą suknię! Za to tę, którą mam teraz na sobie, każę spalić! (otrzepuje ubranie) Kiedy dojedziemy do Sirmium?

Marek Tuliusz Torquatus: - Najpóźniej jutro wieczorem. Nie jesteśmy daleko. Ci barbarzyńcy, zamiast od razu uciekać ku granicy, zaszyli się tutaj... To był ich błąd. Hunowie nam donieśli, że germański oddział tutaj się ukrył... (śmieje się głośno) Wiesz, ile im musiałem zapłacić za tę informację? Ale warto było!

Tulia: - Obiecuję sobie, że złożę ofiarę dziękczynną na ołtarzu bogini Fortuny, by podziękować jej za odmianę losu... (po namyśle) A jak się miewa ten nasz młody trybun, Kasjusz Marcellus?

Marek Tuliusz Torquatus: - (zaskoczony) Pytasz o Kasjusza? Ty? To do ciebie niepodobne. Od paru lat o ciebie zabiega, ale ty jeszcze nigdy...

Tulia: - To prawda, nie lubiłam go...

Marek Tuliusz Torquatus: - Właściwie to nie wiem, dlaczego: jest młody, przystojny... Bogaty być nie musi, bo przecież ja mam wszystko...

Tulia: - To, co się ostatnio wydarzyło, nauczyło mnie jednego: trzeba się cieszyć tym, co nam los przynosi. Bo zawsze może być gorzej. (bierze głęboki oddech) Kiedy wrócimy do domu, poślij po niego. Przekaż mu, że się zgadzam. Wyjdę za niego.

Marek Tuliusz Torquatus: - Zrobię to, oczywiście! Ale że tak szybko się zdecydowałaś? I to właśnie teraz!

Tulia: - Nie mam zbyt wiele czasu... (wymownie gładzi się dłonią po brzuchu)

Marek Tuliusz Torquatus: - Co takiego? Kto? (po chwili) Czy to ten Germanin? (pokazuje w kierunku  wyjścia)

Tulia: - Tak. To on...

Marek Tuliusz Torquatus: - (wzburzony) Chyba go zaraz uduszę!

Tulia: - O nie... To byłoby dla niego zbyt łagodną karą! Jego syn będzie spadkobiercą naszego rodu, a on sam... Ostatnim z moich niewolników.

Marek Tuliusz Torquatus: - Nie ma takiej kary, która byłaby dla niego zbyt okrutną! Ma drań szczęście, że jestem stoikiem, bo tymi rękami... (przez chwilę sapie z oburzenia, potem stopniowo uspokaja się) Skąd wiesz, że to będzie syn?

Tulia: - Nie wiem, ale... To się czuje.

Marek Tuliusz Torquatus: - (w zamyśleniu) Mój pierwszy wnuk...

Tulia: - Pierwszy, ale nie ostatni. (wzdycha) Kasjusz jakoś się z tym pogodzi i uzna to dziecko za swoje. Na pewno. Nikomu nie powiemy. Potem urodzę mu jeszcze kilkoro... Zawsze mnie kochał... (pochyla się, by podnieść sznur, którym była związana) Ten sznur zachowam na pamiątkę. Przyda mi się, kiedy będę miała ochotę wychłostać tego Dagoberta... (chwieje się, osłabiona) Albo kiedy zrobi mi się go żal... Spojrzę na ten sznur i wtedy od razu mi przejdzie... (chwieje się jeszcze mocniej)

Marek Tuliusz Torquatus: - (podtrzymuje córkę ramieniem) Wiele przeszłaś, a mimo to zachowujesz jasny umysł i silną wolę. Jestem z ciebie dumny. Tak przystoi Rzymiance z naszego rodu... (gładzi Tulię dłonią po policzku) Nie ma na co czekać, jedziemy do  domu! (wolnym krokiem prowadzi córkę ku wyjściu) Tam sobie odpoczniesz, córeczko... (w stronę wyjścia, głośno) Wezwać medyka! Szybko! I przygotować lektykę! Wyruszamy niezwłocznie! (oboje wychodzą)

Słychać nawoływania, szczęk broni, tupot kroków, rżenie koni. Z upływem czasu wszystko to jednak oddala się, jest coraz słabiej słyszalne.

Wetknięta w ścianę pochodnia wypala się: jej płomień stopniowo maleje, aż w końcu gaśnie. Wnętrze gródka znów robi się ciemne i ponure. Jedynie śpiewy ptaków, dobiegające z zewnątrz, przyjemnie zakłócają ciszę...

KURTYNA

Pierwodruk tego dramatu jednoaktowego miał miejsce w "Ciechanowskich Zeszytach Literackich"