Moralność grecka

Total votes: 883

Walter Friedrich Otto

Również usposobienie i postawy moralne są tu rzeczywistościami, nie są więc sprawą subiektywnych odczuć czy chceń, lecz obiektywnego rozumienia i wiedzy. Homer nie mówi, że ktoś słusznie myśli czy że nastawiony jest przyjaźnie, lecz że „zna” słuszność czy przyjaźń. Dlatego sprawiedliwość, zacność, moralność itd. mogą w każdej chwili ukazać się w blasku istotowego charakteru bogów [...]. W pobożnym świecie starożytnych Greków doświadczenie istoty rzeczy było jeszcze tak potężne, że oszukańcza samodzielność ludzkiego podmiotu nie mogła dojść do głosu.

Wiedza o boskości i prawdzie, na którą powołuje się Grek, może ulec deformacji. Mam na myśli zaślepienie, o którym tyle mówi Homer i tragedia. Ale i ono pochodzi od bogów. Także tu nie ma samodzielnego istnienia podmiotu i wolności, tak jak my je sobie wyobrażamy. Kto popełnia błąd, nie działa ze złej woli. Takiej woli Grek w ogóle nie zna, przecież nie miał nawet słowa określającego to, co my nazywamy wolą. Cała teoria dobrej i złej woli aż po Kanta opiera się na niegreckim wyobrażeniu, że zasady moralne są nakazami, domagającymi się podporządkowania się im i posłuszeństwa. Natomiast dla Greków są one, jak powiedzieliśmy, realnościami i prawdami, które istnieją w powiązaniu z rzeczami, tak jak formy ładu natury, które my w ten sam niegrecki sposób nazywamy prawami. Dlatego są one zbawienne i pomocne same w sobie, a nie wskutek zrządzenia z góry [...].

Nasza etyka, która wszystko sprowadza do działania woli i jej rzekomej wolności, jest zdania, że błędnie działający nie chce widzieć dobra, i przyczyny tego szuka w jego wewnętrznej postawie. Dla Greków także o tym decyduję bogowie, co jest znakiem, że nie życzą temu człowiekowi dobrze. Pozwalają oni złoczyńcy błądzić, tak że jego nieprzemyślane czyny sprowadzają nań upadek [...].

Wprawdzie człowiek ponosi odpowiedzialność za swe czyny i musi za nie odpokutować, tzn. wziąć na siebie ich skutki, albowiem jest on tym, który działa. Ale oszczędzone mu są wyrzuty sumienia i potępienie samego siebie, jak gdyby całą winę należało przypisać jego złej woli. Cokolwiek jednak byśmy myśleli o ciągle jeszcze nierozwiązalnej zagadce naszego udziału w naszych czynach, decyduje tu zawsze interwencja istot nadludzkich [...].

Czyż nie było skromniejsze i pobożniejsze postępowanie Greka, który nie łudził się, że sam jest absolutnym sprawcą swoich czynów? [...].

Pobożne spojrzenie na swych bogów wznosiło Greka ponad pospolitość, a jeśli padał ofiarą jakiejś wzniosłej bogini, takiej jak np. Afrodyta, to o swym niewłaściwym postępku, którego skutki spadały na niego, mógł myśleć w sposób wielki, a to, co niskie i grzeszne, było odeń dalekie, zło z jego diabelską magią dla niego nie istniało [...].

Również Agamemnon [...] nie czyni bogu (Zeusowi) wyrzutów, lecz powiada: Ponieważ zaślepili mnie bogowie — Zeus pozbawił mnie rozumu — gotów jestem ponieść największą karę. Czy to go upokarza? Czy można powiedzieć, że został skruszony? Nic podobnego. Byłoby to całkowite zapoznanie moralnej i religijnej świadomości Greków wielkiej epoki (Homera). Choćby należało usilnie żałować błędu i choćby trudno było ponosić jego konsekwencje, to jednak nie poniża on człowieka, jeśli wie on, że znajduje się w rękach Bóstwa. Zamiast sprowadzać go na niebezpieczne drogi samo-oskarżeń i potępiania siebie, poznanie błędu uszlachetnione zostaje przez wiedzę o świecie boskim i zapewnia człowiekowi wielkość duszy w czynach łączących go z bogami światła.

Tak więc również człowiek winny pozostaje w kręgu bogów. A najbardziej pocieszające jest to, że mimo swej niedoskonałości może on spoglądać ku niebiańskiej postaci, która, doskonała, może być tym, czym nie wolno być żadnemu śmiertelnikowi [...].

Sofoklejska Antygona, która, powodowana pobożnością, popełniła przestępstwo wbrew nakazom państwowym — sama czyn swój nazywa „pobożnym występkiem” (V, 74) — musi bez litości wziąć na siebie skutki swego czynu, tj. śmierć. Przed tym nie strzegą jej nawet bogowie [...]. Spotyka ją więc rodzaj męczeństwa — ale bez pociechy, jaką przynosi obietnica nagrody pośmiertnej. Jej nadzieja ma charakter zupełnie inny. Ma ona nadzieję, że w królestwie cieni znajdzie usprawiedliwienie, że ujrzy potwierdzenie (925 i n.) słuszności swego czynu, a to znaczy, wiecznej świętości niepisanego prawa, na które się powołuje (454 i n.) I to wystarczy. Sława jej czynu [...] i niewzruszone istnienie świata bogów zapewni jej wieczny spokój w tajemnicy królestwa zmarłych.

[...] Bóg grecki nie jest panem, władczą wolą. Jako bóg domaga się uznania i czci, ale nie żąda stronniczości, bezwarunkowego posłuszeństwa, a już w najmniejszym stopniu — ślepej wiary. Postawy moralne nie są nakazami jego woli, której człowiek musi się podporządkować, lecz realnościami, które w sobie noszą swą prawdę i wartość, i same przez się budzą szacunek i miłość [...].

Tu widzimy jedną z podstawowych różnic między religią starogrecką a religią chrześcijańską, w której wola i posłuszeństwo odgrywają rolę, która jest całkiem obca duchowi helleńskiemu. Przecież język grecki nie ma nawet słowa na określenie tego, co człowiek nowożytny rozumie przez „wolę”, Grek [...] jest zawsze realistą, podczas gdy nowożytność myśli subiektywnie. Regułami zachowania się i działania są dla niego doskonałości należące do ekonomii istnienia i świata, które z tej racji nie odwołują się do woli i posłuszeństwa, lecz do rozumienia i doświadczenia.

Doniosłość tego przeciwieństwa widać wyraźnie w przeciwstawieniu Augustyna i Plotyna. Augustyn oświadcza (De civ. dei 19,25), że kto szanuje i kocha cnoty dla nich samych, a nie tylko z racji posłuszeństwa wobec woli prawdziwego Boga, tego należy nazwać raczej grzesznikiem niż człowiekiem cnotliwym. Sąd ten spotykamy jeszcze u Kanta, kiedy twierdzi on, że działania powodowanego skłonnością do dobra, a nie posłusznym podporządkowaniem się prawu moralnemu, nie można uważać za cnotliwe.

Jakże inaczej [...] brzmią słowa Plotyna, który [...] w swej rozprawie o pięknie (Enn. 1,6,4 i n.) pisze:

„Jak o pięknie zmysłowym nie może mówić niewidomy od urodzenia, który go nie widział i nie pojął, tak też o pięknie duchowych czynności, nauk i podobnych rzeczy; ani też nie może mówić o świetle cnoty ten, kto nawet w wyobraźni nie uchwycił, jak piękne jest oblicze sprawiedliwości i umiarkowania — nie dorówna mu piękno gwiazdy wieczornej ani jutrzenki. Potrzebny jest jednakże na to wzrok duszy; gdy nim natomiast te rzeczy ogarnie, człowiek raduje się, zachwyca i przejmuje znacznie więcej niż pięknem zmysłowym, bo wreszcie dotyka prawdy”. (przekł. A. Krokiewicza)

A więc mamy tu do czynienia z miłością, wszechpotężną miłością, zamiast z wolą i posłuszeństwem!

To, co tu powiedziano w języku prawdziwie platońskim, grecka pobożność znała od dawien dawna. Wieczne postaci bogów wolno jej było kochać i czcić, ponieważ nie musiała żyć w lęku przed zazdrosnym władcą, który czuje się obrażony, jeśli nie dziękujemy za wszystko tylko jemu.

Ale szlachetność należy również do charakteru wielkich postaci boskich. Jeśli nawet mit opowiada o nich wiele rzeczy obrażających moralność mieszczańską, to jednak bogowie pozostają zawsze wielcy i wzniośli, w swym gniewie równie godni czci, co w swym uśmiechu i łasce, pełnych niebiańskiego czaru. Nie są oni prawodawcami, lecz przyświecającymi nam ideałami [...].

Spójrzmy w oblicza tych bóstw i zapytajmy, czy ludzką postać, o której mówi się, że jest stworzona na obraz i podobieństwo Boga, widziano kiedykolwiek w sposób szlachetniejszy, czystszy, bardziej świetlisty i boski.