Agregator kanałów

Skomentuj O egregorach lekcja ósma – polemiczna, którego autorem jest Mathias

Blog pantheionu- komentarze - pt., 09/08/2013 - 19:20

Witaj Leszku,

Mowiles o krytycznym podejsciu do artykulu.
Ja tez krytycznie do niego podchodze. Bo jezeli Zydzi mowia o Chrystusie to mi to juz smierdzi.
Przypomnijmy sobie, byli narodem wybranym, przyszedl Chrystus i stali sie narodem jak wiele innych albo i jeszcze gorzej, bo nawet im (Zydom ) mowi ze blad popelnili nie rozpoznajac w nim mesjasza.

Nie jestem za zadna religia, nie jestem anty semita, ale podchodze do tego krytycznie…. i dlatego to co ten pan mowi nic a nic mnie nie przekonuje.

Pozdrawiam Cie serdecznie
Maciej z Indi

Skomentuj O egregorach lekcja ósma – polemiczna, którego autorem jest 123

Blog pantheionu- komentarze - śr., 07/08/2013 - 22:17

Jak ślepemu wytłumaczyć czym jest kolor? W prosty sposób: zmienić częstotliwość sprawnego u niego innego zmysłu. Jak wytłumaczyć pełnię ograniczonemu? W prosty sposób: przywalić mu z całej siły, tak by rozleciał się w mak jego zakuty łeb! (bez obrazy, rzecz jasna)

Skomentuj O egregorach lekcja ósma – polemiczna, którego autorem jest Rutilius

Blog pantheionu- komentarze - śr., 07/08/2013 - 21:09

Bez wyjaśnienia, co się rozumie przez calość, znajomość całości i trwanie w całości to jest tylko poezja, prawdziwa albo bzdurna, w zależności od interpretacji. Pobrzmiewa to buddyzmem (szkoły tylko-umysł), ale mnie to nie przekonuje.

Skomentuj O egregorach lekcja ósma – polemiczna, którego autorem jest 123

Blog pantheionu- komentarze - śr., 07/08/2013 - 20:24

na pewno tego nie wie umysł, który nie zna całości; znać całość to w niej przebywać

Praca z bogami

Blog pantheionu - wt., 30/07/2013 - 16:54

Przestudiowałem ostatnio arcyciekawą dyskusję w tarace pod powyższym tytułem, w trakcie której, w czterech odsłonach dzielą się swoimi doświadczeniami reprezentanci najróżniejszych ścieżek, od ateistów przez szamanistów, po rodzimowierców. Zastanowiło mnie, że ci ostatni szczególnie alergicznie zareagowali na sam, nadany przez moderatora, tytuł, jakoby było w nim coś niestosownego. Postanowiłem się wypowiedzieć na ten temat obrawszy dość nietypową (jak na mnie) formę – graficzną. Wiem, że nieudolne, ale myśl chyba prześwieca z nich jasna. Osoby obdarzone większymi zdolnościami plastycznymi zachęcam, by pomysł mój ukraść i zmaterializować lepiej.

 

 

O egregorach lekcja ósma – polemiczna

Blog pantheionu - ndz., 28/07/2013 - 21:04

Zawędrowałem niedawno na strony Centrum Terapii Uzależnień Duchowych Jana Suligi, a w jego ramach na „kurs wiedzy o egregorach” w lekcjach siedmiu. Termin „egregor” pojawia się czasem w dyskursach okołopogańskich, gdyż odwołuje się do pewnej teorii teologicznej dotyczącej natury bogów. Teoria ta jest wyjątkowo kompetentnie i dość spójnie wyjaśniona w ramach owych siedmiu lekcji. Mówiąc w skrócie, egregor to istota, a w zasadzie konglomerat istot (stąd autor mówi tu o „osobowości mnogiej”), która „przejawia się” w pewnej postaci, posiada pewne cechy charakteru, ale w gruncie rzeczy pragnie tylko jednego: ludzkiej energii. Jest to więc pewien rodzaj niematerialnego wampira. Energii pragnie ona, aby zaistnieć w świecie realnym, pochodzi bowiem z „królestwa niebytu” i stąd ludzie zamieszkujący „królestwo bytu” stanowią dla niej łakome kąski (owce do strzyżenia, krowy dojne a ostatecznie i rzeźne). Egregory swą kontrolę najłatwiej zdobywają nad osobami uwrażliwionymi duchowo, „wyczulonymi na astral”, skłonnymi do mistycyzmu. Potrafią jednak manifestować się całkiem „fizycznie”, można powiedzieć quasi-materialnie, np. w postaci stygmatów (nie tylko świętych katolickich, ale i hinduistycznych) czy objawień maryjnych, także grupowych, jak w przypadku Lourdes, Fatimy, lub indywidualnych, jak Faustyny Kowalskiej ale też i opętań demonicznych . Choć egregory szczególnie chętnie przybierają maskę zjawisk nadprzyrodzonych nie wszystkie takie zjawiska są domeną egregorów. Autor nie twierdzi również, że wszelkie zaangażowanie duchowe prowadzi do uzależnienia od tych istot. Jeśli o jakiejś ścieżce duchowej wyraża się pozytywnie, to w zasadzie wyłącznie o koncentracji na jedynym, prawdziwym Bogu. Aby była jasność, również Bóg hebrajski może stać się „ubraniem” dla egregorów, a Jezus staje się nim dosyć często, a w zasadzie jest nim z istoty. Zdaniem Suligi bowiem ziemski Jezus z Nazaretu po prostu dał się opętać duchowi pradawnego egregora, wschodniego bóstwa wegetacyjnego. Prawdziwy Bóg tymczasem, według Suligi, jest absolutnie pozbawiony jakiegokolwiek kształtu, również pojęciowego, jedyna droga do niego to praktyka apofatyczna i teologia negatywna. Gdy zapominamy o drugim przykazaniu, rozciągniętym również na warstwę pojęciową, grozi nam właśnie zniewolenie przez egregora.

 Jak wspomniałem teorię tę Suliga przedstawia przekonująco. Nie pisałbym o tym, gdybym nie dostrzegał w jego wywodach elementów słusznych, i to na podstawie własnych doświadczeń zdobytych na dość powikłanej, przyznaję, drodze moich duchowych poszukiwań. W przeciwieństwie do większości politeistów, którzy do pogaństwa przeszli bezpośrednio z ateizmu, nie odrzucam a priori zjawisk nadprzyrodzonych, nawet, jeśli nie zawsze przyznawałbym im realność zewnętrzną, inną niż psychiczna. W każdym razie wiele z tego, co opisuje Suliga nie budzi we mnie zdziwienia i frontalnego odrzucenia. Sądzę, że opisuje on pewne realne zjawiska, które nie tak rzadko przydarzają się ludziom zaangażowanym w praktyki duchowe, a szczególnie w praktyki okultne, newageowe i mistycyzm. Ta konstrukcja pojęciowa dość dobrze przystaje do rzeczywistości. Ale „dość” to czasem za mało.

Nie musze chyba podkreślać, jak dalece teoria ta, w swych założeniach, wroga jest politeizmowi. Nie wiem, czy jakiegoś poganina jest w stanie na tyle przerazić, by porzucił swą wiarę, ale osoby wahające się, „z pogranicza”, mogą być nią poruszone. O ile na chrześcijańskie złorzeczenia, zasadzające się na utożsamienie bogów z demonami są oni uodpornieni, to opinia znanego ezoteryka o bogatej biografii poszukiwań duchowych może wywrzeć wrażenie, zwłaszcza, że momentami mocno uderza w chrześcijaństwo (w zasadzie wszystkim religiom dostaje się tu niemal po równo).

Jako człowiekowi trenowanemu w myśleniu krytycznym, przez całą lekturę towarzyszyło mi jedno zasadnicze pytanie: a skąd pan, panie Suliga, to wszystko wie? Na przykład o budowie wewnętrznej egregorów, różnych tam subtelnych warstwach świetlistych energii etc. Narracja utrzymana jest bowiem w tonie prezentacji wiedzy, po prostu wiedzy. Sam zresztą autor przyznaje się do belferskiego zacięcia. W rezultacie można odnieść wrażenie, że autor spogląda na wszystkie tradycje z góry, osiągnął taki poziom duchowego wglądu, że jawią mu się one jako matrixy więżące biednych naiwniaków. Tym ważniejsze jest dostrzeżenie, w ramach jakiego matrixa funkcjonuje pan Suliga. Jedyne odwołania do źródeł zewnętrznych pojawiają się na początku, acz dotyczą tylko samego terminu egregor – wskazują one na Stary Testament i angielskiego okultystę Johna Dee. I już jesteśmy prawie „w domu”. Od okultyzmu do ST prowadzi bowiem droga krótsza, niż to sobie uświadamia większość katolików. Ta droga to kabała, żydowska doktryna mistyczno-magiczna będąca jednym z najważniejszych źródeł zachodniego okultyzmu. Faktycznie, okazuje się, że pan Suliga jest ekspertem kabały. Uświadomienie sobie tego, pozwala wyjaśnić pewne wątpliwości (a raczej wskazać ich źródła), które pojawiają się w trakcie lektury. Na przykład w jakim sensie można mówić o egregorach jako mieszkańcach królestwa „niebytu”, w istocie nieistniejących? Jak zatem można omawiać istotę istot, które nie istnieją, jako np. „osobowość mnogą” łaknąca energii? Wszak byt jest, a niebytu po prostu nie ma. Ale to twierdził Parmenides. Sam Suliga, zagadnięty w komentarzu, nie potrafił tego wyjaśnić. Nic dziwnego. Stary Testament nie był ograniczony rygorami greckiej czy zdroworozsądkowej logiki i potrafił z jednej strony twierdzić, że „bogowie pogan są nicością” (Ps 96:5), a z drugiej strony przed nimi ostrzegać i pod groźbą śmierci zakazywać z nimi wszelkich kontaktów.

Cała koncepcja egregorów przepojona jest judaistyczną doktryną, opiera się na jej teorii bóstwa i w gruncie rzeczy stanowi rozbudowane uzasadnienie  zasadności pierwszych trzech przykazań dekalogu. W lekcji piątej Suliga wskazuje więc, jako na właściwości tych istot, właśnie te cechy, które odróżniają bogów politeizmu od monoteistycznego: posiadanie postaci, charakteru. Posiadają one jeszcze jedną właściwość – ducha, a jest to duch Asura (czyli najbardziej niszczycielskiego demona).

 W teorii tej mamy połączone trzy elementy: opis właściwości charakterystycznych (postać i charakter), opis fukcjonowania (wampiryzm) i teoria wiążąca jedno z drugim (łaknienie energii spowodowane własną „nicością”). Wszystko pięknie, tylko jeśli odrzucimy monoteistyczne okulary, poszczególne elementy nie muszą się ze sobą wiązać w sposób jednoznaczny. Twierdzę, że posiadanie postaci i charakteru nie jest wyłącznym znamieniem egregorów (pierwszym wyjątkiem są choćby i sami ludzie), że nie trzeba mieć postaci, by posiadać właściwości wampiryczne (co zresztą Suliga na marginesie przyznaje, zaliczając do egregorów buddyjskie pojęcie pustki, którą również można być opętanym).

Zgadzam się, że istnieją wampiryczne istoty bogopodobne. Najbardziej oczywistym kandydatem jest tu Jahwe. Odkąd Żydzi zawiązali z nim przymierze, po ich plecach przechodziły kolejne armie, królestwo się rozpadało, a oni sami co rusz brani byli w niewolę czy szli na wygnanie, o holokauście nie wspominając. Prorocy żydowscy  odpowiedzieliby, że to dlatego, że Żydzi oddalili się od „czystego” pojęcia Jahwe, że popadli w „bałwochwalstwo”. Proponuję zatem eksperyment myślowy: a gdyby tak Żydzi jako naród stali się/pozostali narodem faktycznie pogańskim? Gdyby ich Jahwe był tylko jednym z wielu bóstw? Sądzę, że po pierwsze ich ekspansja w Kannanie musiałaby mieć zupełnie inny przebieg. Biblia, fałszywie z punktu widzenia historii, przedstawia ten proces jako tryumfalny militarny podbój z wyżynaniem całych miast, podczas gdy w istocie było to raczej stopniowe zasiedlanie, a może nawet przymusowa konwersja na jahwizm narzucona przez jedno z lokalnych stronnictw. Niezależnie od tego jak to przebiegało, jeśli jahwizm byłby religią politeistyczną rezultatem jego ekspansji byłaby znacznie bardziej zróżnicowana kultura, twór polityczny zawierający w sobie większy pluralizm, a stąd napięcia, a stąd dynamizm. Monoteizm tymczasem nie tylko izolował Żydów kulturowo (usiłował izolować), ale też politycznie pozbawiał szans na rozwój, który polega wszak nie tyle na tym, by innych wyrżnąć albo nawrócić, ale by się z innymi (zwykle drogą podboju lub bycia podbitym) zintegrować. O tym, że egregorem jest Chrystus pisze sam Suliga, i pod tym, na podstawie własnych doświadczeń, w pełni się podpisuję. Dodać można szereg świadectw świętych i nawiedzonych, jak Faustyny, Teresy z Kalkuty i różnych innych pomniejszych Józef Menendez.

Jak to się ma jednak do pogaństwa, politeizmu greckiego, który interesuje mnie przede wszystkim? Otóż nijak (z drobnymi wyjątkami, o których potem). Przede wszystkim, ujmując egregory od strony skutków ich działalności, to jest to zawsze prowadzenie człowieka do zniewolenia, do śmierci, aż do śmierci samobójczej czy męczeńskiej włącznie. Jest to niszczenie ludzkiej duszy, jej wrodzonych właściwości, po to, by ich miejsce zajęły właściwości egregora. Jeśli chodzi o metodę, to wedle nauk pana Suligi, egregory przede wszystkim odrywają ludzi od tego świata, od realności, oferując „inne” (iluzyjne) światy, życie pośmiertne, w kolejne wcielenia, nieziemskie moce itp.

Tymczasem Jaśniejący działają dokładnie odwrotnie! Ich sposobem i miejscem działania są własne moce ludzkiej natury, to dzięki odwadze wojownika, bogowie mogą użyczać mu swojej mocy i niejako, w tych torach, działać poprzez niego. Bogowie są bogami tego świata, jego naszymi wspłmieszkańcami. Są wyrazem boskości tego świata, dlatego żywa religia helleńska nie potrzebuje, jak wskazał Walter F. Otto żadnego mistycyzmu. Bogowie Homera nie obiecywali lepszego życia, ale konkretnych skutków w tym życiu, a po śmierci sławy wśród potomnych (a zresztą, czy w ogóle coś obiecywali? Po prostu, robili swoje, co czasem i ludziom wychodziło na dobre). Droga hellenisty to droga stawania się tym, kim się jest, we współpracy z bogami, rozwijania własnych, unikalnych zdolności i w tym zakresie stawania się miejscem, gdzie poszczególni bogowie mogą się wyrazić. W przeciwieństwie do egregorów bogowie nie są zazdrośni o wyznawców, bo w istocie niczego od nich nie potrzebują. Bogowie są, i będą trwali nawet, gdy przeminą ludzie. Widać to doskonale w naszej europejskiej historii: mimo wieków formalnego wygnania i prześladowań, bogowie co rusz wypływali, nawet pod pędzlem katolickich malarzy czy piórem pobożnych poetów. Co też istotne, choć Grecja miała Eleusis, misterium, które Suliga z pewnością zaliczyłby do typowych manifestacji egregora, to trudno dostrzec, w tym wypadku typowe negatywne skutki właściwe „zasysaniu energii”. Grek doświadczał misterium, zyskiwał absolutną pewność życia pośmiertnego i wracał do swoich zajęć.

Tak przynajmniej, moim zdaniem powinno to wyglądać. W pewnym momencie jednak, jak wiemy, politeizm grecko-rzymski owładnięty został tendencjami sprzecznymi z tą postawą. Pojawiło się skupienie na indywidualnym, pośmiertnym zbawieniu, praktyki ascetyczne, aż do samookaleczenia. Poszukiwanie doznań mistycznych. Wszystko to zaczęło napływać ze wschodu, czy to jako kulty nowych bóstw, a zwłaszcza bogiń, ale też jako prąd intelektualny orficko-pitagorejsko-platoński. Główny nurt religijny, zarówno w Grecji jak i Rzymie stawiał mu zbyt słaby opór. Odpowiedź na pytanie o przyczyny, jest zbyt ważna, by ją tutaj wciskać, w ramy niewielkiego tekstu.

Niewątpliwie najgorszym postchrześcijańskim skażeniem, jakie może dotknąć hellenizm jest przekonanie, że bogowie egzystują „gdzieś tam”, w jakimś „czystym, wspaniałym świecie”, który unosi się nad „tym, zepsutym”. Nie, moi drodzy: bogowie są tu i teraz, przejawiają się w Tobie i we mnie, w komputerze, musze na ekranie monitora i kwiecie w doniczce. Nie jest to jakieś ekstatyczne „pozaczasowe” teraz i nieumiejscowione „tutaj”, ale w każdej konkretnej chwili i w każdym konkretnym miejscu. Nie potrzeba wglądów mistycznych, by to dojrzeć.

Mit i religia w Grecji starożytnej

Blog pantheionu - pt., 19/04/2013 - 18:33

 Niedawno natrafiłem w antykwariacie niewielką książeczkę z końca XX wieku, wydaną przez Alatheię. Liczy dokładnie 100 stron tekstu (+bibliografia).Jest to w zasadzie syntetyczny esej, a nie akademickie opracowanie. Niemniej jednak, gdybym miał komuś polecić coś krótkiego, zwięzłego, a jednoczesnie rzeczywiście merytorycznie adekwatnego, to poleciłbym właśnie to dziełko Jeana-Pierre’a Vernanta.  Autor nie tylko piętnuje ale i skutecznie wystrzega się dwóch błędów zdarzających się wśród prac na ten temat. Jeden z nich polega na siłę na przykrawaniu religii greckiej do wyobrażeń o „religii jako takiej” powstałych pod wpływem monoteizmów semickich. W takim ujęciu politeizm jest jedynie „przykrywką”, „powierzchnią”, pod którą skrywa się uniwersalne, mistyczne źródło (wydaje mi się, że to trafia w Eliadego i jemu podobnych fenomenologów religii).  Drugi błąd polega na poporzadkowywaniu opisu danej religii jakimś bardziej uniwersalnym schematom porównawczym, jak troisty schemat Dumezila. W swojej pracy Vernant przedstawił religię grecką taką, jaka chyba faktycznie była, jako autentyczny, a nie pozorowany politeizm, a jednocześnie religia unikalna, swoista, a nie jedynie „indoeuropejska”. Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Oczywiście nie należy spodziewać się jakiegoś specjalnego pogłębienia wiedzy, jest to synteza, streszczenie, uproszczenie. A jednak ważne, kto takiego zadania się podejmuje. W tym wypadku nie ma wątpliwości, że to dziełko autora, który syntetyzuje swą, znacznie szerszą wiedzę, a nie autor taniej produkcji dla licealistów. Osobiście doświadczałem w trakcie lektury przyjemności płynącej z potwierdzania przekonań, do których dotarłem wcześniej.

Jedna tylko teza wydała mi się kontrowersyjna. Autor uważa mianowicie, że bogów greckich nie należy pojmować jako osoby, a jako Moce. Do tego nie jestem przekonany.

Tak czy inaczej gorąco polecą tą książkę, jako wstęp, również tym, którzy religią grecką zainteresowali się w kontekście nie tylko historycznym, ale własnych poszukiwań duchowych.

”Spartakus”- moim zdaniem.

Blog pantheionu - śr., 20/03/2013 - 20:39

Oglądam sobie Spartakusa w niedziele i postanowiłem zdać swą relację- jak oceniam ten serial.W skali typowo szkolnej daję mu (na razie) 4-. Nie ukrywajmy, że jak większość seriali amerykańskich tego typu, stawiał bardziej na emocje niż na prawdę historyczną (na którą postawił Spartakus z roku 2004) zatem nie mam specjalnie ( poza rażącym błędem, o którym za chwilę) o to pretensji- zresztą dopowiedziana historia wcześniejszego życia głównego bohatera jest w miarę realistyczna (w Spartakusie filmowym była naciągana, a wątek romantyczny rodem z romansidła XIX-wiecznego wręcz mdlący).Za co zatem odebrałem ten punkt oceny serialowi? O jednym jużem był wspomniał w tym wątku- typowo anglosaska maniera anglizowania wymowy łacińskich czy greckich wyrazów- czy jest to dla nich za trudne, czy świadczy o lenistwie? (Raczej o tym drugim). Gwałtem na mych uszach są słowa typu: Kæpiuła, czy Bætieites, jest to przypadłość, której się chyba nie oduczą. Komputerowa krew- niby drobnostka, ale wizualnie wyraźnie zauważalnie sztuczna, a to do tego nierealnie się zachowująca. Komputerowe plenery- sądziłem, że po solidnej lekcji, jaką otrzymała kinematografia po Władcy Pierścieni i po małej poprawce w Rzymie (realistyczny plener miejski, prawdziwe krajobrazy pozamiejskie) zachowane zostanie to w Spartakusie. Jakże się zawiodłem! Green Box to wszystko po za otoczeniem planu. Nie mam zastrzeżeń do drobnych nieścisłości historycznych typu nieodpowiedni rodzaj zbroi, gdyż jest to krzta wobec gafy, jaką zrobiono w Gladiatorze gdzie pomieszano typy uzbrojeń gadiatorów; wszak błąd który zdecydował o odjęciu półpunktu Spartakusowi jest podobny w karygodności do błędu wyżej wspomnianego. Mianowicie Barca jako kartagiński jeniec w czasie trwania akcji serialu byłby wiekowym starcem, musiałby mieć co najmniej 90 lat. W dyskusji w wątku ( http://portyk.pantheion.pl/index.php?topic=673.0) Zoroastres narzekał na nadmiar seksu, cóż może to różnica pokoleniowa a może nawet inna mentalność, ale ja, jako przedstawiciel jednego pokolenia mniej nie zwracałem na niego specjalnie uwagi. Stało się to pewno dlatego, że w dzisiejszych czasach seksualność szczególnie wśród młodych, nie jest już skrywanym taboo, tylko jest traktowana jak normalna część życia, świata i egzystencji, nie będąca ani gorsza ani lepsza lecz zwyczajna. Jednym z pozytywnych aspektów, rzucających światło na twórców, jest kontynuacja produkcji mimo zgonu Whitfielda; uszanowano bowiem jego wyraźną wolę tudzież tysięcy widzów. Przerywanie tej produkcji negatywnie by świadczyło o ideach tych ludzi (nawet jeśli głównymi były nowozelandzkie $). Na koniec zaznaczę, iż nie widziałem jeszcze wszystkich części serialu; zatem me wrażenie może ulec zmianie, co uwidoczni się w następnych wpisach.

Moje pogańskie Cztery Szlachetne Prawdy

Blog pantheionu - pt., 14/09/2012 - 10:10

I. Najważniejszym obowiązkiem jest być szczęśliwym.

II. Szczęście  nie płynie z okoliczności zewnętrznych, ale z właściwego działania wobec okoliczności zewnętrznych.

III. Właściwe działanie to takie, w którym działający staje się kimś doskonalszym niż był, staje się prawdziwym sobą.

IV. Prawdziwe "ja", to ja związane z innymi, urzeczywistniające swoje potencje dla dobra „ja” i „my”.

 

por. buddyjskie Cztery Szlachetne Prawdy

 

Słońcem pisane II

Blog pantheionu - wt., 28/08/2012 - 20:09

Wydawałoby się, że po przeszło dziesięciu wiekach, które minęły od chrztu Polski, nikt już nie wspomina o prapolskich bóstwach, demonach i postaciach mitycznych inaczej niż jedynie w kontekście badań historycznych czy religioznawczych. Niniejszy tomik jest jednym z dowodów, że jest zgoła inaczej. Dla pewnej grupy ludzi, którzy zwą siebie rodzimowiercami, a więc wyznawcami rodzimej wiary słowiańskich przodków, dawni Bogowie nie są wcale martwymi reliktami zamierzchłej przeszłości. Są oni treścią ludzkiego życia, uosobieniem wartości duchowych związanych z powrotem człowieka do natury, z odkrywaniem wciąż na nowo i na różne sposoby własnej słowiańskiej tożsamości.

Zapraszamy do zapoznania się z drugą już odsłoną rodzimowierczej poezji, która jedynie na pierwszy rzut oka będzie się jawić Czytelnikowi jako zjawisko egzotyczne. Nic bowiem egzotycznego w kulturze własnego narodu, zaś każdy z nas nosi w sobie przecież choćby cząstkowe dziedzictwo czasów, o których wydawałoby się, że nasza świadomość zbiorowa dawno zapomniała.

A jeśli słowem nieco bardziej prozaicznym powiedzieć chcielibyśmy więcej na temat powstania małej antologii poezji rodzimowierczej, zacząć musimy od „Kniei” – grupy, której pomysł na stworzenie zbioru współczesnych wierszy poruszających rodzimą tematykę doczekał się realizacji pięć lat temu i dziś nadal można go czytać pod tytułem „Słońcem pisane”.
Z częścią obecną zaś, jak wspomniano wyżej – drugą już odsłoną – jest nieco inaczej. Autorzy bowiem rozsiani po całej Polsce, choć przesadą nie będzie napisać – po Europie, nie spotkali się nigdy „realnie”, jakby to współczesnymi słowy określić. Tak więc poszukiwania osób tworzących taką literaturę, rozmowy z nimi, sugestie dotyczące wyboru wierszy z bogatego częstokroć dorobku poetyckiego, cyzelowanie utworów, korekta – wszystko to odbywało się w raczej niepoetyckim świecie internetu.
Tysiące e-maili przyniosło wreszcie efekt w postaci „Słońcem pisane II”.
Autorów tomiku połączyło nie tylko poetyckie słów składanie, ale i wiara, która zdawać by się mogło dawno temu odeszła w zapomnienie. I rzecz jasna – odwaga, bez której wiersze do dziś skrywałyby przepastne szuflady. A odważnymi tym razem okazało się kilkanaście osób, wśród których znaleźli się studenci, nauczyciele, muzycy, dziennikarze, pedagog, geodeta, adwokat, inżynier budownictwa, informatyk i nawet – o Bogowie – biolog molekularny. To ich ballady, hymny, kołysanki, kolędy, protest-songi, elegie, modlitwy czytać można w opublikowanej przy współpracy wydawnictwa Borgis książce.
 Autorzy mają nadzieję, że tomik ten miły jest także słowiańskim Bogom, a tym z ludzi, którzy zechcą się z nim zapoznać, również przypadnie do gustu.   

Śląski „paganfest” pierwsza edycja

Blog pantheionu - wt., 28/08/2012 - 18:58

Mamy zaszczyt zaprosić was na pierwszą edycje śląskiego "paganfestu" która odbędzie się w dniach 29-30 września. W trakcie imprezy będzie można posłuchać ciekawych wykładów na temat Asatru, Wicca i Rodzimowierstwa, skorzystać z runicznych wróżb czy warsztatów rękodzieła. W planie również przewidziany jest koncert zespołu DECAY (jako afterparty po części bardziej edukacyjnej), grill oraz kram z rękodziełem i amuletami. 

Program Imprezy:

SOBOTA:

16:00 – Wykład pod tytułem "Tradycja wicca a samotna ścieżka" poprowadzi Enenna.

17:00 – "Wstęp do religi i demonologi dawnych Słowian" – Wykład poprowadzi Lesza.

18:00 – "Wstęp do magii ochronnej" – Wykład prowadzony przez – Enenne

19:00 – 20:30 – Wróżby runiczne – W cenie biletu każdy uczestnik będzie mógł wziąć udział w zabawie i usłyszeć co runy mają do powiedzenia na temat jego przyszłości oraz dowiedzieć się czegoś o dawnej sztuce wróżenia z run.

21:00 – Koncert zespołu DECAY

ZAKOŃCZENIE PIERWSZEGO DNIA

NIEDZIELA:

17:00 – "Wicca w europejskiej tradycji magicznej" – Wykłąd prowadzony przez Rawimira.

18:00 – "Duchy miejsc i przodków w tradycji Asatru" – Poprowadzi Viking

19:00 – 20:00 – Zabawa z wróżbami.

21:00 – Koncert niespodzianka.

ZAKOŃCZENIE DNIA DRUGIEGO

Przez cały czas trwania wydarzenia otwarty będzie kram z rękodziełem i amuletami.

Przewidziany jest również grill

Całość odbędzie się w PUB-ie KORBA
Złota 1 Katowice

WSTĘP:
10zł – Pierwszy dzień
7zł – Drugi dzień
12zł – Karnet dwudniowy

Wszystkie dodatkowe informacje można uzyskać pisząc na e-mail Stowarzyszenia – alternatywa2011@gmail.com

Patronat medialny -

pantheion.pl – http://pantheion.pl/
Pub Korba – http://pubkorba.prv.pl/ 

 

http://www.facebook.com/events/256440091141432/

 

Zaczarowywanie rzeczywistości

Blog pantheionu - wt., 31/07/2012 - 15:05

Do wpisu tego zainspirowała mnie tocząca się na Wikipedii dyskusja, poświęcona hasłu o powstaniu wandejskim w okresie rewolucji francuskiej. Ściślej – formie tegoż hasła uźródłowienia. Otóż hasło nie było pisane na podstawie ani jednej publikacji naukowej, za "źródło" robił w nim… artykuł Joanny Bątkiewicz-Brożek z Gościa niedzielnego. Artykuł bez żadnej wartości z punktu widzenia historycznego, zresztą autorka żadnego wykształcenia w tym kierunku zdaje się nie posiadać. Jak pozostali redaktorzy owego katolickiego tygodnika jest specjalistką "od wszystkiego": polityki, medycyny, astronomii. Więc i od historii może być, kiedy akurat racja wyższa tego od niej wymaga. Tytuły pisanych przez nią artykułów mówią same za siebie: Przestańcie kłamać o in vitro! czy Francja wybrała lewactwo (tym idiotycznym tytułem opisano… wybór Hollanda na prezydenta Francji).

Wspomniany artykuł nosi tytuł Wolność, równość, kłamstwo. O czym przeczytamy w nim? Przede wszystkim, że wojny wandejskie były pierwszym i jednym z największych ludobójstw w historii ludzkości. Nikt nie podaje w wątpliwość ogromu rzezi, które towarzyszyły rewolucji francuskiej. Tymczasem autorka ukuła termin "kłamstwo wandejskie" (coś pokrewnego "kłamstwu smoleńskiemu"?). Twierdzi, że nie wolno pisać we Francji o powstaniu w Wandei, ba! historycy którzy odważyli się pisać na ten temat są "systematycznie zastraszani" i "szykanowani". A to ci dopiero! Przeczytamy też w tym artykule m.in. arcyciekawe stwierdzenia, jak to że Wandea jest punktem założycielskim wszechświatowego lewactwa, a bezpośrednio czerpali z niej pełnymi garściami Lenin, Stalin czy Hitler! Infantylność i niemerytoryczność tego artykułu są wprost porażające, ale nie chodzi tu przecież o obiektywny przekaz historyczny. Czytelnik wiedzy historycznej nie posiądzie z lektury żadnej, ważne że pozna historiozoficzną wizję dziejów. Świadectwem ogromu niekompetencji pani Bątkiewicz-Brożek jest powoływanie się przez nią na jednego z owych "zastraszanych historyków", profesora paryskiej Sorbony Reynalda Séchera, który to za walkę z "kłamstwem wandejskim" został zwolniony z Sorbony. A teraz niespodzianka! Reynald Sécher ma tytuł doktora a nie profesora. I – uwaga! – nie mógł zostać zwolniony z Sorbony, bo… nigdy na niej wykładał! Tak oto Gość niedzielny robi swoim czytelnikom wodę z mózgu.

W innym artykule z Gościa niedzielnego czytam o katedrze w Toledo. Rozważaniom o pięknie architektonicznym tej budowli towarzyszą znowu historyczne bzdury. Autor artykułu stwierdza, że w Kalifacie Kordoby chrześcijanie cierpieli niewyobrażalne wprost męki i prześladowania, za to po rekonkwiście w krajach katolickich muzułmanie cieszyli się… tolerancją i swobodą wyznania! W końcu chyba jednak autor orientuje się, iż napisał bzdurę, bo nie wprost stwierdza iż po 1492 roku może ta tolerancja nie była taka do końca. Oczywiście przymusowe konwersje i wysiedlenia muzułmanów to nie jest już rzecz, którą można podać. Historiozofia przede wszystkim, poza tym liczba ofiar Torquemady i kolegów trochę był kontrastowała z tak eksponowaną wcześniej (i oczywiście odpowiednio zawyżoną) liczbą ofiar "lewactwa" w Wandei.

Generalnie artykuły "historyczne" w czasopismach katolickich są z reguły na bakier z historią. Pisałem już tu kiedyś o dodatku w Niedzieli, gdzie poczynania konkwistadorów w Nowym Świecie określono jako "cud nawrócenia 3 milionów Indian za wstawiennictwem Matki Boskiej z Gwadelupy"…

 

Strony