Wykład

Total votes: 2221

Lech Brywczyński

Dramat w jednym akcie

MOTTO:

Wszyscy jesteśmy pomyleni, ale tego, kto umie analizować swoje urojenia, nazywa się filozofem.

Ambrose Bierce

 

 

OSOBY:

Staruszek

Sanitariusz I

Sanitariusz II

Student

 

 

Na środku sceny stoi stary, podniszczony stół z krzesłem, po prawej stronie są drzwi. Panuje cisza, którą po chwili przerywają wolno zbliżające się kroki. Ktoś bierze za klamkę, drzwi się otwierają. Na scenę wchodzi mężczyzna w starszym wieku, z grubym notesem w dłoni. Niezgrabnym ruchem poprawia okulary, uważnie przygląda się widowni.

Staruszek: - Witam państwa... Wyglądacie mi na studentów trzeciego roku... Zgadza się? Tyle mam tych wykładów, że można się pomylić... (podchodzi do stołu, przygląda mu się krytycznie) Gdzie się podziało moje biurko? Było takie piękne, stylowe. Pewnie zabrali je do naprawy, dziekan obiecał mi to dawno temu... Trudno, usiądę tutaj... (siada na krześle, kładzie na blacie stołu swój notes, otwiera go. ogląda się za siebie) Widzę że i tablicy już nie ma? Nie szkodzi, w końcu to nie matematyka, nie musimy zapisywać wzorów ani równań... (przewraca kartki notesu, a potem wyciąga z kieszeni marynarki długopis i coś zapisuje) Tematem dzisiejszego wykładu jest... (z uśmiechem) A nie, na razie nie podam państwu tematu! Przecież temat wykładu, jego tytuł, jest podsumowaniem tego, co zostało powiedziane. Dlatego dopiero po wykładzie poproszę każdego z was (wskazuje palcem w stronę widowni) o to, żeby podał swój pomysł na tytuł. Uwaga: jeśli ktoś poda dokładnie taki tytuł wykładu, jaki mam tutaj zapisany, to od razu poproszę go tutaj do mnie z indeksem i wpiszę mu piątkę. Nie będzie musiał zdawać egzaminu. Trzeba nagradzać ludzi, którzy umieją myśleć syntetycznie...

Zamyka notes. Wstaje, chowa długopis do kieszeni. Przez chwilę stoi nieruchomo, a potem przechadza się wolnym, miarowym krokiem po sali, pogrążony w swoich myślach. Sprawia wrażenie, jakby zapomniał gdzie jest i co robi. Uśmiecha się sam do siebie. Bezwiednie wpada na stół: zatrzymuje się, spogląda wokół, jakby właśnie w tej chwili się obudził.

Staruszek: - Od czego to ja chciałem zacząć? Zaraz, zaraz... To ma być... (sięga do kieszeni, natrafia tam dłonią na długopis. triumfalnym gestem wyciąga długopis z kieszeni) A właśnie! Mam zacząć od Platona. (wysoko podnosi dłoń z długopisem, robi kilka kroków w stronę widowni) Czy wiecie państwo, co to jest? (daremnie oczekuje na odpowiedź) Nie wiecie? Naprawdę? (z uśmiechem, tonem wyjaśnienia) To jest długopis! Zastanówmy się teraz, na czym polega długopisowatość tego długopisu? Innymi słowy: co sprawia, że ten przedmiot nazywamy długopisem? (rozkręca długopis na kawałki) To chyba proste: długopis ma wkład, obudowę, nakrętkę, sprężynkę i tak dalej... Podobne składniki posiadają wszystkie długopisy świata. Istnieje zatem ogólna idea długopisu czyli przedmiotu, złożonego z powyższych części, a służącego do pisania. Ta idea istniała zawsze: sięgnął po nią dopiero ten człowiek, który skonstruował pierwszy długopis. Wszystkie istniejące długopisy są tylko kopią tej idei. (po chwili) To samo moglibyśmy powiedzieć o samochodzie: istnieje idea samochodu, który musi mieć cztery koła, podwozie, rurę wydechową i kierownicę, a wszystkie samochody jeżdżące po ulicach są tylko kopiami tej idei. (z gestykulacją) Albo widelec! Też jest ucieleśnieniem pewnej idei – ucieleśnieniem obrzydzenia, jakie odczuwamy na myśl o dotykaniu potraw palcami. Przez wiele pokoleń ludzie jedli bez sztućców i wycierali tłuste paluchy o ubranie, aż w końcu ktoś miał tego dość - dotarł swoim umysłem do idei widelca i stworzył pierwszą materialną kopię tej idei. (z naciskiem) Istnieje zatem świat idei, a także odrębny świat rzeczy, będących kopiami tych idei. I to właśnie jest Platon... To jego filozofia. (przygląda się trzymanym w dłoni częściom długopisu, potem bez powodzenia próbuje je złożyć) Chyba nie uda mi się teraz zmontować tego długopisu, zrobię to po wykładzie. Wzrok już nie ten...

Wsypuje zawartość dłoni do kieszeni. Splata dłonie za plecami i przechadza się w zadumie po sali. Mówi, nie przestając chodzić.

Staruszek: - Pomyślcie tylko: ile jeszcze istnieje idei, po które nikt z ludzi do tej pory nie sięgnął! Przyszli wynalazcy będą mieli co robić... (uśmiecha się sam do siebie) Właśnie... Dyskutowałem niedawno z pewnym uczonym kolegą z naszej katedry. Pyta mnie: co ty widzisz w tej „Iliadzie” Homera? Ja mówię: są tam herosi, bohaterowie, wielcy ludzie... On na to: czytaj uważnie, a zrozumiesz, że ci wszyscy „wielcy ludzie” wcale nie byli lepsi od ludzi dzisiejszych, też kierowali się egoizmem, chciwością, dążeniem do władzy, nie mieli litości, kiedy zabijali wrogów... A ja na to: zgadzam się, że zło i nikczemność w każdych czasach wyglądają podobnie, za to wielkość człowieka miała w czasach Homera zupełnie inny wymiar. I zażądałem, żeby mi pokazał dzisiejszych Platonów, Arystotelesów i Achillesów... On wtedy odpowiedział, że mam trochę racji i że honor dzisiejszych czasów ratują tylko wynalazcy. (pociera palcem podbródek) Teraz myślę, że on niechcący trafił w samo sedno problemu. Tak, herosi naszych czasów to właśnie wynalazcy... (rozkłada ramiona) Trudno, żeby herosem był dzisiejszy żołnierz czy dowódca, bo obecne wojny nie mają w sobie nic wzniosłego, nic romantycznego. Ktoś siedzi przy komputerze pijąc kawę, między jednym łykiem a drugim odstawia filiżankę, wciska „enter” i rakieta leci! Do tego nie trzeba być bohaterem. Ba, można nawet być zwykłym tchórzem i mdleć na widok kropli krwi!

Nieruchomieje, poprawia okulary, spogląda uważnie na Studenta, siedzącego na widowni. Student ma przymknięte oczy, podbródek oparty na dłoni.

Staruszek: - (tonem łagodnego napomnienia) Proszę pana, ładnie to tak spać na wykładzie? Halo!

Student siada wyprostowany, przeciera oczy.

Student: - Słucham uważnie przez cały czas, tylko na moment się zamyśliłem... Bardzo przepraszam!

Staruszek: - Wracajmy zatem do naszych rozważań. (znów przechadza się po sali) Słowa mojego uczonego kolegi, iż ludzie zawsze byli tak samo źli, niezależnie od epoki, skojarzyły mi się z tezą Hobbesa „człowiek człowiekowi wilkiem”. Że niby ludzie są dzicy i okrutni, tylko prawo i instytucje za nim stojące powstrzymują ich – a i to nie zawsze! - przed czynieniem zła. Na przeciwnym biegunie mamy tezę Rousseau, iż człowiek jest z natury dobry, a bywa niekiedy zły tylko dlatego, że istnieje władza i cywilizacja. Kto ma rację? (ożywia się, podchodzi do widowni) Może rozstrzygniemy to w głosowaniu? Co prawda nie jest to kryterium naukowe, ale trudno... Proszę o podniesienie ręki tych z was, którzy uważają, że rację ma Rousseau! (w myśli liczy głosy) Dziękuję... A teraz niech podniosą rękę zwolennicy Hobbesa! (liczy głosy) Dziękuję... Wygrał Hobbes, spodziewałem się tego. Też głosowałbym na Hobbesa. Myśl Rousseau doprowadziła do Rewolucji Francuskiej, ale sama rewolucja pokazała w swoim przebiegu, jak błędną i naiwną była ta myśl. Po likwidacji monarchicznego ancien regime'u z ludzi wyszły na świat złe cechy, a przemoc i terror przybrały skalę dotąd nie spotykaną. (wyciąga z kieszeni chusteczkę, ociera nią czoło, chowa chusteczkę do kieszeni. w milczeniu przechadza się po scenie) Kilkanaście lat temu napisałem na ten temat obszerną rozprawę naukową pod tytułem „Cywilizacja - wróg czy przyjaciel”. Niestety, moja dysertacja do tej pory nie ukazała się w druku, co uważam za wielką stratę dla polskiej kultury, wielką stratę... Nie-po-we-to-wa-ną! (do widowni) Tak, tak, moi kochani studenci: życie to nieustająca lekcja pokory. Człowiek ma rozmaite plany, o coś zabiega, o coś walczy, a potem...

Macha ręką, zrezygnowany. Podchodzi do krzesła, bez pośpiechu zdejmuje marynarkę, wiesza ją na oparciu krzesła, starannie rozprostowuje fałdy. Po chwili zadumy niespodziewanie zdejmuje marynarkę z krzesła i ubiera.

Staruszek: - W tej rozprawie poświęciłem również sporo uwagi słownictwu, jakiego używa dzisiejsza cywilizacja. To język zdradliwy, niektóre słowa niosą z sobą dodatkowe, ukryte znaczenia, których istnienia nawet nie podejrzewamy. Słowom nie wolno ufać! Kiedyś przynajmniej forma wyrażania się była wykwintna. Kawaler pisał do damy: „rzucam się w przepaść łask, jakich doświadczyłem od Waszmość Pani”... A dziś? „Wpadnij na imprę, tejknę od zgreda furę i pościemniamy”... (wzrusza ramionami) Co to ma w ogóle być, to jakaś trywialna nowomowa! (przechadza się wokół stołu) Lepiej się dzieje, kiedy nowe słowa tworzą ludzie nauki. Podobno kiedyś nasi językoznawcy próbowali stworzyć rodzimy, polski odpowiednik słowa "week-end". Wymyślili określenie "wyson". Skrót od "wypoczynek sobotnio-niedzielny". Niestety, „wyson” się nie przyjął. Ciekawe dlaczego? Przecież brzmi świetnie!Może niezbyt swojsko, ale przynajmniej elegancko. (w stronę widowni, z szarmanckim gestem)Życzę wam miłego „wysonu”... A „zatyczyny”, czyli przejście na ty? Czy nie byłyby lepsze od germańskiego „bruderszaftu”? (po chwili, z oburzeniem) To naprawdę skandal, że mojej rozprawy jeszcze nie wydrukowano!

Znów podchodzi do krzesła, zdejmuje marynarkę, wiesza ją na oparciu, starannie rozprostowuje fałdy. Po chwili jednak zdejmuje marynarkę z krzesła i ubiera.

Staruszek: - Platon powiedziałby w tym miejscu: skoro jakieś słowo istnieje, choćby było to słowo durne i głupie, to także idea tego słowa istnieje! (z tajemniczym uśmiechem) Czy jednak idea takiego głupiego słowa też jest głupia? Czy idea może w ogóle być głupia? Czy w świecie idei jest miejsce dla głupoty, czy też mądrość i doskonałość zajmują tam 100% przestrzeni? Oto jest wielkie pytanie, na które tylko umysł geniusza byłby w stanie odpowiedzieć! (po namyśle) Kto wie, może kiedyś spróbuję?

Wolnym krokiem podchodzi do stołu, otwiera swój notes, kartkuje go uważnie. Na jednej ze stron zatrzymuje się na chwilę i czyta. Z uznaniem kiwa głową.

Staruszek: - (sam do siebie) Tak, podejmę się tego... Bo kto jak nie ja? (zamyka notes, idzie wolnym krokiem w stronę widowni) A zatem ustaliliśmy już, że prawda zakodowana w języku jest kłamstwem. Wiem, wiem, to brzmi absurdalnie: prawda jest kłamstwem. Co w takim razie jest prawdą? Co? (wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki buteleczkę wódki - „piersiówkę”, pociąga spory łyk) Jak mawiają Rosjanie, „bez wodki nie razbieriosz”. (pociąga jeszcze jeden łyk) Mam takiego znajomego, który lubi wypić... Albo miałem, bo ostatnio jakoś rzadziej go widuję... (chowa buteleczkę do kieszeni) Otóż ten znajomy pije, ale robi to w sposób przemyślany. I systemowy: podzielił ludzkość na kilka kategorii, właśnie w oparciu o alkoholowe kryterium. Jak? Po pierwsze (pokazuje na palcach) są ludzie, którym on chętnie postawi, żeby tylko z nimi wypić. W jego świecie można tę grupę społeczną potraktować jako elitę. Po drugie (pokazuje na palcach) są tacy, z którymi on wypije, ale tylko wtedy, kiedy oni stawiają. I po trzecie (pokazuje na palcach) są wreszcie tacy, z którymi on nie wypije nigdy - nawet jeżeli oni będą stawiali. Ci ostatni to w jego świecie najniższa kategoria, coś w rodzaju pariasów... (z trudem tłumi beknięcie) Swoją drogą... (znów tłumi beknięcie) Gdyby świat zaludniała wyłącznie ta ostatnia, najniższa grupa, to on nie miałby z kim pić, więc chyba zostałby abstynentem... Z korzyścią dla swojego zdrowia.

Zamyślony, podchodzi do krzesła, bez pośpiechu zdejmuje marynarkę, wiesza ją na oparciu. Starannie rozprostowuje fałdy.

Staruszek: - Może to jest sposób na to, żeby wyciągnąć go z alkoholizmu? Kto wie... Jak go spotkam, to mu powiem, że nikt nie jest godny wypić z kimś tak wielkim, jak on. Może mi uwierzy, uniesie się dumą i przestanie pić? (do widowni, kręcąc przecząco głową) Nie, nie przestanie, aż takim megalomanem nie jest... Powodu do optymizmu nie ma, był na odwyku i też nie pomogło... (do widowni, z ożywieniem) Właśnie! Optymizm! To kolejne kryterium, pozwalające w sposób racjonalny i przemyślany podzielić ludzkość na grupy. Otóż (pokazuje na palcach) optymista to człowiek, który zna pytania, ale nie poznał jeszcze odpowiedzi. (pokazuje na palcach) Pesymista to człowiek, który zna już i pytania, i odpowiedzi na nie, więc nie ma złudzeń. (z uśmiechem) Zapytacie pewnie, kim ja jestem? Otóż ja... Znam odpowiedzi na wiele z pytań, jakie niesie życie; zazwyczaj nie są to odpowiedzi zachęcające, dlatego należę (pokazuje na palcach) do trzeciej grupy, jestem pesymistą-realistą. Ale to nie wszystko! W tym podziale występuje również (pokazuje na palcach) czwarta grupa, której członkowie uważają, że...

Milknie, bo za drzwiami słychać zbliżające się kroki. Po chwili drzwi się otwierają i do sali wchodzi Sanitariusz I. Na jego widok Staruszek chwyta za notes, a potem zdejmuje marynarkę z oparcia krzesła i tuli ją do siebie. Cofa się o kilka kroków ze strachem w oczach.

Sanitariusz I: - (w stronę drzwi) Jest tutaj! Jest nasz staruszek! A nie mówiłem? Wygrałem zakład!

Sanitariusz II: - (wchodzi, opiera się o ścianę, bierze kilka głębszych oddechów) Tyle się przez niego nachodziłem...(rozgląda się) Czy dyrekcja szpitala w ogóle pamięta, że ta sala istnieje? Przydałby się tutaj remont... (wyciąga z kieszeni fartucha 20-złotowy banknot i wręcza go Sanitariuszowi I) Jak zakład, to zakład. Tym razem wygrałeś. Ale ja się jeszcze odkuję... Założę się, że jutro znajdziemy go w kotłowni.

Sanitariusz I: - A ja stawiam na strych!

Sanitariusz II: - To zakład stoi. (po chwili) Znów mówił sam do siebie?

Sanitariusz I: - A pewnie! Słyszałem z daleka. Lubi sobie pogadać. Zawsze wywinie jakiś numer, żeby tylko nie dostać codziennej porcji leków... (kręci głową) Mam dość tych psycholi, oni wiecznie sprawiają kłopoty.

Sanitariusz II: - Ten przynajmniej nie jest groźny dla otoczenia, nawet kaftan bezpieczeństwa nie jest potrzebny. (do Staruszka, rozkazująco) Idziemy!

Sanitariusze podchodzą do Staruszka, mocno ujmują go za ramiona i prowadzą w kierunku wyjścia.

Staruszek: - Ależ panowie, tak nie można! (odwraca głowę w stronę widowni) Jak to? Przy moich studentach? Przecież jestem dopiero w połowie wykładu...

Sanitariusz II: - Znów nie pamiętasz gdzie jesteś, dziadku? To nie uniwersytet.

Sanitariusz I: - Dokończysz wykład gdzie innej...

Sanitariusz II: - Tak, u psychiatry w gabinecie! (śmieje się)

Sanitariusze wyprowadzają z sali nie stawiającego oporu Staruszka, cała trójka znika za otwartymi drzwiami. Na ten widok z drzemki budzi się siedzący na widowni Student: zrywa się na nogi, szybkim krokiem rusza w kierunku sceny, nerwowo gestykulując. W dłoni trzyma indeks.

 

Student: - Zaraz, zaraz! Panowie, co to ma znaczyć? Zostawcie profesora! Mam już swój pomysł na tytuł wykładu, na pewno trafiłem! (wbiega na scenę) Profesor musi mi wpisać do indeksu, że zdałem egzamin! Obiecał to! Zaczekajcie! (wpada w otwarte drzwi, słychać tylko jego kroki oraz głos) Potrzebny mi jest ten wpis! Zaczekajcie!

 

 

KURTYNA