Rzym i jego religia. Rozdział II

Total votes: 1869

T. Zieliński

Rozdział I | Rozdział II | Rozdział III | Rozdział IV | Rozdział V | Rozdział VI | Rozdział VII | Rozdział VIII | Rozdział IX | Rozdział X | Rozdział XI | Rozdział XII |

Wszelako przyznać trzeba, że nie wyżej rozwinięte wywody stały się przyczyną podjęcia badań nad tem, co nazywamy obecnie religja rzymską: gdy badania te rozpoczynano, nie zdawano sobie jeszcze sprawy ani z oryginalnego charakteru jej ewolucji, ani z harmonji jej z chrześcjaństwem. O ewolucji nie było nawet mowy. Wszelkie zjawiska badanego przedmiotu pojmowano, jako współistniejące, jako będące poza kategorjami czasu—co zawierało w sobie, zresztą, odrobinę prawdy. Podobnież, nie znajdowano też harmonji z chrześcjaństwem, ani jej nawet szukano; wręcz przeciwnie: antagonizm wskrzeszanego wielkiego Rzymu pogańskiego z Rzymem papieskim posłużył właśnie za bodziec do badania „starożytności" pierwszego, włącznie z jego religja. Tryumf Odrodzenia na dworze papieskim nie zmienił tego stanu rzeczy: humaniści, tytułujący papieży Mikołaja V i Juljusza II pogańskiem mianem Pontifex Maximus, nie podejrzewali nawet, jak dalece mieli słuszność; czynili oni poprostu zadość humanistycznym swoim zamiłowaniom, które nakazywały im, wraz z niepokalaną i dźwięczną łaciną Cycerona, przenosić również i całe tło Rzymu starożytnego do Rzymu nowego.

Kiedy następnie ośrodkiem zgłębiania i odtwarzania starożytności stała się Francja, religja rzymska, w oczach uczonych oraz społeczeństwa, pozyskała nową siłę przyciągania, ale wciąż nie tę, o której była mowa wyżej. Starożytny Olimp otaczał człowieka ukształconego zewsząd: spoglądał on nań ze skrzyżowania strzyżonych alej w parkach królewskich; uśmiechał się doń z malowanych sufitów w pozłacanych salach; rozmawiał z nim ze sceny teatrów; raz po raz mienił się i błyszczał na kartach jego ulubionych książek. Ów zaś Olimp bez różnicy obejmował bogów i greckich i rzymskich; wszyscy bogowie zarówno mieścili się w ogólnem pojęciu: „mitologja starożytna". I w tem również tkwiło trochę prawdy; w istocie, Horacy i Owidjusz pojmowali swoich bogów nieco inaczej.

Potem neohumanizm angloniemiecki wydał wojnę klasycyzmowi francuskiemu; zwycięstwo jego wszakże było w znacznym stopniu zwycięstwem hellenizmu nad romanizmem; zainteresowanie tym ostatnim znacznie podupadło, dopóki nie wskrzesił go Niebuhr; wskrzesił je zaś pod godłem krytyki. Krytyka stała się trzecią piastunką religji rzymskiej; w jej regjonach przebywa ona aż po dzień dzisiejszy. Nie można powiedzieć, aby piastunka nazbyt swoją wychowankę pieściła; wierna swemu mianu, które po grecku oznacza „wyodrębnienie", starała się ona przeważnie „wyodrębnić" z religji rzymskiej to wszystko, co pochodziło z innych krajów, zwłaszcza zaś z Grecji. „Mitologja starożytna" uległa rozbiciu; zamiast niej ukazała się „mitologja grecka" obok niej zaś, o wiele bledsza i uboższa, „mitologja rzymska". Wszystkie mity, aż do wojny trojańskiej włącznie, zaliczono do pierwszej; włóczęga Eneasza w drodze z Troi do Italji utworzyła dziedzinę pograniczną; no, a Latinus z Amatą, króle albańscy, opowieść o Romulusie i Remusie, to—stanowi już „mitologję rzymską". Wszelako, jakkolwiek ubogo przedstawiała się dziedzina tej ostatniej, nie zostawiano jej w spokoju; raz za razem, w imię tej że krytyki, obcinano ją, dowodząc, że ten lub ów mit rzymski stanowi nic innego, jak tylko przeróbkę pewnego mitu greckiego, dokonaną bądź przez usłużnego Greka, bądź przez poetę rzymskiego kwoli uświetnienia ojczyzny. Nakoniec, „mitologja rzymska" ulotniła się.

Na szczęście, ten wynik ujemny nie był jedynym owocem działalności naukowej w epoce „krytycznej": równolegle z wyobcowywaniem żywiołów cudzoziemskich odbywało się przyswajanie żywiołu rodzimego; żywiołu, który ślady pozostawił zarówno w literaturze, jak i w bezpośrednich pomnikach Rzymu starożytnego, w dziełach sztuki—zwłaszcza budowlanej -i szczególniej w napisach. Rozszerzenie tudzież zgłębienie tego materjału stanowiło wtóra, twórczą stronę działalności nowej nauki: co traciła mitologja rzymska, to wygrywała rzymska religja. Cały świat zna imię genjalnego badacza, nazawsze z dziejami tej działalności związane—imię Teodora Mommsena; jego prace spoczywały już oddawna u podstaw wszelkich wykładów religji rzymskiej, o ile te ostatnie rościły prawo do miana naukowych; własnego wszakże wykładu Mommsen, innemi kapitalnemi pochłonięty pracami, dać nie mógł.

Wiedzieliśmy zato, że jeden z najbardziej utalentowanych jego uczni, Jerzy Wissowa, od szeregu już lat pracuje nad tem, aby samodzielnie, ale w duchu swego mistrza, uzupełnić tę lukę i dać nam, na pozornie nauki stojący, wykład religji rzymskiej. Dowód swej kompetencji złożył on w dość poważnej liczbie studjów, z których niejedno było rzetelnem arcydziełem i nowem zupełnie opromieniało światłem ciemną dziedzinę pierwotnej religji rzymskiej; do ich szeregu należy też poczet artykułów, które niestrudzony ten badacz ogłosił w wydawanej przez się olbrzymiej „Encyklopedji realnej starożytności klasycznej". Obecnie prace jego, religji rzymskiej dotyczące, zostały zakończone: wiosną roku 1902 ukazała się jego książka, przedmiotowi temu poświęcona, pod nagłówkiem: „Religion und Kultur der Romer. (Monachjum). Dzieło to znamionuje nowy etap w rozwoju naszej wiedzy: podsumowano w niem to wszystko, co zrobiono na tem polu dotychczas — przytem podsumowano tak rzetelnie i całkowicie, że w cierpliwej i pilnej nawet filologji niemieckiej niewiele znajdziemy dzieł równej wartości — a zarazem rzucono podwaliny pod dalsze dociekania. Autor szkicu obecnego, który swego czasu dołączył też i swoją skromną ofiarę do skarbnicy badań nad religja rzymską, z przyjemnością stwierdził, że i jego prace wzięte były pod uwagę i weszły w skład systematu naukowego niemieckiego filologa; ale, oczywiście, nie ta wyłącznie osobista pobudka, nie tak błaha dla nauki okoliczność, że kilka cegiełek w rozległym gmachu Wissowy naznaczone są jego imieniem, kazały mu wziąć pióro do ręki. Nie, jako badacz, oddawna studjujący religję rzymską, ale niepochłonięty nią wyłącznie, przeczytałem naukową i świetną pracę autora ze szczególnem zaciekawieniem i, mogę wyznać, wzruszeniem; czytając zaś, mimowoli dołączałem do niej pierwiastki, świadomie przez autora usunięte, jako nie odpowiadające ściśle filologicznemu obliczu jego książki, pierwiastki o charakterze ogólno-religijnym, historyczno - filozoficznym... Śpieszę się zastrzec: mówiąc „świadomie usunięte", nie chcę bynajmniej powiedzieć, że autor nie przypisywał im znaczenia: tej ciasnoty poglądów, właściwej niektórym rzemieślnikom filologji, Wissowie zarzucić ża dną. miarą nie można. Raczej naodwrót: właśnie dlatego, że rozumiał ich wagę, nie pozwalał sobie na traktowanie ich z dyletancką swawolą, żywiąc jednocześnie domniemanie, że na ściśle naukowe stopienie ich z jego materjałem pora jeszcze nie dojrzała. Ale to, co nie da się jeszcze urzeczywistnić dla obszernego podręcznika, prędzej udać się może w szrankach niedużego zarysu, w którem mamy prawo ograniczyć się wykładem idej naczelnych oraz związanych z niemi ilustracyj; w którem nie jesteśmy obowiązani oświetlać każdego szczegółu w duchu teorji i najdrobniejszym zjawiskom wskazywać ich miejsca w ogólnym systemacie. Bądź jak bądź, mamy widoki po temu, aby osiągnąć obraz zajmujący i, jeśli nie zupełnie zgodny z prawdą, to o wiele bardziej do niej zbliżony, niż potoczne w tej dziedzinie mniemanie.

Obraz ten właśnie będzie treścią rozdziałów następnych.