Złodziej przychodzi dwa razy

Total votes: 1619

Lech Brywczyński

„Dlaczego ja się na to zgodziłem? Po co mi to? Że mam trochę długów? I tak bym je spłacił, nic wielkiego! Kretyn!” - powtarzał sobie Michał, idąc po schodach. Szedł powoli, bo wcale nie chciał dojść na miejsce zbyt szybko, a po chwili zatrzymał się na półpiętrze, żeby uspokoić nerwy i zebrać myśli.

 

Przecież wcale nie chciał tu teraz być, nie chciał uczestniczyć w tym skoku. Bartek, doświadczony włamywacz, potrzebował kogoś do pomocy i zwrócił się właśnie do niego. Że niby jego wygląd budzi sympatię, ludzie go wpuszczą do mieszkania... Bartka nikt nie wpuści za próg, ma gębę kryminalisty. Michał zgodził się tylko dlatego, że pilnie potrzebował kasy. Ale postawił dwa warunki: że nikomu krzywda się nie stanie i że to będzie jego pierwszy, a zarazem ostatni skok.

 - Zgoda. Mam na oku taką małą robótkę, która może nam przynieść całkiem niezły szmal – powiedział wtedy Bartek.

 - Robótkę?

 - Chodzi o mieszkanie młodej, samotnej kobiety. Jest nawet ładna.

 - Ładna. To dlaczego samotna?

 - To wdowa, ma na imię Ewelina. Jej mąż dwa lata temu zginął w wypadku, zostało jej po nim mnóstwo kasy. Nie szuka od tej pory towarzystwa, mało kto ją odwiedza. Tylko czasem wpada do niej sąsiadka, energiczna i trochę trzepnięta staruszka. Jak widzisz wiem wszystko, jestem zawodowcem - uśmiechnął się z satysfakcją Bartek.

 - Co mam zrobić?

 - Pójdziesz do niej, wstawisz bajer, że niby jesteś przedstawicielem jakiejś firmy albo urzędu. Ona cię wpuści, bo jest samotna i się nudzi, a ty wzbudzasz zaufanie. Jak już będziesz w środku, to ją obezwładnisz, zwiążesz, a potem otworzysz okno. Dasz mi znak, ja będę czekał przed blokiem. Przyjdę, przejrzę wszystkie kąty, zabiorę co trzeba.

 - Rozumiem. Zmywamy się wtedy stamtąd i co dalej?

 - Wsiadamy do samochodu, jedziemy do lasu. Jest taka opuszczona altanka, nad jeziorem. Właściwie to nie jezioro, a cuchnące bagienko. Zupełne odludzie, do najbliższej wioski jest jakieś dziesięć kilometrów. Altanka to rudera, ale na głowę nie leci. Jedzenia nam nie zabraknie, ukryłem tam spory zapas konserw. Przeczekamy ze dwa tygodnie, aż sprawa przyschnie.

 - A policja? Będzie nas szukać!

 - Bez przesady. Na głowie stawać nie będą, to tylko kradzież, a nie morderstwo - zapewniał Bartek. - A tę kobietę trzeba będzie ostrzec, że jeśli zadzwoni na policję, to odwiedzimy ją znowu. Może będzie chciała mieć spokój, przeboleje stratę szmalu i nie zadzwoni. Większość pieniędzy i tak jej zostanie, ma je przecież na koncie.

 - Jest w tym logika... 

 - Ty nie jesteś notowany, nikt ciebie nie będzie szukał. Możesz spokojnie wracać do normalnego życia. A ja prosto z lasu wyjadę do Anglii, mam tam swoje kontakty. Dam sobie radę.

 

„Tak, to co mówił Bartek miało sens. Na pewno wszystko pójdzie dobrze, on się na tym zna” – przekonywał samego siebie Michał, opierając się o ścianę.

Spojrzał na zegarek: jest spóźniony, wchodzenie po schodach zajmuje mu znacznie więcej czasu niż obaj z Bartkiem przewidywali. Wziął głęboki oddech i znów ruszył schodami w górę. Wiedział, że nie może zawieść, bo Bartek nigdy by mu tego nie darował. Musi odszukać mieszkanie numer osiem na drugim piętrze i wykonać swoją robotę. Ma z sobą wszystko co trzeba: notes, długopis oraz urzędowe formularze, które odszukał w internecie i wydrukował, żeby prezentować się bardziej wiarygodnie.

 

Kiedy doszedł do właściwych drzwi, stanął na chwilę; przygładził włosy, poprawił garnitur. Zadzwonił.

Otworzyła mu młoda kobieta: delikatna, filigranowa, o ujmującym wyglądzie i smutnych oczach. Należała do tej grupy kobiet, które ze szczególną siłą wzbudzają u mężczyzn chęć zaopiekowania się nimi, udzielenia pomocy i ochrony.

„I co? Ja mam ją obrabować? Straszne!” - pomyślał Michał, zdając sobie sprawę, że jego zadanie będzie jeszcze trudniejsze, niż przypuszczał. Jakoś się jednak opanował.

 

 - Dzień dobry, bardzo mi miło. Jestem z Głównego Urzędu Statystycznego.

 - Dzień dobry... Ale o co chodzi?

 - Została pani wytypowana do udziału w naszym badaniu społecznym. Dzięki tej sondzie chcemy poznać preferencje obywateli w różnych dziedzinach życia.

 - No nie wiem... Chyba nie jestem reprezentatywna dla całego społeczeństwa...

 - Każdy jest reprezentatywny, kto żyje w naszym kraju tu i teraz. Czy mogłaby mi pani poświęcić kilka minut?

 - Proszę...

Kobieta otworzyła szerzej drzwi i gestem zaprosiła Michała do środka.

 - Bardzo dziękuję - powiedział, wchodząc do przedpokoju.

Gospodyni zaprowadziła go do salonu. Usiedli przy stoliku, naprzeciwko siebie. Michał z namaszczeniem położył przed sobą notes i urzędowe formularze.

 - Skoro to mój patriotyczny obowiązek, to mogę z panem przez chwilę porozmawiać - zażartowała kobieta. - Ale pod jednym warunkiem.

 - Jakim?

 - Że powie mi pan coś o sobie Skoro ja mam panu zdradzić moje tajemnice, to oczekuję wzajemności.

 - Zgoda, pani Ewelino. Choć nie jest to zgodne z naszymi przepisami.

 - Zna pan moje imię?

 - Oczywiście. Przecież mówiłem, że została pani wytypowana.

 - Kto mnie wytypował?

 - Komputer.

 - Coś takiego! Komputer wybiera ludzi i decyduje o tym, co oni mają robić.

 - Takie czasy.

 - Przecież komputer to tylko bezmyślna maszyna. A gdzie miejsce na uczucia, emocje?

 - Wie pani, w statystyce uczuć się raczej nie mierzy. Liczą się tylko fakty.

 - Skoro mowa o faktach, to niech mi pan poda swoje imię.

 - Michał.

 - Bardzo ładnie. Zawsze to imię lubiłam.

 - Na początek spiszę pani podstawowe dane personalne...

 

Michał zadawał Ewelinie kolejne pytania i wypełniał formularz. Był coraz bardziej zdenerwowany.

„Co ja robię? Już dawno powinienem ją obezwładnić i związać. Ale jak to zrobić? Technicznie byłoby to łatwe, bo ona jest wątła i słaba, ale moralnie? Jak zdjąć z siebie maskę i zaatakować kobietę, która tak ufnie na mnie patrzy? Nie dam rady! A Bartek tam czeka!” - bił się z myślami Michał, zadając Ewelinie kolejne, bezsensowne pytania i wypełniając następne rubryki.

W pewnej chwili Ewelina przerwała mu:

 - Może przez chwilę odpoczniemy? Napije się pan kawy?

 - Bardzo chętnie - odpowiedział Michał, bo miał już dość udawania urzędnika.

 - Pójdę do kuchni i zrobię - powiedziała Ewelina. Wstała i szybkim krokiem ruszyła w stronę kuchni. Niestety, kiedy postawiła prawą stopę na chodniczku, leżącym przy drzwiach, ten niespodziewanie przesunął się po śliskiej podłodze i kobieta straciła równowagę. Z impetem uderzyła głową o framugę, padła na podłogę.

Osłupiały Michał zerwał się na nogi i podbiegł do kobiety:

 - Pani Ewelino? Pani Ewelino! Jak się pani czuje? Proszę dać znak życia!

 

Kobieta nie ruszała się jednak, bezwładnie spoczywając na podłodze. Michał sprawdził jej puls i oddech.

 - Żyje! Żyje! To najważniejsze! - zawołał z radością. W tej samej chwili usłyszał dzwonek. Obejrzał się, przerażony, cichym krokiem podszedł do drzwi. Spojrzał przez wizjer: na szczęście to nie był nikt ze znajomych Eweliny, to Bartek. Otworzył, zaprowadził Bartka do salonu.

 - Czemu nie czekałeś na mój znak?

 - Jak długo miałem czekać? Czas mija, a tu nic! Więc przyszedłem - odpowiedział Bartek, podchodząc do leżącej kobiety. Pochylił się nad nią, żeby sprawdzić, czy na pewno jest nieprzytomna. Z uznaniem pokiwał głową.

 - Zrobiłem tak, jak chciałeś – z dumą oświadczył Michał.

 - Widzę, widzę, bardzo ładnie! Poradziłeś sobie, a ja się bałem, że wymiękniesz. Czym ją walnąłeś?

Michał szybko przebiegł wzrokiem przedmioty, znajdujące się w polu widzenia, ale nie znalazł żadnego, który nadawałby się na narzędzie zbrodni. - Czym? Tłuczkiem do mięsa.

 - Tłuczkiem? Nie ma go tu...

 - Bo wyniosłem do kuchni. Umyłem go, żeby zatrzeć ślady.

 - Mądrze. Mocno uderzyłeś?

 - Dość mocno... Tyle, ile trzeba, żeby straciła przytomność - odpowiedział nieswoim tonem Michał. To nie był temat, o którym chciałby teraz rozmawiać.

 - Ja ją zwiążę, a ty zbieraj fanty. Masz! - powiedział Bartek, rzucając Michałowi dużą, czarną torbę.

 - Jak to zbieraj?

 - Normalnie! A po co tu przyszliśmy! Szkoda czasu, ruchy, ruchy!

Michał rozglądał się bezradnie po mieszkaniu. Skąd niby ma wiedzieć, gdzie szukać pieniędzy i kosztowności? Przecież nigdy tego nie robił, to jego pierwszy skok.

 - Co tak stoisz? Rusz się!

Michał podszedł do meblowego segmentu. Kolejno wyjmował szuflady i wysypywał ich zawartość na podłogę. Miał szczęście: już w drugiej szufladzie znalazł pokaźny zwitek banknotów i szkatułkę z biżuterią. Szkatułka miała kluczyk, można ją było bez trudu otworzyć. Z dumą podniósł swoje znalezisko, by pokazać je wspólnikowi.

 - Brawo! Dołóż jeszcze parę rzeczy i się zmywamy – powiedział Bartek, kończąc krępowanie nieprzytomnej ofiary.

 

Kiedy obaj byli już gotowi, wybiegli z mieszkania. Nie czekali na windę, w końcu to tylko drugie piętro. Zbiegli schodami na parter i już po chwili znaleźli się na chodniku.

 - Co teraz? - spytał z niepokojem Michał.

 - Wiem co robić, wszystko mam zaplanowane - odpowiedział Bartek i ruszył przez skwer w kierunku pobliskiej, dość ruchliwej ulicy.

Kiedy dotarli do jezdni, Bartek rozejrzał się badawczo, a potem w geście triumfu podniósł palec w górę:

 - Widzisz te fury? Po przeciwnej stronie jest parking, trzeba będzie którąś skołować.

 - Mówiłeś o samochodzie, ale... Myślałem że masz swój!

 - Po co? Żeby mnie namierzyli?

 - No tak - zgodził się Michał i przyjrzał się uważniej samochodom z parkingu. - To szare audi wygląda świetnie.

 - Rzeczywiście, to chyba nówka. Może być.

 - Do przejścia dla pieszych daleko - zauważył Michał.

 - Właśnie obrobiliśmy mieszkanie, za chwilę ukradnę samochód, a mam się martwić o przejście dla pieszych? Śmieszny jesteś – odpowiedział Bartek, stukając się palcem w głowę. - Zaczekaj tu, zostawiam ci torbę. Chyba mnie nie okradniesz, co?

 - Nie żartuj. Nikogo więcej nie okradnę. To był pierwszy i ostatni raz. Nie wiem czemu dałem się namówić...

 - Dobra, nie marudź. Odpalam wóz, podjeżdżam po ciebie i znikamy!

 - Duży ruch, uważaj...

 - Zaraz przeskoczę przez jezdnię, niech tylko nas minie ta ciężarówka...

 

Bartek czekał przez chwilę, a gdy ciężarówka przejechała obok nich, natychmiast wbiegł na jezdnię. Niestety, nie zauważył, że za ciężarówką jedzie taksówka: auto z impetem uderzyło w Bartka, odrzucając go o dobre dwa metry, a potem z rozpędu wjechało na niego, pomimo gwałtownego hamowania.

 

Michał wypuścił torbę z rąk i zakrył twarz dłońmi. Nie był w stanie zareagować, wydać z siebie głosu ani biec koledze na ratunek. Siadł na chodniku, nie mogąc zebrać myśli.

Po chwili rozległa się przeraźliwa syrena nadjeżdżającego ambulansu. „Policja też pewnie zaraz tu będzie” - pomyślał i od razu zerwał się na nogi. Sięgnął po torbę.

„Policja? Będą szukać świadków wypadku, legitymować, spisywać zeznania... A jak zajrzą do torby? Trzeba stąd znikać!”

Szybkim krokiem oddalił się od miejsca wypadku, otoczonego już przez  gęstniejący wianuszek gapiów. Idąc zdążył jeszcze usłyszeć okrzyki sanitariuszy, informujące, że ofiara wypadku nie żyje. 

„To straszne! Biedny Bartek! Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, znaliśmy się od niedawna, ale... Jeszcze przed chwilą szliśmy razem, rozmawialiśmy, a teraz... On nie żyje. Tak po prostu? Jak kruche jest życie człowieka.”

 

Kiedy uznał, że nie jest już widoczny z miejsca wypadku, zatrzymał się. Nie wiedział, co ma teraz robić, nie miał żadnego planu. Podszedł do najbliższej ławki, usiadł. Położył torbę na kolanach.

„Można by było się ulotnić i po prostu wziąć sobie zawartość torby. Miałbym pieniądze na spłatę długów i jeszcze sporo by zostało... Tak, ale co z Eweliną, która leży nieprzytomna i związana w swoim mieszkaniu? Sama się raczej nie wyswobodzi. A kiedy w końcu ją znajdą, sprawą zajmie się policja. Szybko wyjdzie na jaw, co się stało. Ewelina pomyśli sobie tak: kiedy ona się potknęła i straciła przytomność, ja skorzystałem z okazji i ją okradłem. Oczywiste, że poda mój rysopis. Bo niby czyj, przecież Bartka nie widziała...”

Rozmyślania przerwał mu dźwięk policyjnego radiowozu, zbliżającego się do miejsca wypadku. Wzdrygnął się, mocniej przycisnął do siebie torbę.

„Ewelina nie może rozmawiać z policją. Oni od razu skojarzą fakty i będzie po mnie. Może powinienem wrócić do niej, rozwiązać ją i przedstawić jej moją wersję wydarzeń? Ba, ale jaką?”

 

Zapalił się do tego pomysłu; obiecał sobie, że nie ruszy się z ławki, dopóki nie obmyśli ze szczegółami, co ma jej powiedzieć. Przecież ona będzie zadawać pytania, jego odpowiedzi muszą być proste i logiczne. 

„Jeżeli ona jest jeszcze nieprzytomna, to odłożę na miejsce wszystko, co mam w torbie. Zaraz, zaraz, to nie miałoby sensu. Nie! Przecież  nawet nie pamiętam, co było w której szufladzie. Ona od razu by się zorientowała, że ktoś grzebał w jej rzeczach... Zrobię inaczej: powiem, że Bartek ją związał, co jest akurat prawdą, a potem zabrał te rzeczy. Nie mogłem temu zapobiec, bo mnie ogłuszył. Dobrze, że wczoraj walnąłem się głową o otwarte drzwi szafki, ten guz będzie jak znalazł. Ona musi mi uwierzyć” – przekonywał sam siebie Michał. Zapalił papierosa, żeby łatwiej mu było się skupić.

„Następnie on uciekł, a ja akurat wtedy się ocknąłem, więc pobiegłem za nim, żeby odebrać mu łup. Dogoniłem go przy ulicy, wyrwałem mu torbę, on uciekając wbiegał na jezdnię. Wpadł pod samochód, zginął. Wtedy ja, uczciwy obywatel i człowiek bardzo jej życzliwy, wróciłem tu, żeby ją uwolnić. Żeby zwrócić jej zrabowane pieniądze i tak dalej...”

 

Z zadowoleniem pokiwał głową, bo uznał, że jego historyjka brzmi wiarygodnie. Ale już po chwili wrócił niepokój: czy o wszystkim pomyślał?

„Jak to się stało, że Bartek znalazł się w jej mieszkaniu? Kiedy upadła, byliśmy przecież sami. Śladów włamania nie ma, ktoś musiał mu otworzyć, a to mogłem być tylko ja. Dlaczego go wpuściłem? Myśl, człowieku, myśl!” - mobilizował sam siebie, mimo że wciąż był przytłoczony tragedią, która zdarzyła się Bartkowi.

„Wiem! Kiedy upadła i straciła przytomność, natychmiast pobiegłem do sąsiadki, żeby ją prosić o pomoc. Bartek mówił, że ona ma sąsiadkę, ekscentryczną staruszkę. To znaczy chciałem pobiec, ale kiedy otworzyłem drzwi, on już był przy nich. Natychmiast wpakował się do środka i uderzył mnie w głowę jakimś ciężkim przedmiotem...”

Zaciągnął się i szybko przebiegł myślą to wszystko, co sobie przed chwilą ułożył.

„Muszę jeszcze pamiętać o tym, że widziałem dzisiaj Bartka po raz pierwszy w życiu, nawet nie znam jego imienia. Żebym czasem nie nazwał go przy niej Bartkiem!”

Zgasił peta o siedzenie ławki, a potem rzucił go przed siebie na trawnik.

„Trzeba ją przekonać, żeby nie zawiadamiała policji. Wytłumaczyć, że przecież w końcu nic jej nie zginęło, a złodziej poniósł karę i to bardzo surową. Jeszcze jedno: na skradzionych kosztownościach są moje odciski palców. Co powiem, jeżeli ona mimo wszystko zawiadomi policję? Że otworzyłem torbę po odebraniu jej złodziejowi i sprawdzałem, co jest  w środku.”

 

Poczuł się nieco pewniej. Przeciągnął się, wstał i wolnym krokiem ruszył w stronę bloku, w którym mieszka Ewelina.

„Po schodach będę musiał biec, żeby widziała, że jestem zdyszany. Przecież pędziłem jej na ratunek” - zauważył przytomnie i jeszcze bardziej zwolnił, żeby mieć siły na czekający go bieg. Tak doszedł do bloku, z którego tak niedawno wraz z Bartkiem uciekali. Wszedł na klatkę schodową, zaczerpnął głęboko powietrza, a potem, zgodnie z planem, ruszył biegiem po schodach. Zziajany dopadł do drzwi mieszkania Eweliny.

„Kondycja już nie ta” - pomyślał, po czym chwycił za klamkę i wszedł do środka.

Kiedy dotarł do pokoju, zobaczył siedzącą na podłodze Ewelinę oraz starszą kobietę, która pomagała jej wstać. Staruszka trzymała w dłoni nożyczki; zapewne przy ich pomocy przecięła przed chwilą więzy ofiary. Na jego widok obie kobiety wydały z siebie przeraźliwy okrzyk, a staruszka ruszyła w jego stronę, groźnie wymachując nożyczkami.

 - Bandyta! Złodziej! Widziałam przez „judasza”, jak obaj z tym drugim wybiegali z tego mieszkania! Miał wtedy w ręku tę torbę, tę samą!

 - Ja właśnie przyszedłem to wszystko oddać! - powiedział zmieszany Michał, ostentacyjnie kładąc torbę na podłodze i odkopując ją w stronę Eweliny. Ale gniewu starszej pani nie złagodził.

 - Za późno! Trzeba było nie kraść!

 - Zawiodłam się na panu, tak bardzo się zawiodłam. Nie podejrzewałam, że jest pan złodziejem, że przyszedł panu tutaj tylko po to, żeby mnie obrabować – powiedziała z wyrzutem Ewelina. Przyciągnęła do siebie torbę i otworzyła ją, żeby sprawdzić zawartość.

 - Ewelina, dzwoń na policję! Niech po niego przyjadą!

 - Już dzwonię! Jak to dobrze, że pani tu przyszła i mnie uwolniła! Mieć taką sąsiadkę to skarb – powiedziała Ewelina, sięgając po komórkę i wystukując numer. - Policja? Zgłaszam kradzież! Zuchwałą, jak najbardziej! Związali mnie i obrabowali...

 

Michał nie miał już złudzeń: sytuacji nie da się uratować, jego misterny plan legł w gruzach. Cofnął się jeszcze o krok przed staruszką i jej nożyczkami, a potem odwrócił się na pięcie i uciekł. Pędził po schodach, nie zwracając uwagi na ścigające go, gniewne okrzyki obu kobiet. Biegł jeszcze szybciej niż wtedy, gdy uciekali stąd razem z Bartkiem.

Kiedy znalazł się na chodniku, usłyszał dźwięk policyjnych syren.

„Policja? Tak szybko? To przecież niemożliwe” - przekonywał sam siebie, biegnąc w stronę postoju taksówek, ale syreny brzmiały coraz głośniej, ich dźwięk z nieznośną ostrością wwiercał mu się w głowę. Próbował z tym walczyć, zatykał uszy dłońmi, ale to nic nie pomagało. 

 

Otworzył szeroko oczy, rozejrzał się. Leżał w łóżku; obok, na szafce, stał budzik i on to właśnie wydawał z siebie ten przeszywający dźwięk, który wziął za policyjną syrenę.

Usiadł na łóżku, wyłączył budzik. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł go kobiecy głos:

 - W końcu się obudziłeś, Michałku? To dobrze. Wstawaj, nie chcesz chyba spóźnić się do pracy.

 - Nie chcę – odpowiedział niepewnie, wycierając z oczu resztkę snu. - To ty, Ewelina?

 - Ja, a kto ma być? Znów miałeś zły sen?

 - Tak. Śnił mi się ten dzień, kiedy się poznaliśmy.

 - Kiedy jakiś zbir mnie okradł, a ty za nim pobiegłeś?

 - Tak, to był Bar... To znaczy bardzo zły człowiek.

 - Odebrałeś mu torbę z pieniędzmi, wróciłeś tutaj i rozwiązałeś mnie. Byłeś taki dzielny...

 - Tak, oczywiście...

 - Ten bandyta chciał mi ukraść pieniądze, za to ty ukradłeś mi serce. Okazałeś się lepszym złodziejem od niego.

 - Dobrze powiedziane.

 - W takim razie to był przyjemny sen... Wstałeś?

 - Właśnie wstaję – odpowiedział Michał, wkładając laczki na nogi.

 - Szybciej! Jesteśmy już dziesięć lat po ślubie i wciąż nie mogę cię nauczyć punktualności.

 - Chyba się już nie poprawię. Dobrze, że przynajmniej nasze dzieci wdały się w ciebie.

 - Chodź szybko, śniadanie czeka.

 - Idę, kochanie!

Michał stanął, poprawił kołdrę na łóżku, a potem poszedł do kuchni.