Bogowie Ggrecji

Total votes: 2134

Schiller

BOGOWIE GRECJI

Fryderyk Schiller

Władając światem, cali w piękna blasku,
Wiedliście ludy żyjące bez waśni,
Szczęsne, za sobą na radości pasku,
Cudne istoty, wyłonione z baśni.
Wasz czar miał w sobie promienności więcej,
Jak gdyby wiewem owiany iluzji!
Wonczas wieńczono twe świątynie wieńcem,
O Wenus z Amatuzji!

Wonczas urocza zmyślenia powłoka
Oblekła prawdę, niczym wdzięczne ciało –
Pełnia z twórczości ku nam szła wysoka,
Nie to się wtedy co dziś odczuwało.
Naturze, by ją przytulić do łona,
Nadano wyższe, szlachetniejsze miano.
Ludzkość boskością była urzeczona,
Więc bóstwa ślad widziano.

Gdzie dziś, jak mędrcy nasi mówią o tym,
Kula bezdusznie obraca się lśniąca,
Kierował Helios swym rydwanem złotym,
Potężny kuli owej wielkorządca.
Świat zaludniały piękne oready,
Jedna driada w drzewie zamieszkała,
Tryskała z urn, trzymanych przez najady,
Strumieni piana biała.

Ten laur o pomoc błagał. Tantalowa
Córa zaklęta milczy w tym kamieniu,
Żal Syrings dźwięczy w trzcinie tej od nowa,
Ból Filomeli – w tego drzewa cieniu.
W ten zdrój spłynęła łza Demeter szczera,
Nad losem Persefony ją przelała,
Z owego wzgórza na próżno Cerera
Przyjaciela wzywała.

Wonczas do plemion Deukaliona z nieba
Szlachetni zeszli i kształtni niebianie.
Gdy córę Pyrry ująć było trzeba,
Z pasterskim kijem syn Latony stanie.
Ludzi i bogów połączył więzami
Sprawca miłości – Eros, żeby szczerze
Ziemianie z herosami, z niebianami,
Hołd składali Wenerze.

Chmurną powagę, smutek wyrzeczenia
Wygnano z waszej wesołej gromady.
Serca w was biły radością istnienia,
Cieszył was każdy szczęśliwiec z Hellady.
Najświętsze było piękno na tej ziemi,
Szczęścia nie wstydząc się, Bóg radość witał.
Kamena, którą świeży wdzięk rumieni,
Rządziła lub Charyta.

Niczym pałace śmiały się świątynie
I bohaterów gody uświetniały
Uczty. Rydwany na pięknym festynie
Pędząc do mety dudniły i grzmiały.
Uduchowione tańce zwiewnym rytmem
Ołtarz pod fletni okalały tony,
Skroń wam zdobiły laury starożytne,
Wasze włosy – korony.

E v o e śmieszków, którzy potrząsali
Tyrsami, panter wspaniałe zaprzęgi
Wieściły sprawcę boskich bachanalii
I satyr – opój zataczał się tęgi.
Z nim faun kuśtykał, szalone Menady,
Chwalące wino, tańczą w barwnych wieńcach,
Gospodarz smagły do sutej biesiady
I puchara zachęcał.

Żaden kościotrup, gdy człowiek umierał,
W domu go nie odwiedzał, lecz łagodnie
Całus z warg resztę życia mu zabierał,
Geniusz opuszczał gasnącą pochodnię.
Nawet Hadesu dźwigał wagę srogą
Wnuk śmiertelniczki, co z urody słynie,
Skargą Orfeja pokrewnego bogom
Wzruszały się Erynie.

W gajach Elizjum radość przeminioną
Odzyskiwały cienie zwiewne, błogie,
Małżonkom miłość wierną przywrócono,
Woźnica odzyskiwał dawną drogę.
Linusa gra pieśniami brzmi wesela,
Na pierś Alcesty Admet padł omdlały,
Orestes rozpoznaje przyjaciela,
Filoktet – swoje strzały.

Nagrody zapaśnika pokrzepiały,
Gdy szedł, cnotliwy, pracowitą drogą,
I wykonawcy czynów pełnych chwały
Wstąpili w szereg święty, równi bogom.
Przed rzeszą śmiałków, co śmierć pokonała,
Bóstw się chyliło wtedy co niemiara;
Żeglarzom drogę morską oświetlała
Z Olimpu bliźniąt para.

Gdzie jesteś, piękny świecie? Wracaj, wskrześnij,
Czasie rozkwitu natury zamierzchłej!
Tylko w krainie wieszczek, złud i pieśni
Twe utrwalone ślady dziś nie pierzchły!
Smuci się pole zimniejsze od głazu,
Bóstwo nie zjawia się choćby na mgnienie.
Z pełnego życia, ciepłego obrazu
Zostały tylko cienie.

Dziś już przekwitły wszystkie owe kwiaty,
Rozmiótł je północnego wiatru powiew,
Iżby jeden był ze wszech miar bogaty,
Musieli zginąć antyczni bogowie.
Szukam cię w łuku gwiezdnym, o Selene!
Znikłaś podobna niewidzialnym duchom.
Darmo skroś fale wołam, gaje senne,
Ach, odbrzmiewają głucho!

Ślepa na radość, którą tak szafuje,
Nie zachwycona własną wspaniałością,
Nie widząc ducha, który nią kieruje,
I nieszczęśliwa moją szczęśliwością,
Na hołd pieśniarski i niema, i głucha,
Niczym wahadło zegarowe pusta,
Jedynie praw ciężkości wiernie słucha
Natura próżna bóstwa.

By się odrodzić jutro po swym zgonie,
Rychło dla siebie dziś ryje mogiły –
I na odwiecznym niebiańskim wrzecionie
Planety samoistnie zakrążyły.
I pozbawionym zajęć, zbędnym bogom
Została tylko poetów dziedzina,
Bo wieść już świata na pasku nie mogą –
Sam w przestrzeni się trzyma.

Bogowie powrócili do domostwa,
Biorąc ze sobą życia wzniosłość całą.
Ni kolor po nich, ni dźwięk nie pozostał,
Nam tylko słowo bezduszne zostało.
Są poza czasem, lecz ich śmierć nie skreśli,
Bo na Pindosu królują wyżynie:
Co nieśmiertelne, wiecznie żyje w pieśni,
W życiu niechybnie ginie.

1795
Przełożył
Włodzimierz Słobodnik