O naturze Bogów, księga II

Total votes: 2000

Cyceron

Gdy to Kotta powiedział, Wellejusz odezwał się w takie słowa: Jakże byłem nieostrożny wdając się w dyskusję z akademikiem, który jest zarazem retorem! Bo nie lękałbym się ani akademika nieobeznanego z wymową, ani nawet bardzo wymownego retora, jeśliby nie znał tego kierunku filozoficznego. I nie trwoży mnie ani potok pustych słów, ani przenikliwość myśli, jeśli wywód przeciwnika jest suchy. Lecz ty, Kotto, wyróżniłeś się w obu tych dziedzinach. Brakowało ci tylko gromady słuchaczów i sędziów. O tym jednak kiedy indziej, a teraz posłuchajmy Lucyliusza, jeśli mu to odpowiada.

Na to Balbus: Co do mnie — rzekł — to wolałbym słuchać tego samego Kottę, byleby równie wymownie, jak obalił fałszywych bogów, przedstawił nam prawdziwych. Wypada bowiem i filozofowi, i kapłanowi, i Kotcie mieć o bogach nieśmiertelnych nie jakieś tam chwiejne i niepewne mniemanie, jak u akademików, lecz mocne i niewzruszone, jak u zwolenników naszej szkoły. Przeciwko Epikurowi powiedziano już aż nadto dosyć, ale bardzo chciałbym usłyszeć, co ty sam, Kotto, myślisz o tym.

— Czyś zapomniał — odrzekł Kotta — com zaznaczył na początku: że łatwiej przychodzi mi, zwłaszcza w takich sprawach, mówić o tym, co mi się wydaje niesłuszne, aniżeli o tym, co sam myślę? Zresztą, gdybym nawet miał jakieś pewne przekonania, to i tak pragnąłbym usłyszeć teraz ciebie z kolei, gdyż sam mówiłem już tak wiele.

Wtedy Balbus: Posłucham cię i ujmę swój wywód, jak tylko będę mógł najkrócej. Przez wykazanie bowiem mylności poglądów Epikura rozważania me zostały znacznie skrócone. Otóż nasi zwolennicy na ogół dzielą całe zagadnienie bogów nieśmiertelnych na cztery części. Przede wszystkim dowodzą, że bogowie istnieją; następnie przedstawiają, jacy oni są; dalej nauczają, że świat jest przez nich kierowany; wreszcie wykazują, że bóstwa troszczą się o sprawy ludzkie. W tej naszej rozmowie jednakże zajmę się tylko dwiema pierwszymi sprawami, sądzę bowiem, że trzecią i czwartą ze względu na ich obszerność trzeba odłożyć do innej sposobności.

— Ależ bynajmniej!—odpowiedział Kotta.— Mamy przecież dosyć czasu, a poza tym rozmawiamy o rzeczach, którym powinno się dawać pierwszeństwo nawet przed naszymi zatrudnieniami.

Wtedy Lucyliusz zaczął w ten sposób: Pierwsza sprawa nie wymaga doprawdy roztrząsania. Bo kiedy spoglądamy na niebo i przypatrujemy się ciałom niebieskim, cóż może być dla nas bardziej jasne i oczywiste niż to, że istnieje jakaś potęga o najwyższym rozumie, która tym wszystkim rządzi? Gdyby tak nie było, jakże mógłby Enniusz za ogólnym przyzwoleniem zawołać: „Spójrz na tę światłość tam w górze, zwaną przez wszystkich Jowiszem"? I nie tylko Jowiszem, ale i władcą wszech rzeczy, i rządcą kierującym przy pomocy swych skinień wszystkimi zjawiskami, i—jak mówi tenże sam Enniusz — „ojcem bogów i ludzi", i wszechobecnym, wszechmocnym bóstwem! Jeśli ktoś ma tu wątpliwości, to nie pojmuję, dlaczego nie miałby być niepewnym także istnienia albo nieistnienia słońca. Czyż bowiem to jest bardziej oczywiste niż tamto? Gdyby dusze nasze nie znały tej prawdy dokładnie i nie przyswoiły jej sobie, nie utrzymałoby się tak mocne o niej przekonanie, nie utrwalałoby się ono przy upływie dłuższego czasu i nie mogłoby poprzez wszystkie stulecia rozkrzewiać się we wszystkich ludzkich pokoleniach. Widzimy wszak, iż różne zmyślenia i czcze mniemania upadły z biegiem czasu. Któż na przykład wierzy, że istniał kiedyś hipocentaur lub że była Chimera? I czy można znaleźć tak bezrozumną staruchę, iżby lękała się tych piekielnych straszydeł, w jakie niegdyś wierzono? Albowiem czas zaciera wszelkie dowolne urojenia, a utwierdza osądy oparte na istocie rzeczy.

Owóż zarówno u naszego ludu, jak i u innych, kult bogów i święte obrzędy stają się z każdym dniem wznioślejsze i doskonalsze. Dzieje się zaś to nie bez przyczyny i nie przez przypadek, ale dlatego, że opiekuńczy bogowie często okazują swoją moc. I tak w czasie wojny z Latynami, gdy dyktator Aulus Postumiusz toczył nad jeziorem Regillus bój z Tuskulańczykiem Oktawiuszem Mamilliuszem, widziano Kastora i Polluksa, którzy na koniach walczyli w naszych szeregach. A oto za świeżej pamięci ci sami Tyndarydowie oznajmili o zwycięstwie nad Perseuszem. Albowiem Publiusz Watyniusz, dziad tego młodego człowieka, w czasie powrotu swego z Prefektury Reatyńskiej do Rzymu spotkał w nocy dwu młodzieńców na białych koniach, którzy mu powiedzieli, że król Perseusz został tego dnia pojmany. Gdy uwiadomił o tym senat, wtrącono go z początku do więzienia, jako opowiadającego nieuzasadnione wiadomości o sprawach Rzeczypospolitej; później jednak, gdy otrzymano list Paulusa, gdzie podany był ten sam dzień zwycięstwa nad Perseuszem, senat nagrodził Watyniusza działką ziemi i zwolnił go od świadczeń na rzecz państwa. Przekazano też potomności, że gdy Lokrowie w walnym boju nad rzeką Sagrą pokonali Krotoniatów, tegoż samego dnia o bitwie owej dowiedziano się na igrzyskach w Olimpu. Każdego nie będącego głupcem albo bezbożnikiem człowieka zmusiły do uznania niewątpliwego istnienia bogów często słyszane głosy faunów i często widziane postacie bóstw.

A czegóż innego dowodzą przepowiednie i przeczucia przyszłych wypadków, jak nie tego, że są one ludziom oznajmiane przy pomocy różnych znaków i niezwykłych zjawisk, wskazywane i zapowiadane naprzód (ostendi, monstrari, portendi, praedici), skąd też pochodzą nazwy dziwnych znaków i nadzwyczajnych zjawisk, wskazówek i przepowiedni (ostenta, monstra, portenta, prodigia). I choćbyśmy postacie takie, jak Mopsusa, Tyrezjasza, Amfiarausa, Kalchasa i Helenusa poczytywali za zmyślone przez opowieści poetyckie (jednakże nawet takie opowieści nie przedstawiałyby ich jako augurów, gdyby nie było w tym zgoła nic prawdziwego), to czyż o władaniu bogów nie przekonają nas nawet ojczyste przykłady? Czy żadnego wrażenia nie zrobi na nas zuchwalstwo Publiusza Klodiusza z czasów pierwszej wojny punickiej? Stroił on żarty i naśmiewał się z bogów, a kiedy wypuszczone z klatki kurczęta nie jadły, kazał wrzucić je do wody, ażeby piły, skoro jeść nie chciały. Za szyderstwo to wskutek klęski floty Klodiusz sam zapłacił łzami, narodowi rzymskiemu zaś przyniosło ono wielkie nieszczęście. No i cóż? A czyż jego kolega w konsulacie, Lucjusz Junius nie stracił w tejże wojnie floty swej podczas burzy, ponieważ nie usłuchał wróżb z ptaków? Toteż lud skazał Klodiusza na karę śmierci, a Junius sam sobie śmierć zadał. Jak pisze Celiusz, Gajus Flaminiusz, który wzgardził świętymi obrzędami, z wielką szkodą dla Rzeczypospolitej padł nad Jeziorem Trasymeńskim. Z ich zguby można wywnioskować, że Rzeczpospolita zyskała tylko pod rządami tych osób, które były posłuszne nakazom religii. A jeśli zechcemy porównać siebie z innymi narodami, dostrzeżemy, że wprawdzie pod wielu względami stoimy na równi z nimi lub nawet niżej, ale w dziedzinie religijnej, to jest w służeniu bogom, znacznie je przewyższamy. Czyż tedy mamy lekceważyć ów lituus, czyli laskę auguralną Attusa Nawiusza, przy pomocy której dla znalezienia świni rozgraniczył on części winnicy? Tak bym sądził, gdyby nie to, że do jego wróżb z ptaków stosował się król Hostyliusz, gdy prowadził swe największe wojny. Dziś atoli wskutek obojętności szlachty sztuka wróżenia z ptaków została zaniedbana, a znaczenie takich wróżb jest lekceważone; zachowywane są tylko pozory. Najważniejsze więc sprawy Rzeczypospolitej, a wśród nich wojny, od których zależy byt państwa, prowadzi się bez zasięgania wróżb z ptaków. Nie przestrzega się też wróżenia przy przeprawianiu się przez rzeki ani wróżenia z ostrzy dzid, a przy testamentach wojskowych nie dobiera się świadków o szczęśliwych imionach, co sprawiło, że sporządzanie testamentów przed bitwą wyszło ze zwyczaju. Wodzowie nasi zaś rozpoczynają działania wojenne dopiero wtedy, gdy się zrzekną prawa odbywania wróżb z ptaków. A przecież nasi przodkowie przypisywali religii tak wielkie znaczenie, że niektórzy wodzowie, wymawiając z okrytą głową pewne słowa, sami ofiarowywali się nieśmiertelnym bogom za swoje państwo. Mógłbym przypomnieć tutaj wiele rzeczy z przepowiedni Sybillińskich i wiele odpowiedzi haruspików, które by potwierdziły to, co do czego zresztą nikt nie powinien mieć jakichkolwiek wątpliwości. Poza tym za konsulów Publiusza Scypiona i Gajusa Figulusa sama rzeczywistość potwierdziła umiejętności tak naszych augurów, jak i etruskich haruspików. Gdy mianowicie Tyberiusz Grakchus za swojego drugiego konsulatu przeprowadzał wybory tych mężów na konsulów, człowiek zbierający głosy pierwszej centurii, jak tylko podał jej do wiadomości imiona kandydatów, tamże niespodziewanie umarł. Mimo to Grakchus doprowadził wybory do końca; kiedy spostrzegł jednakże, iż wypadek ten obudził pośród ludu zastrzeżenia natury religijnej, doniósł o nim senatowi. Senat zaś postanowił zwrócić się z tym do zwykłych w takich razach rozjemców. Wprowadzeni do senatu haruspicy orzekli, iż ten, kto zwrócił się z wnioskiem do zgromadzenia ludowego, popełnił błąd. Wtedy Grakchus, jakem słyszał od ojca, uniesiony gniewem zawołał: „Jakże to doprawdy? Jam miał popełnić błędy, skoro zwróciłem się do ludu i jako konsul, i jako augur, i po odbyciu wróżby z ptaków? Czyż wy, Etruskowie i cudzoziemcy, znacie zasady wróżenia ludu rzymskiego i czy jesteście w stanie orzekać o prawidłowości komicjów?" Rozkazał im więc, by odeszli. Wszelako później nadesłał z prowincji list do zgromadzenia augurów, w którym zawiadamiał, że czytając ich księgi przypomniał sobie, iż jako miejsce dla wróżb obrał niewłaściwie ogrody Scypiona i że potem przechodził na posiedzenie senatu przez granicę miasta, a gdy powracał stamtąd i znów przechodził przez tęże granicę, zapomniał zasięgnąć wróżb z ptaków, że przeto konsulowie byli wybrani z uchybieniem przeciwko wróżbie. Augurowie przedstawili sprawę senatowi, a ten zażądał, by konsulowie złożyli swój urząd. Tak się też stało. Czy znajdziemy dobitniejsze przykłady? Oto mąż bardzo rozumny i nie wiem, czy nie najwybitniejszy ze wszystkich, choć mógł zataić swój błąd, wolał go wyznać niźli spowodować, aby w życiu państwowym naruszono zasady religijne. Oto konsulowie woleli natychmiast złożyć władzę najwyższą niźli zatrzymać ją choćby na chwilę wbrew nakazom religii. Wielka jest powaga augurów! A czyż sztuka haruspików nie jest wprost boska? I czy ten, kto widzi takie rzeczy i niezliczone inne przykłady tego samego rodzaju, nie musi przyznać, że bogowie istnieją? Bo jeśli są czyiś wysłańcy, to na pewno muszą być i ci, którzy ich wysyłają; a że są wysłańcy bogów, należy uznać, że są też bogowie. Może zdarza się nie wszystko, co zostało przepowiedziane. Lecz czyż można powiedzieć, że nie ma sztuki lekarskiej, ponieważ nie wszyscy chorzy powracają do zdrowia? Bogowie dają nam znaki przyszłych wypadków i jeśli któreś z tych znaków nie sprawdziły się, to wina bynajmniej nie leży w naturze bogów, a w błędnym domyśle ludzi. Tak więc rzecz najważniejsza utrzymuje się bez zmiany u wszystkich ludzi i u wszystkich narodów. Wiara bowiem w istnienie bogów jest wrodzona wszystkim jednostkom i jakby wyryta we wszystkich duszach. Jacy są bogowie, na to mamy różne poglądy; ale że są, temu nikt nie zaprzecza.

Właśnie Kleantes nasz wskazał cztery przyczyny, które sprawiają, że w ludzkich umysłach tworzą się wyobrażenia bóstw. Na pierwszym miejscu postawił to, o czym już przed chwilą mówiłem. Jest to przyczyna sprowadzająca się do przeczuwania rzeczy przyszłych. Drugą przyczynę stanowi mnóstwo korzyści, które wynikają dla nas z celowego urządzenia zjawisk niebieskich, płodności ziemi tudzież rozlicznych innych dogodności. Trzecią jest to, co budzi lęk w umysłach naszych, a więc pioruny, burze, nawałnice, śnieżyce, gradobicia, spustoszenia, klęski zarazy morowej, trzęsienia ziemi, częste hurkotanie w ziemi, deszcze kamieniste i spadanie jakby krwawych kropli deszczowych; dalej rozstępowanie się albo nagłe otwieranie się ziemi; z kolei dziwotwory istniejące wśród ludzi i zwierząt, a przychodzące na świat zupełnie wbrew naturze; następnie pochodnie ukazujące się na niebie; potem gwiazdy zwane przez Greków κοľήται, a przez nas stellae cincinnatae, czyli gwiazdami z warkoczem, jakie niedawno w czasie wojny z Oktawiuszem zwiastowały nam wielkie nieszczęścia; wreszcie podwójne słońce, które — jak słyszałem od ojca — dało się widzieć za konsulów Tuditanusa i Akwiliusza, przy czym w tymże roku zgasło inne słońce, to jest Publiusz Afrykański. Wystraszeni tymi zjawiskami ludzie domyślali się zawsze, że istnieje na niebie jakaś moc boska. Czwartą i do tego najważniejszą przyczyną jest prawidłowość ruchu i nadzwyczajna stałość obrotów nieba, słońca, księżyca i wszystkich gwiazd, jak również rozmaitość ich, przydatność, piękność i porządek. Sam widok tych rzeczy jest dostateczną wskazówką, że nie są one dziełem przypadku. Bo jeżeli ktokolwiek wejdzie do jakiegoś domu, do gimnazjum albo też na forum i zobaczy, że wszystko jest tam przemyślane, celowe i urządzone według pewnych zasad, to musi nabrać przekonania, że nie może się to dziać bez przyczyny, i zrozumie, że jest ktoś, kto tym kieruje i komu okazywany jest posłuch. Tym bardziej, widząc tak wielki ruch na niebie, tak dokładną kolejność wszelkich zmian oraz odbywające się w porządku obroty tylu olbrzymich ciał, przy czym w ciągu niezmierzonej i nieskończonej przeszłości nigdy nic w tych obrotach nie chybiło, uzna, że tymi poruszeniami we wszechświecie musi koniecznie rządzić jakaś rozumna istota. Nawet Chryzyp, choć odznacza się niezwykłą przenikliwością umysłu, mówi o tym tak, iż ma się wrażenie, że nie odkrył tego sam, lecz dowiedział się bezpośrednio od natury. „Jeśli bowiem — powiada —jest w świecie coś takiego, czego nie może stworzyć myśl i rozum ludzki ani też siła i moc ludzka, to istota, która to stworzyła, jest na pewno doskonalsza od człowieka. A przecież ciała niebieskie i wszystko to, co trwa w ustalonym od wieków porządku, nie może być stworzone przez człowieka. Ten więc, kto to stworzył, jest doskonalszy od człowieka. I jakże nazwiesz go stosowniej niż bogiem? Bo jeśli nie ma bogów, to cóż może być w świecie doskonalszego od człowieka? Wszak jedynie człowiek ma rozum, a nie może być nic lepszego od rozumu. Lecz gdyby człowiek myślał, że w całym świecie nie ma nic doskonalszego niż on sam, byłoby to bezrozumnym zuchwalstwem. Zatem jest coś doskonalszego. A więc bóg istnieje rzeczywiście". Doprawdy, czy widząc wielki i piękny dom, gdybyś nawet nie spotkał jego właściciela, dałbyś się przekonać, że dom ten zbudowano dla myszy i łasic? Jeżelibyś tedy przypuszczał, że tak bardzo strojny świat, tyle rozmaitych a pięknych ciał niebieskich, tyle rozległych mórz i lądów jest wyłącznie twoim mieszkaniem, a nie mieszkaniem bogów nieśmiertelnych, to czyż nie wyglądałoby, żeś całkiem stracił rozum? I czyż nie rozumiemy nawet tego, że wszystko, co znajduje się wyżej, jest doskonalsze? Ziemia zaś zajmuje najniższe miejsce, przy czym otacza ją najgęstsze powietrze. Z tej przyczyny ludzie, którzy muszą oddychać gęstszym powietrzem, mają przytępione umysły, co—jak wiemy — spotyka się zwłaszcza w niektórych okolicach lub w niektórych miastach. Zresztą dotyczy to całego rodzaju ludzkiego, ponieważ siedzibą jego jest ziemia, to jest ta okolica świata, która ma najgęstsze powietrze. Jednakże biorąc pod uwagę właśnie ludzki rozum, powinniśmy wnioskować, że istnieje też jakiś inny rozum, a mianowicie bardziej przenikliwy rozum boski. Bo skądże „pochwycił", jak mówi Sokrates u Ksenofonta, człowiek tę swoją mądrość? Gdyby wszak ktoś zapytał, skąd mamy podobną do ziemskiej gęstość ciała, skąd wilgoć i ciepło rozlane po naszym ciele, skąd wreszcie owego ducha ożywczego, odpowiedzielibyśmy jasno, że jedną z tych rzeczy otrzymaliśmy od ziemi, drugą od wody, trzecią od ognia, a czwartą od powietrza, które nazywamy ożywczym tchnieniem. Ale gdzie znaleźliśmy i skąd wzięliśmy to, co przewyższa wszystkie wspomniane rzeczy, mianowicie rozum, który—jeśli wam to odpowiada — można określić także wielu innymi słowami, jak rozwaga, mądrość, zdolność myślenia, roztropność. Czy tamte wszystkie rzeczy świat ma, a tej jednej najważniejszej nie ma? A przecież nie ulega wątpliwości, że nie istnieje zgoła nic takiego, co by było lepsze, doskonalsze i piękniejsze od świata; i nie tylko nie ma nic takiego, ale nawet nie można sobie wyobrazić czegoś lepszego od świata. A ponieważ nie ma też nic lepszego od rozumu i mądrości, koniecznie muszą one znajdować się w środowisku,które uznaliśmy za najlepsze. I cóż doprawdy? Kogóż do wyrażenia zgody na moje ujęcie nie przymusi tak harmonijny, tak ścisły i tak trwały związek między różnymi zjawiskami? Czy ziemia mogłaby sama kwitnąć przez pewien czas, a potem znów drętwieć od zimna? Albo czy przy tylu zmieniających się same przez się rzeczach słońce wiedziałoby, że w dniach letniego i zimowego przesilenia dnia z nocą trzeba zbliżać się lub oddalać? Albo czy wschód i zachód księżyca mógłby powodować przypływy i odpływy morza tudzież zatok morskich? Albo czy przy jednym choćby obrocie całego nieba gwiazdy mogłyby zachować rozmaite drogi swojego biegu? Wszystko to na pewno nie mogłoby się odbywać w takiej zgodności między różnymi częściami wszechświata, gdyby nie utrzymywał tego w całości jeden ciągle trwający boski duch ożywczy.

Jeśli się o tych rzeczach rozprawia obszerniej i dokładniej, jak to i ja mam zamiar uczynić, łatwiej unika się napaści ze strony akademików. Jeśli zaś zwyczajem Zenona ujmuje się je krócej i w sposób bardziej zwarty, są więcej wystawione na zarzuty. Bo jak płynąca woda prawie lub wcale się nie psuje, a zamknięta psuje się łatwo, tak w potoku wymowy zarzuty krytyków niejako rozpuszczają się, podczas gdy wywód zwarty i krótki niełatwo może się od nich obronić. Owóż więc to, o czym ja mówię tutaj szerzej, Zenon skracał w sposób następujący: „Co ma rozum, jest doskonalsze od tego, co rozumu nie ma. Żadna rzecz zaś nie jest doskonalsza od świata. Zatem świat ma rozum". Podobnie można dowodzić, że świat jest mądry, podobnie — że jest szczęśliwy, podobnie — że jest wieczny. Bo wszystko, co ma te przymioty, jest doskonalsze od tego, co jest ich pozbawione, a nie ma nic doskonalszego od świata. Wynika stąd, że świat jest bóstwem. Zenon wnioskuje tak: „Żadna część istoty nieczułej nie może mieć czucia; ale części wszechświata mają czucie; zatem i wszechświat nie jest pozbawiony czucia". W dalszym ciągu swojej rozprawy wyraża się on jeszcze krócej: „Nic takiego — mówi — co samo jest bez życia i rozumu, nie może wydać ze siebie istoty żywej i rozumnej; lecz świat wydaje istoty żywe i rozumne; zatem świat jest sam ożywiony i ma rozum". Potem, jak to często zwykł robić, kończy swój wywód porównaniem: „Gdyby na drzewie oliwnym rodziły się flety, które wydawałyby melodyjne tony, czybyś wątpił, że drzewo to odznacza się jakąś znajomością gry na flecie? Gdyby zaś jawory rodziły harmonijnie brzmiące lutnie, to niewątpliwie pomyślałbyś tak samo: że znają one grę na lutni. Dlaczegoż tedy świat nie ma być poczytywany za żyjący i mądry, skoro wydaje ze siebie istoty żyjące i mądre?"

Ponieważ zacząłem prowadzić me rozważania inaczej niż zapowiedziałem na początku (mówiłem bowiem, że ta pierwsza ich część nie potrzebuje rozstrząsania, gdyż istnienie bogów jest dla wszystkich zupełnie oczywiste), chcę więc poprzeć moje twierdzenia dowodami fizycznymi, to jest zaczerpniętymi z nauk przyrodniczych. Otóż rzecz ma się tak, iż wszystko, co odżywia się i wzrasta, zawiera w sobie energię cieplną, bez której nie mogłoby ani odżywiać się, ani wyrastać. Albowiem wszystko, co ma w sobie ciepło albo żar, porusza się i działa z własnych pobudek. A przecież to, co odżywia się i wzrasta, znajduje się w pewnego rodzaju stałym i jednostajnym ruchu. Jak długo trwa on w nas, tak długo utrzymuje się też nasze czucie i życie, ale gdy tylko ciepło to ostygnie i zgaśnie, giniemy i gaśniemy także i my sami. Kleantes dla wykazania, jaka jest moc ciepła zawartego w całym naszym ciele, posługuje się również dowodem następującym: twierdzi, że nie ma pokarmu tak ciężkiego, iżby nie można było go strawić w przeciągu nocy i dnia, i że ciepło pozostaje nawet w resztkach pokarmu odrzucanych przez naszą naturę; żyły zaś i tętnice drgają nieustannie, jak gdyby poruszała je jakaś ognista siła, a nieraz spostrzeżono, że serce wyjęte z jakiegoś zwierzęcia biło tak prędko, jakby naśladowało szybki ruch płomienia. Wszystko więc, co żyje—już to zwierzę, już to płód ziemi — zawdzięcza życie zamkniętemu w sobie ciepłu, skąd powinno się wnosić, że z istotą tego ciepła związana jest ożywiającą siła, która rozprzestrzenia się na cały świat. Zrozumiemy to łatwiej, gdy ten przenikający wszystko pierwiastek ognisty zbadamy cokolwiek dokładniej. Otóż wszystkie części składowe świata (dotknę zaś najważniejszych) utrzymują się dzięki temu, że wzmacnia je ciepło. Można to zauważyć przede wszystkim w rzeczach pochodzących z ziemi: jak wiemy, uderzając lub pocierając kamieniem o kamień, da się wykrzesać iskry; ze świeżo wykopanego dołu dobywają się opary rozgrzanej ziemi; zaczerpnięta z niewysychającej studni woda jest ciepła, zwłaszcza w porze zimowej, gdyż w różnych wydrążeniach mamy w ziemi mnóstwo ciepła, które w zimie jest bardziej skupione i dlatego —ukrywając się we wnętrzu ziemi — łatwiej się zachowuje. Można by długo mówić i przytoczyć wiele dowodów na to, iż wszelkie nasiona, które dostają się do ziemi, i rośliny, które, jako przez ziemię wydane na świat, tkwią w niej korzeniami, rodzą się i wyrastają pod wpływem tego umiarkowanego ciepła. Także woda ma w sobie domieszkę ciepła, o czym świadczy przede wszystkim sama jej płynność i ciekły stan: nie lodowaciałaby ona na mrozie i nie ścinałaby się w śnieg i szron, gdyby przy dodaniu ciepła nie topniała, nie rozpuszczała się i nie rozpływała. Dlatego też pod wpływem północnego wiatru czy jakiegoś innego chłodu woda krzepnie i na odwrót — ogrzana, mięknie i topnieje. Nawet poruszane przez wiatry morze rozgrzewa się tak, iż łatwo daje się zrozumieć, że i w tych wielkich masach wody zawarte jest ciepło. Bo nie trzeba przypuszczać, że ciepło to pochodzi skądinąd i przybywa z zewnątrz: szybki ruch wydobywa je z najgłębszych miejsc morza, tak jak dzieje się to z naszym ciałem, gdy rozgrzewa się ono przez ruch i ćwiczenia. Także i powietrze, które z przyrodzenia swego jest najchłodniejsze, nie jest całkiem pozbawione ciepła; i owszem, ma ono domieszkę ciepła, i to nawet znaczną. Powstaje ono bowiem z parowania wody; jako że winniśmy uważać powietrze za pewnego rodzaju parę wodną, która tworzy się pod wpływem zawartego w wodzie ciepła. Możemy to zobaczyć na przykładzie wody gotującej się na podłożonym ogniu. Co się tyczy pozostałej, czwartej części wszechświata, to zarówno sama ona z natury swojej jest gorąca, jak też udziela zbawiennego i ożywczego ciepła wszystkim innym istotom. Wynika z tego, że jeśli wszystkie części składowe wszechświata utrzymują się z pomocą ciepła, to i sam wszechświat trwa przez tak długi czas dzięki podobnej czy takiejż sile, a to tym bardziej, iż — jak powinno się rozumieć — ów ciepły i ognisty pierwiastek jest rozlany po całej naturze w taki sposób, że w nim to właśnie zawiera się moc płodzenia i przyczyna rodzenia oraz że przezeń to muszą przychodzić na świat i dojrzewać tak wszystkie zwierzęta, jak i tkwiące korzeniami w ziemi rośliny.

Istnieje tedy siła twórcza, która utrzymuje cały świat i strzeże go, a która ma i czucie, i rozum. Każda istota bowiem, nie będąca czymś odosobnionym i prostym, lecz złączona z czymś innym i złożona, musi koniecznie mieć w sobie jakiś kierowniczy pierwiastek. W człowieku na przykład pierwiastkiem takim jest rozum, a w zwierzęciu coś podobnego do rozumu, z czego rodzi się pożądanie rożnych rzeczy. Natomiast jeśli chodzi o drzewa i inne rośliny, to przyjmuje się, że kierowniczy pierwiastek znajduje się w korzeniach. Nazywam zaś pierwiastkiem kierowniczym to, co Grecy określają jako ήγεľονικόν, to jest zwierzchni czynnik, od którego nie może i nie powinno być nic doskonalszego w żadnym rodzaju istot. Podobnie i to, co jest pierwiastkiem kierowniczym całego świata, koniecznie musi być najlepsze ze wszystkich rzeczy oraz najgodniejsze władzy i panowania. Jak widzimy zaś, części składowe świata (a w świecie nie ma nic takiego, co by nie było częścią jednej wielkiej całości) mają i czucie, i rozum. A więc musi je mieć, w dodatku doskonalsze i w większym stopniu, również ta część wszechświata, w której zawiera się jego kierowniczy pierwiastek. Świat tedy nieuniknienie musi być mądry, przy czym szczególną doskonałością rozumu musi odznaczać się ta siła twórcza, która wszystko ogarnia i utrzymuje. Stąd wynika, że świat jest bóstwem i że wszelka moc świata zawiera się w jego boskiej naturze.

A przeto ów ognisty pierwiastek świata jest także czystszy, jaśniejszy, o wiele ruchliwszy i dlatego zdolniejszy do wywoływania odczuć niż to nasze ciepło, przez które wszystkie znane nam istoty utrzymują się przy życiu i siłach. Jeśli więc ludzie i zwierzęta trwają, jak również poruszają się i czują dzięki swojej ciepłocie, to niedorzecznością byłoby twierdzić, że takiegoż czucia pozbawiony jest świat, przeniknięty nieskalanym, wolnym i czystym, a zarazem, najżywszym i najruchliwszym ogniem; zwłaszcza że ten charakterystyczny dla świata ogień porusza się bez pochodzących skądinąd popędów i bez zewnętrznych bodźców, lecz sam przez się i z własnej woli. Bo czy może być coś silniejszego od świata, iżby pobudzało i poruszało ogień, który go zachowuje? Posłuchajmy oto Platona, który jest jakby bóstwem pomiędzy filozofami. Rozróżnia on dwa rodzaje ruchu: jeden dokonujący się pod wpływem własnych pobudek i drugi powstający pod wpływem bodźców zewnętrznych. Lecz to, co porusza się samo, z własnej woli, jest jego zdaniem bardziej zbliżone do bóstwa niż to, co wprawiają w ruch bodźce pochodzące od czegoś innego. Ruch samodzielny przypisuje on tylko duszom i uważa, że w nich to znajduje się źródło innych poruszeń. Ponieważ zaś wszelki ruch wywodzi się z przenikającego świat ognistego pierwiastka, przy czym pierwiastek ten porusza się bez podniet zewnętrznych, a jedynie z pobudek własnych, przeto musi być on siłą ożywiającą. Stąd wynika, że świat jest żywą istotą. Z tego można też wywnioskować, że świat ma rozum, gdyż świat jest z całą pewnością doskonalszy od jakiej bądź innej istoty. Jak bowiem wszelka część naszego ciała ma mniejszą wartość od nas jako całości, tak też i świat jako całość nieodzownie musi mieć większą wartość niż jakaś jego część. Jeżeli tak jest, to świat nieuchronnie musi być mądry; bo gdyby tak nie było, człowiek, który jest cząstką świata, musiałby—jako obdarzony rozumem — mieć wartość większą niźli wszechświat.

Jeżeli tedy zechcemy iść kolejno od istot pierwotnych, niedoskonałych do najwyższych i doskonałych, to nieuniknienie dojść musimy do [poznania] istoty bogów. Jakoż najpierw zobaczymy, że natura utrzymuje rodzące się z ziemi rośliny, którym daje tylko to, że zapewnia im pokarm i możność wzrostu. Z kolei zwierzęta obdarzyła ona czuciem i zdolnością poruszania się oraz dała złączony z pewnego rodzaju pożądliwością pociąg do rzeczy zbawiennych i wstręt do szkodliwych. Człowieka wyposażyła ponadto w rozum, iżby przy jego pomocy panował nad swymi namiętnościami, raz im pobłażając, drugi raz powściągając. Dalej, na czwartym, a zarazem najwyższym szczeblu znajdują się istoty, które z natury swej rodzą się dobre i mądre, które od samego początku mają wrodzony prawy i stateczny rozum. Rozum ten trzeba cenić wyżej niźli ludzki, przy czym powinno go się przypisywać bogu, to jest światu, bo w nim to musi znajdować się ów doskonały i skończony rozum. Zwłaszcza że nie można twierdzić, by w urządzeniu jakichś rzeczy nie było czegoś skończonego i doskonałego. Widzimy bowiem, że jak w winnej latorośli oraz w bydlęciu natura krocząc po swej drodze, jeżeli nie zajdzie jakaś przeszkoda, potrafi dojść do najwyższej doskonałości; jak osiąga się pewną doskonałość w dziedzinie malarstwa, rzemiosła i innych umiejętności — tak i w świecie całym coś musi zmieniać się na lepsze i doskonalić, i to na znacznie większą skalę. Albowiem poszczególnym istotom może przeszkadzać w tym doskonaleniu się wiele okoliczności zewnętrznych, ale świata nie powstrzyma żadna przeszkoda, ponieważ on to właśnie obejmuje i zawiera w sobie wszystkie istoty. Z tego powodu musi istnieć ów czwarty, a zarazem najwyższy szczebel, którego nie jest w stanie dosięgnąć żadna moc. Jest to zaś szczebel, na którym znajduje się wszechświat. Ponieważ odznacza się on tym, że panuje nad wszystkim i że nic nie może mu przeszkodzić, wynika stąd nieodparcie, że musi być rozumny, a nawet mądry.

I cóż bardziej niedorzecznego, jak odmawiać doskonałości istocie wszechogarniającej lub—jeśli się przyznaje jej tę doskonałość — nie uznawać jej najpierw za żyjącą, potem zaprzeczać rozumu i roztropności, a wreszcie odmówić mądrości. Bo w jakiż sposób mogłaby ona bez tego wszystkiego być doskonała? Gdyby była mianowicie podobna do roślin lub do zwierząt, należałoby poczytywać ją nie za doskonałą, lecz raczej za najgorszą. A gdyby nawet miała rozum, ale nie była od samego początku mądra, to czyż świat nie znalazłby się w położeniu gorszym od położenia człowieka? Przecie człowiek może z czasem zmądrzeć, lecz świat, jeśli przez całą odwieczną przeszłość obywał się bez mądrości, z pewnością nigdy już jej nie dostąpi; będzie więc gorszy od człowieka. Ponieważ jednak jest to niedorzeczność, trzeba mieć świat za odwiecznie mądry i poczytywać go za bóstwo.

Prócz świata nie ma żadnej rzeczy, która by nie miała jakichś braków i była pod każdym względem oraz we wszystkich swoich częściach harmonijna, doskonała i skończona. Toteż trafnie powiada Chryzyp, iż jak pokrowiec przeznaczony jest dla puklerza, a pochwa dla miecza, tak wszystkie rzeczy oprócz świata stworzone zostały jedne dla drugich; płody więc i owoce wydawane przez ziemię — dla zwierząt, a zwierzęta dla ludzi, na przykład koń do jazdy, wół do orania, pies do polowania i stróżowania. Sam człowiek, wcale nie będący istotą doskonałą, a stanowiący tylko pewną cząstkę doskonałości, został stworzony do poznawania i naśladowania świata. Świat zaś, ponieważ wszystko obejmuje i ponieważ nie ma nic takiego, co by się znajdowało poza jego obrębem, jest ze wszech miar doskonały. Bo i jak może mu brakować tego, co jest najlepsze? A że nie ma nic lepszego nad rozum i mądrość, przeto światu nie może ich niedostawać. Dobrze więc mówi ten sam Chryzyp, wykazując przy pomocy podawanych przykładów, że w rzeczach skończonych i dojrzałych wszystkie właściwości są doskonalsze. I tak przymioty konia są lepsze niż przymioty źrebięcia, przymioty psa lepsze niż przymioty szczenięcia, przymioty człowieka dorosłego lepsze niż przymioty chłopięcia. Podobnie i to, co jest najlepsze w całym świecie, powinno się znajdować w czymś doskonałym i skończonym; lecz nie masz nic doskonalszego od samego świata i nic lepszego od cnoty; a więc cnota jest przymiotem świata. I jeśli cnota może rozwinąć się w człowieku, którego natura bynajmniej nie jest doskonała, to o ileż łatwiej istnieje w świecie. A zatem świat ma cnotę. Stosownie do tego jest on też mądry, a przez to znów jest bogiem. Kiedy nabraliśmy już przekonania o boskości świata, należy taką samą boskość przyznać również ciałom niebieskim. Tworzą się one z najruchliwszej i najczystszej części eteru bez żadnej innej domieszki tudzież są całkowicie ogniste i przezroczyste, tak iż z całą słusznością można powiedzieć, że i one należą do istot żywych, czujących i rozumnych. O tym, że ciała niebieskie są w całości ogniste, upewnia nas, zdaniem Kleantesa, świadectwo dwóch zmysłów: dotyku i wzroku. Albowiem żar i blask słoneczny jest jaśniejszy niż żar i blask jakiegokolwiek płomienia, gdyż słońce oświetla wzdłuż i wszerz cały niezmierzony wszechświat; dotknięcie zaś promieni słonecznych nie tylko grzeje, ale często też pali, a przecież ani jedno, ani drugie nie zachodziłoby, gdyby słońce nie było ogniste. „Ponieważ więc — mówi Kleantes — słońce jest ogniste i zasila się oparami oceanu" (bo żaden ogień nie może utrzymać się bez jakiegoś zasilania), „nieuniknienie musi być ono podobne albo do tego ognia, którego używamy wedle naszych potrzeb, a zwłaszcza do gotowania pokarmu, albo do innego ognia, który znajduje się w organizmach istot ożywionych. Lecz tamten ogień, którego potrzebujemy w życiu codziennym, niszczy i trawi wszystko, a gdziekolwiek wtargnie, tam burzy i obraca w niwecz. Ten zaś ogień organiczny przeciwnie: ożywczy i zbawienny, wszystko zachowuje, żywi i wzmaga, wspiera i obdarza czuciem". Dla Kleantesa jest poza wszelkimi wątpliwościami, do którego z tych dwu rodzajów ognia podobne jest słońce. Bo wszak i słońce sprawia, że wszystko rozkwita i że w odpowiedni dla siebie sposób dojrzewa. Jeżeli więc ogień słoneczny jest podobny do ognia znajdującego się w organizmach istot ożywionych, to trzeba przyjąć, że istotą żywą jest także słońce, jak również inne ciała niebieskie, które powstają w cudownej strefie ognistej zwanej też eterem lub niebem.

A ponieważ jedne istoty żyjące rodzą się na ziemi, inne w wodzie, a jeszcze inne w powietrzu, niedorzecznością jest — zdaniem Arystotelesa — przypuszczać, że w żywiole najstosowniejszym do tworzenia się życia nie rodzi się żadna żywa istota. Otóż krainę eteru zajmują ciała niebieskie, a że eter jest żywiołem najprzedniejszym, zawsze ruchliwym i żywotnym, przeto rodzące się w nim żywe istoty muszą odznaczać się zarówno najprzenikliwszym czuciem, jak i największą ruchliwością. Ponieważ zaś w eterze rodzą się właśnie ciała niebieskie, wypada przyjąć, że mają one czucie i rozum, za czym idzie, że trzeba je zaliczyć między bogów. Można łatwo dostrzec, iż ludzie zamieszkujący okolice, gdzie powietrze jest czyste i rozrzedzone, wykazują większe zdolności i mają bardziej pojętne umysły niż ludzie, którzy oddychają powietrzem zgęszczonym i ciężkim. Podobno także spożywany przez nas pokarm ma jakieś znaczenie dla bystrości umysłu. Dlatego też jest wiarygodne, że ciała niebieskie, zamieszkujące eteryczną strefę wszechświata, a odżywiające się morskimi i ziemnymi oparami, rozrzedzonymi już przez samą wielką odległość, mają niepospolity rozum. Najważniejszym dowodem czucia i rozumu ciał niebieskich jest zachowywany przez nie porządek i nieodmienność ruchu (bo nie ma nic takiego, co by nie posiadając rozumu mogło poruszać się wedle przyjętych zasad i stosownie do obliczeń), w którym nie znajdujemy nic nierozważnego, nic zmiennego i nic przypadkowego. Przeciwnie, porządek panujący wśród gwiazd i wiekuista jego stałość nie wywodzi się ani z przyrodzenia (gdyż jest pełna rozmysłu), ani z przypadku, który lubi rozmaitość, a pogardza stałością. Przeto wynika z tego, że ciała niebieskie poruszają się z własnej woli, dzięki własnej zdolności odczuwania oraz dzięki swej boskiej naturze. Zaprawdę, Arystoteles zasługuje na wielką pochwałę za spostrzeżenie, że wszystko, co się porusza, wykonywa swe ruchy albo z przyrodzenia, albo pod wpływem jakiejś siły, albo też z własnej woli. Porusza się zaś i słońce, i księżyc, i wszystkie gwiazdy. Jednakże to, co się porusza z przyrodzenia, już to pod wpływem swego ciężaru spada z góry na dół, już to ze względu na swą lekkość unosi się w górę; lecz ani jedno, ani drugie nie dotyczy ciał niebieskich, gdyż odbywają one ruch kolisty. Nie można też powiedzieć, że zmusza ciała niebieskie do poruszania się wbrew ich naturze jakaś większa siła (bo cóż może być silniejszego od nich?). Zostaje tedy, że ruch gwiazd zależy od ich woli. Kto to rozumie, a jednak zaprzecza istnieniu bogów, postępuje nie tylko niemądrze, lecz i bezbożnie. I zaiste niewielka to różnica, czy ktoś zupełnie odrzuca byt bogów, czy tylko odbiera im wszelką troskliwość i działalność. Bo mnie się zdaje, że ten, kto nic nie robi, zgoła nie istnieje. Byt bogów jest więc tak oczywisty, iż temu, kto go nie uznaje, prawie nie byłbym skłonny przyznać zdrowego rozsądku. Pozostaje nam teraz rozważyć, jaka jest natura bogów. Najtrudniejszą rzeczą jest tutaj odwieść myśl od tego, do czego przyzwyczaiły się nasze oczy.

Trudność ta sprawiła, że zarówno ciemny gmin, jak i podobni do niego pod względem niewiedzy filozofowie nie są w stanie nic o bogach nieśmiertelnych pomyśleć, jeśli nie przedstawią ich sobie pod ludzkimi postaciami. To bezzasadne mniemanie obalił już Kotta i nie potrzebuję się nim zajmować. Ponieważ jednak na podstawie pewnych właściwych dla naszego umysłu pojęć przeczuwamy najpierw, że bóstwo jest istotą żyjącą, a następnie, że w całym świecie nie ma nic doskonalszego od niego, nie wiem, co by temu naszemu przeczuciu i tym pojęciom odpowiadało lepiej niż to, że czym prędzej uznam za istotę żywą oraz za bóstwo właśnie ten świat, którego nic nie może przewyższać pod względem doskonałości. Epikur, który był człowiekiem bynajmniej nie najzdolniejszym do żartów i pod tym względem wcale nie przypominał swych rodaków, może sobie kpić z tego, jak tylko chce. Niech sobie mówi, że nie potrafi zrozumieć, co to za bóstwo stale obracające się i okrągłe! Nigdy nie odwiedzie mnie od tego, co zresztą sam potwierdza. Bo i on uznaje byt bogów, gdyż musi istnieć jakaś wyższa, najdoskonalsza ze wszystkich istota. A przecież nie ma nic doskonalszego od świata. I nie ulega wątpliwości, że żywa istota mająca czucie, rozum i mądrość jest doskonalsza od stworzenia, któremu tego wszystkiego brakuje. Idzie za tym, że świat jest istotą żywą, mającą czucie, rozum i mądrość. A stąd z kolei wynika, że świat jest bóstwem. Lecz za chwilę zrozumiemy to jeszcze lepiej, przypatrując się rzeczom stworzonym przez świat. Tymczasem, Wellejuszu, nie dawaj, proszę, do poznania, że wy nie macie w tym przedmiocie żadnej zgoła nauki. Mówisz, że stożek, walec i ostrosłup wydają ci się piękniejsze od kuli. Macie nowy sposób oceniania rzeczy widzianych. Może na pierwszy rzut oka bryły te są poniekąd piękniejsze, lecz ja nie podzielam tego poglądu. Bo czy jest coś piękniejszego od jedynego kształtu, który obejmuje zamknięte w sobie wszystkie inne kształty i nie może mieć żadnych chropowatości, żadnych krawędzi, żadnych wcięć w postaci kątów czy zagięć, żadnych części wystających i żadnych wgłębień? Ponieważ zaś najbardziej wyróżniają się dwa kształty; spomiędzy brył kula, czyli po łacinie globus (tak bowiem chcę przetłumaczyć grecki wyraz σφαίρα), a z płaskich figur krąg czy koło, które po grecku nazywa się κύχλος, przeto jedynie te dwa kształty odznaczają się tym, że wszystkie ich części są jak najbardziej podobne do siebie, że najdalej położone punkty są jednako oddalone od środka i że nie ma nic lepiej domierzonego od tych kształtów. Lecz jeżeli tego nie pojmujecie, boście nigdy nie dotknęli owego pouczającego piasku, czyż nie mogliście jako filozofowie przyrody zrozumieć nawet tego, że tak równomierny ruch ciał niebieskich i tak stały pośród nich porządek nie może być zachowany w żadnej figurze, jeno w kuli? Toteż nie można przytoczyć bardziej nierozważnych twierdzeń niż wasze. Bo przecież nauczacie, że nie ma pewności, czy świat ten jest okrągły; że może on mieć także inny kształt i że istnieją niezliczone światy, z których każdy ma inną postać. Gdyby Epikur nauczył się przynajmniej, ile czyni dwa razy dwa, na pewno by tak nie powiedział. Ale ponieważ to, co jest najlepsze, oceniał wedle swego sklepionego podniebienia, nie zauważył, jak mówi Enniusz, „sklepienia nieba".

Albowiem jeśli mamy dwa rodzaje ciał niebieskich, z których jedne przebywając zawsze tę samą przestrzeń ze wschodu na zachód nigdy nie zbaczają ze swojej drogi, a drugie poruszając się w tej samej przestrzeni i po tych samych drogach robią dwa nieprzerwane okrążenia, to z obydwu tych zjawisk poznaje się zarówno obracanie się wszechświata, które może zachodzić tylko w kuli, jak i kolistość biegu ciał niebieskich. Przede wszystkim więc słońce, które wśród ciał niebieskich zajmuje pierwsze miejsce, krąży w ten sposób, że szczodrze oświetlając ziemię, zostawia w cieniu to tę, to inną jej część. Noc bowiem jest powodowana właśnie przez cień ziemi, który przeszkadza dostępowi światła słonecznego. Długotrwałość zaś wszystkich nocy odpowiada długotrwałości wszystkich dni. Stopniowe zbliżanie się słońca do ziemi, to znów jego oddalanie się miarkuje natężenie gorąca i zimna. Trzysta sześćdziesiąt pięć okrążeń słońca z dodatkiem prawie jednej czwartej części doby składa się na jego roczny obieg. Odchylanie się zaś słońca od drogi swej raz ku północy, a drugi raz ku południowi sprowadza lato i zimę, jak również te dwie pory roku, z których jedna następuje po schyłku zimy, druga po schyłku lata. W ten sposób wszystko, co rodzi się na ziemi i w morzu, bierze swój początek i otrzymuje bodźce odpowiednio do kolejnych zmian czterech pór roku. Rocznym obiegom słońca towarzyszy ze swymi miesięcznymi obrotami księżyc, który najsłabszym światłem świeci wtedy, gdy najbardziej zbliża się do słońca, a najsilniejszym wtedy, gdy najwięcej się od niego oddala. Natomiast w tych okresach, kiedy księżyc bądź to zwiększa się, bądź też zmniejsza się i ubywa aż do nowiu, zmienia on nie tylko swa postać i kształt, lecz i miejsce pobytu. Gdy miejsce to przesuwa się raz ku północy, to znów ku południowi, także w obiegu księżyca zachodzi coś podobnego do zimowego i letniego przesilenia dnia z nocą. Z księżyca promieniuje też i wypływa wiele sił, pod wpływem których tak zwierzęta wzmacniają się i rosną, jak i wydane przez ziemię rośliny rozwijają się i dojrzewają.

Jednakowoż najbardziej godne podziwu są ruchy tych pięciu gwiazd, które niesłusznie noszą nazwę błędnych; bo nic nie błądzi, co przez całą wieczność stale i nieodmiennie przestrzega jednakowego posuwania się naprzód i wstecz oraz nie zmienia pozostałych ruchów. Jest to u wspomnianych gwiazd tym bardziej zadziwiające, że raz kryją się one, a drugi raz się ukazują, raz zbliżają się, a drugi raz się oddalają, raz poprzedzają inne gwiazdy, a drugi raz postępują za nimi, raz poruszają się szybciej, drugi raz wolniej, a niekiedy nawet nie poruszają się wcale i na pewien czas się zatrzymują. Na podstawie ich nierównych obrotów matematycy ustalili pojęcie wielkiego roku, który kończy się wtedy, gdy słońce, księżyc i pięć gwiazd błędnych po przebyciu swych dróg znajdą się względem siebie w tym samym położeniu, w jakim pozostawały na początku. Jak długo trwa takie dopełnianie się obrotów, jest to jeszcze wielkie pytanie; lecz nieodzownie musi ono dokonać się w pewnym dokładnie oznaczonym czasie. Albowiem gwiazda zwana Saturnem, a przez Greków określana mianem Φαίνων, co znaczy jasna, jako najbardziej odległa od ziemi, przebywa swoją drogę w ciągu bez mała trzydziestu lat. W tym biegu dokonywa ona wielu dziwnych rzeczy, czasami wyprzedzając inne gwiazdy, a czasem pozostając w tyle, ukrywając się w porze wieczornej, a z rana znów się ukazując; jednakże w nieprzerwanym paśmie wieków zachowuje się wciąż niezmiennie i te same ruchy wykonywa w tym samym czasie. Poniżej tej gwiazdy, a bliżej ziemi krąży Jowisz, po grecku zwany Φαέθων, to jest Faetonem, który zatacza koło przez dwanaście znaków niebieskich w przeciągu lat dwunastu i tak samo jak Saturn dopuszcza się w swym biegu rozmaitych nieprawidłowości. Znajdujące się najbliżej drogi Jowisza jeszcze niższe koło należy do gwiazdy znanej u Greków pod nazwą Πυρόεις, czyli ognistej, a u nas pod nazwą Marsa. Zamyka ona swój obieg kołowy, podobny do dróg dwu wyższych gwiazd, w ciągu dwudziestu czterech miesięcy bez sześciu dni, jak mi się zdaje. Następnie, niżej od niej mamy Merkurego (Grecy nazywają go Στίλβων, czyli migocącym), który wędruje wzdłuż koła znaków niebieskich prawie w ciągu roku, przy czym nigdy nie odsuwa się od słońca dalej niźli na odległość jednego znaku, bądź to poprzedzając słońce, bądź też podążając za nim. Najniższą z pięciu gwiazd błędnych i najbliższą ziemi jest Wenus, która, gdy biegnie przed słońcem, nazywa się po grecku Φωσφόρος, a po łacinie Lucifer, to jest sprowadzającą światłość lub jutrzenką, gdy zaś posuwa się za słońcem — "Εσπερος, czyli gwiazdą wieczorną. Przebywa ona swoją drogę w ciągu roku, podróżując wzdłuż i w poprzek koła utworzonego przez dwanaście znaków niebieskich, zachowując się tak samo jak poprzednie gwiazdy, nie odchodząc od słońca dalej niż o odległość dwóch znaków i niekiedy je wyprzedzając, a niekiedy podążając za nim. Otóż ta nieodmienność ruchu ciał niebieskich oraz tak wielka zgodność terminów, utrzymująca się przez całą wieczność pomimo tak rozmaitych obrotów, nie jest dla mnie zrozumiała, jeśli nie ma tam myśli, rozumu i mądrości. A ponieważ widzimy, że ciała niebieskie mają te rzeczy, musimy je zaliczać między bogów.

Co zaś dotyczy gwiazd zwanych stałymi, to i one przejawiają tę samą mądrość i roztropność. Dokonując zgodnie i nieprzerwanie codziennych obrotów, bynajmniej nie krążą one wraz z eterem ani nie są przymocowane do nieba, jak twierdzi wielu ludzi nieobeznanych z nauką przyrody. Bo istota eteru nie jest taka, iżby siłą swą mógł on porwać i obracać znajdujące się w jego otoczeniu gwiazdy: nie wydaje się, aby delikatny, przejrzysty i przeniknięty równomiernym ciepłem eter był dostatecznie zdolny do podtrzymywania gwiazd. Gwiazdy stałe więc mają swoją własną sferę, nie związaną z eterem, oddzieloną i niezależną odeń. Jednakże ich roczne obiegi, które odbywają się bez przerwy z zadziwiającą i wprost niewiarygodną stałością, dowodzą, że i w nich znajduje się moc boska oraz rozum boski.

Kto nie rozumie, że mają one taką moc, robi wrażenie, że w ogóle nic nie rozumie. Nie ma tedy na niebie ani przypadku, ani dowolności, ani błądzenia, ani bezzasadności; przeciwnie, panuje tarn całkowity porządek, prawda, celowość oraz pewność. Stwory zaś, którym tego wszystkiego brakuje i które są przez to kłamliwe, fałszywe i pełne błędów, krążą dokoła ziemi i pod księżycem, który ze wszystkich ciał niebieskich jest najniższy, jak również przebywają na ziemi. Kto więc uważa, że ten zadziwiający porządek na niebie i niezwykła stateczność, z której wywodzi się wszelka trwałość i pomyślność wszech rzeczy, są bezrozumne, ten sam winien być poczytywany za pozbawionego rozumu. Toteż nie pobłądzę, jak mniemam, jeśli rozważania te zacznę od najznakomitszego badacza prawdy. Mianowicie Zenon określa naturę w ten sposób, iż nazywa ją biegłym w sztuce tworzenia ogniem zmierzającym systematycznie do płodzenia. Uważa bowiem, że najbardziej charakterystyczną właściwością sztuki jest tworzenie i płodzenie czegoś nowego; to zaś, czego w naszych dziełach sztuki dokonywa ręka ludzka, z daleko większym artyzmem tworzy natura, to jest —jakem powiedział — biegły w sztuce tworzenia ogień, który jest nauczycielem wszystkich pozostałych sztuk. Z tego punktu widzenia odznacza się biegłością w sztuce cała natura, ponieważ ma ona jakby pewne zasady i prawidła, których trzyma się w swym postępowaniu. Co się tyczy zaś natury samego świata, który w obwodzie swoim obejmuje i zamyka wszystko, to ten sam Zenon nazywa ją nie tylko biegłą w sztuce, lecz wprost mistrzynią, doradczynią i dostarczycielką wszelkich potrzebnych i pożytecznych rzeczy. I tak jak każda z innych istot rodzi się, wzrasta i zachowuje się w całości dzięki swemu nasieniu, również i natura świata zawiera w sobie zależne tylko od jej własnej woli popędy, dążenia i pragnienia, co wszystko oznaczają Grecy mianem ορľή, czyli bodźca. Stosownie do tego podejmuje ona działalność tak jak i my, którzy znajdujemy pobudki w naszej duszy i w naszych odczuciach. Jeśli na tym polega rozum świata i jeśli dla tej przyczyny słusznie może być nazwany przezornością lub opatrznością (co Grecy określają wyrazem πρόνοια), to nade wszystko troszczy się ona i najwięcej zajęta jest po pierwsze tym, aby świat mógł jak najdłużej trwać, a po drugie tym, by mu na niczym nie zbywało; ale głównie dba o to, by świat odznaczał się szczególniejszą pięknością i był przystrojony wszelkimi ozdobami.

Była mowa o wszechświecie, była też mowa o ciałach niebieskich, a już niewiele brakowało, by ukazało nam się całe mnóstwo bogów, którzy ani nie próżnują, ani nie wykonują swych czynności ze zbyt wielkim natężeniem sił. Na pewno nie mają oni w sobie żył, nerwów i kości ani nie używają takich potraw i napojów, z których gromadziłyby się w nich nazbyt ostre albo nazbyt gęste soki; nie mają również takich ciał, iżby bali się upadku, uderzenia lub chorób, które wynikają z nadmiernego utrudzenia członków. Lękając się właśnie tych rzeczy zmyślił Epikur bogów mających tylko sam zarys i zupełnie bezczynnych. Lecz nasze bóstwa, obdarzone najpiękniejszą postacią i zamieszkałe w najpogodniejszej okolicy nieba, poruszają się i miarkują swój bieg tak, iż ma się wrażenie, że zawarły ugodę co do zachowywania i strzeżenia wszystkiego.

Jednakowoż istnieje jeszcze wiele innych istot, które ze względu na ich wielkie dobrodziejstwa słusznie uznane zostały za bóstwa i obdarzone imionami zarówno przez największych mędrców Grecji, jak i przez naszych przodków. Sądzili oni bowiem, iż cokolwiek przysparza rodzajowi ludzkiemu wielkich korzyści, ma swe źródło wyłącznie w nadzwyczajnej dobroci bogów względem ludzi. Tak więc wszystko, co pochodziło od jakiegoś bóstwa, zaczęli oni określać imieniem tego bóstwa. Stąd na przykład polne płody zwiemy Cererą, a wino Liberem; stąd też owo powiedzenie Terencjusza, że „bez Cerery i Libera ziębnie Wenera". Następnie wyrazów mających jakąś głębszą treść zaczęto używać w ten sposób, iż treść tę uznano za bóstwo. Przykładem może tu być Wierność (Fides) i Rozwaga (Mens), których świątynie, jak wiadomo, poświęcił ostatnio na Kapitolu Marek Emiliusz Skaurus, chociaż świątynia Wierności została już poprzednio poświęcona przez Aulusa Atyliusza Kalatyna. Mamy też świątynię Cnoty (Virtutis) i świątynię Honoru (Honoris), odnowioną przez Marka Marcellusa, a poświęconą przed wielu laty za czasów wojny ligustyckiej przez Kwintusa Maksymusa. Czy mam mówić o świątyni Pomocy (Opis) Pomyślności (Salutis), Zgody (Concordiae), Wolności (Libertatis), i Zwycięstwa (Victoriae)? Ponieważ wszystkie te rzeczy mają tak wielkie znaczenie, iż mogą nimi rządzić tylko bogowie, otrzymały one miano bóstw. Należą tutaj również uświęcone imiona Kupidyna (Cupidinis), Rozkoszy (Voluptatis) i Ochoczej Wenus (Lubentinae Veneris) oraz nazwy skłonności złych i przeciwnych naturze. I choć Wellejusz jest innego zdania, wady te często wywierają na naturę ludzką wpływ bardzo silny. Tak tedy ze względu na wielkie korzyści podniesiono do rzędu bogów tych, którzy stworzyli wszystkie te korzyści.Z imion zaś, o których przed chwilą mówiłem, można poznać, jaka jest moc każdego z wymienionych bogów. Współżycie ludzkie stworzyło także uznawany powszechnie zwyczaj, że ludzi, którzy wyróżnili się jakimiś zasługami, z powodu ich wziętości oraz przez wdzięczność dla nich wynoszono pomiędzy niebian.

W ten sposób ubóstwiono Herkulesa, Kastora i Polluksa, Eskulapa, jak również Libera. (Mówię tu o Liberze synu Semeli, a nie o tym, którego przodkowie nasi uroczyście i pobożnie ubóstwili wraz z Cererą i Libera, o czym można dowiedzieć się z misteriów. Bo tak jak my nazywamy naszych potomków liberi, to jest dziećmi, podobnie i potomkowie Cerery otrzymali imiona Liber i Libera, przy czym kult Libery utrzymuje się, ale kult Libera już zanikł). W ten sposób ubóstwiono też Romulusa, utożsamianego przez niektórych z Kwirynem. Ponieważ dusze tych ludzi trwają dalej, korzystając z wiekuistego życia, słusznie uważa się ich za bogów, skoro byli oni zarówno doskonali, jak i nieśmiertelni. Ogromne mnóstwo bogów wzięło swój początek z innej dziedziny, a mianowicie ze zjawisk przyrody.

Powleczeni ludzką postacią, stali się oni przedmiotem poetyckich opowieści, lecz przepełnili życie ludzkie wszelakimi zabobonami. Zagadnieniem tym zajmował się Zenon, a potem obszerniej wyjaśnili je Kleantes i Chryzyp. Otóż w Grecji rozpowszechnione jest dawne podanie, jak to Celus został wytrzebiony przez swojego syna Saturna, którego znów uwięził jego syn Jowisz. W tych bezbożnych opowieściach bardzo udatnie ukryta jest treść przyrodnicza. Chciano bowiem przez to powiedzieć, że owa najwyższa, niebiańska, eteryczna istota, to jest pierwiastek ognisty, który rodzi wszystko sam przez się, pozbawiony jest tej części ciała, której gwoli płodzenia potrzebowałby do złączenia się z inną istotą. Natomiast przez Saturna rozumiano tego, który kieruje biegiem czasu i kolejnymi zmianami okresów. Takie właśnie znaczenie ma greckie imię tego boga, gdyż nazywa się on Κρόνος, a jest to tyle, co χρόνος, czyli przeciąg czasu. Saturnem zaś nazwano go od słowa saturare, czyli zasycić, ponieważ zasycał się latami: w opowieściach przedstawia go się jako mającego zwyczaj pożerania swych dzieci, gdyż czas pochłania pomniejsze okresy i nienasycenie dopełnia się przemijającymi laty. Lecz żeby Saturn zbytnio się nie spieszył, został przez Jowisza skrępowany i powściągnięty więzami z ciał niebieskich. Co się tyczy Jowisza (imię jego Juppiter pochodzi od wyrazów iuvans pater, to jest ojciec wspomożyciel, przy czym formy tego imienia używane w innych przypadkach wywodzą się od wyrazu iuvare, to jest wspomagać; poeci nadali mu miano „ojca bogów i ludzi", a nasi przodkowie nazwali najlepszym i największym; wyraz „najlepszy", to jest „wielce dobroczynny", znajduje się tu przed wyrazem „największy", ponieważ wspomaganie wszystkich znaczy więcej i na pewno daje więcej zadowolenia niż posiadanie największej potęgi), — to Enniusz, jak zaznaczyłem wyżej, nazywa go światłością mówiąc: „Spójrz na tę światłość tam w górze, zwaną przez wszystkich Jowiszem!" Powiedział tu wyraźniej niż w innym miejscu, gdzie użył słów takich: „Przysięgnę na to, co jest we mnie, i na to, co świeci, czymkolwiek ono jest!" To samo mają na myśli także nasi augurowie mówiąc: „Gdy Jowisz grzmi i ciska pioruny"; bo rozumieją przez to: „gdy niebo grzmi i ciska pioruny". Eurypides zaś, który tak znakomicie ujmuje wiele rzeczy, powiada o tym krótko:

Oto widzisz wysoko rozlany w przestrzeni bez granic
Eter, co ziemię ogarnia w tak bardzo łagodnym uścisku:
Miej go za największego boga i nazwij Jowiszem.

Z kolei powietrze znajdujące się wedle nauki stoickiej między morzem a niebem, zostało ubóstwione pod imieniem Junony. Jest ona siostrą i małżonką Jowisza, gdyż powietrze jest podobne do eteru i jak najsilniej z nim się łączy. Przypisano mu żeńskie właściwości i przydzielono je Junonie, ponieważ jest ono najmiększe ze wszystkiego. Imię Junony pochodzi, jak sądzę, także od wyrazu iuvare, to znaczy wspomagać. Pozostawała jeszcze woda i ziemia, jeżeli zgodnie z poetyckimi opowieściami mamy rozróżnić trzy królestwa. Jedno z nich więc, czyli całe królestwo morskie, przyznano Neptunowi, rzekomemu bratu Jowisza. Imię jego na podobieństwo do imienia Portunus, pochodzącego od wyrazu porta, czyli wejście, utworzono przy pewnej zmianie początkowych liter od wyrazu nare, to jest pływać. Natomiast całe władztwo nad ziemią i naturą ziemską przeznaczono dla ojca Disa, które to imię znaczy tyle, co dives, czyli bogaty, co Grecy określają wyrazem Πλούτων; jako że wszystko spada na ziemię i z ziemi bierze swój początek. Bóg ten ma rzekomo za żonę Prozerpinę (jest to imię greckie, oznaczające tę samą osobę, którą Grecy zwą także Περσεφόνη), którą uważa się za uosobienie nasienia płodów ziemskich, a która—jak się opowiada — w związku z ukryciem jej przez Plutona jest poszukiwana przez matkę. Tą matką zaś jest Ceres, której imię znaczy tyle, co Geres i pochodzi od gerere fruges, to jest wydawać płody, przy czym pierwsza litera została przypadkiem zmieniona. Podobnie jest u Greków, bo i oni nadali jej imię ∆ηľήτηρ zamiast γη ľήτηρ, to jest matka ziemia. Dalej ten, kto dokonywa wielkich przewrotów (magna vertit), nazwany został Mavors, czyli Marsem. Imię Minerwy zaś wywodzi się od wyrazu minuere, czyli zmniejszać coś, albo od wyrazu minari, czyli grozić, obiecywać. A że we wszystkich sprawach największe znaczenie ma początek i koniec, pierwsze miejsce przy składaniu ofiar przyznano Janusowi. Imię jego utworzono od wyrazu ire, to jest iść, przechodzić, skąd też wszelkie dostępne przejścia nazywają się iani, a wejścia prowadzące ponad progami do zwykłych domów — ianuae, to jest drzwiami. Imię Westy wzięliśmy od Greków, gdyż u nich nazywa się ona Εστία. Władztwo jej rozciąga się na ołtarze i ogniska domowe i dlatego — ponieważ bogini ta jest strażniczką rzeczy bardzo poufnych — zanosimy do niej wszelkie modły jako ostatniej. Nad dziedziną zbliżoną do jej zakresu działania sprawują rządy bóstwa zwane Penatami, których miano wywodzi się bądź to od wyrazu penus, oznaczającego wszelki używany przez ludzi pokarm, bądź od słowa penitus, to jest wewnątrz, ponieważ przebywają one w naszych domach. Stąd poeci nazywają je także penetrales, to jest bóstwami wewnętrznymi. Greckiego pochodzenia jest imię Apollina, pod którym rozumie się słońce, podczas gdy Dianę utożsamia się z księżycem. Podobnie jak nazwa słońca, sol, pochodzi albo od tego, iż ono samo tylko, solus, jest pośród wszystkich ciał niebieskich tak wielkie, albo od tego, że gdy wzejdzie, zaćmiewa wszystkie inne i daje się widzieć tylko samo, solus — również nazwa księżyca, luna, wzięła swój początek od wyrazu lucere, czyli świecić. To samo oznacza imię Lucyna, czyli przynosząca światłość. I jak u Greków wzywa się przy porodzie właśnie Dianę Lucyferę, czyli przynoszącą światłość, tak u nas zwraca się do Junony Lucyny. Tę samą Dianę obdarza się również przydomkiem Omnivaga, czyli wszędzie błąkającej się — nie od polowania, lecz od tego, że zalicza się do siedmiu gwiazd zwanych sidera tamquam vagantia, to jest gwiazdami jakby błąkającymi się. Bogini ta ma na imię Diana, gdyż z nocy czyni prawie dzień (dies). Przy połogach zaś wzywa się ją dlatego, że płód dojrzewa niekiedy w ciągu siedmiu, a najczęściej w ciągu dziewięciu obiegów księżyca, które — ponieważ stanowią mensa spatia, czyli odmierzone okresy — nazywają się menses, czyli miesiącami. Timeusz, który w Historii swej tak pięknie opowiedział wiele rzeczy, napisał, że tej samej nocy, w której przyszedł na świat Aleksander, spłonęła świątynia Diany Efeskiej. A zaraz potem dodał, że nie trzeba się temu dziwić, gdyż Diana oddaliła się ze swego domu, chcąc pomóc Olimpu w porodzie. Boginią, która dawała się nakłonić do wszystkiego (veniret), nazwano u nas Wenus i od niej to raczej pochodzi wyraz venustas, czyli powab, aniżeli imię Wenus od wyrazu venustas. Czy widzicie więc, jak od pomyślnych i pożytecznych odkryć przyrodniczych doszło do wniosków o istnieniu zmyślonych i fałszywych bogów? Stąd to właśnie zrodziły się mylne mniemania, niepokojące błędy i prawie babskie zabobony. Oto znane nam są postacie bogów, ich wiek, odzież i ozdoby, a także ich płeć, związki małżeńskie, stosunki pokrewieństwa i wszystko, co zostało przeniesione na bóstwa gwoli upodobnienia ich do słabych ludzi. Jakoż ukazuje się ich także w stanie podniecenia; słyszymy mianowicie o pożądliwościach u bogów, o niepokojach i skłonności do gniewu. Jak podają opowieści poetyckie, nie są oni też wolni od wojen i walk nie tylko takich, jak u Homera, gdzie bogowie, podzieleni na dwie części, wspierali dwa wrogie sobie wojska, lecz także ich własnych wojen, które prowadzili na przykład z Tytanami czy z Gigantami. Bardzo nierozsądne jest zarówno opowiadanie tych rzeczy, jak i wiara takim opowiadaniom, które pełne są płochych i w najwyższym stopniu nieuzasadnionych bajeczek. Jednakowoż, odrzuciwszy z pogardą te bajeczki, można było uznać bóstwa właściwe dla istoty każdej rzeczy: Cerery dla ziemi, Neptuna dla mórz i innych bogów dla innych rzeczy — niezależnie od tego, jacy są ci bogowie i jakimi imionami zwykło się ich obdarzać. Powinniśmy wielbić tych bogów i składać im cześć. Najlepsza zaś, najczystsza, najrzetelniejsza i najpełniejsza cześć bogów polega na tym, iż nieustannie wielbimy ich szczerym, nieposzlakowanym, niewinnym sercem i takimiż słowy. Wszak nie tylko filozofowie, ale i przodkowie nasi odróżniali zabobon od religii. Tych mianowicie, którzy po całych dniach modlili się i składali ofiary prosząc, by ich dzieci mogły ich przeżyć (sibi superstites essent), nazwali zabobonnymi (superstitiosi), przy czym wyraz ten otrzymał później szersze znaczenie. Natomiast tym, którzy zawsze dokładnie przestrzegali i jak gdyby na nowo powtarzali (relegerent) wszystko, co dotyczy kultu bogów, nadali miano ludzi religijnych (religiosi) właśnie od częstego spełniania obrządków religijnych (ex religendo). Podobnie ludzie wyborni czy eleganccy otrzymali tę nazwę od wyrazu eligere, czyli wybierać, ludzie pilni, czyli diligentes — od wyrazu diligere, czyli pilnie coś wybierać, a ludzie rozumni, czyli inteligentni — od wyrazu intelligere, czyli rozumieć. W treści wszystkich tych określeń, pochodzących od wyrazu legere, zawiera się możność wybierania czy rozróżniania taka sama, jak w określeniu „religijny". W ten sposób stało się, że z dwóch wyrazów — „zabobonny" i „religijny" — pierwszy oznacza rzecz naganną, a drugi chwalebną. Lecz zdaje mi się, że już w stopniu dostatecznym wykazałem tak istnienie bogów, jak i ich właściwości.

Z kolei wypada mi dowieść, że światem kieruje opatrzność bogów. To nadzwyczaj ważne twierdzenie wasi zwolennicy, Kotto, usiłują obalić i dlatego z wami to właśnie muszę tutaj stoczyć walkę. Albowiem zwolennicy waszej szkoły, Wellejuszu, są gorzej obeznani ze sposobami ujęcia poszczególnych zagadnień przez rozmaite kierunki: czytacie tylko własne dzieła i tylko własne kochacie, a wszystkich innych myślicieli osądzacie bez rozpoznania sprawy. Tyś sam na przykład powiedział w dniu wczorajszym, że stoicy uroili sobie wieszczą staruszkę, którą nazywają Pronoją, to jest Opatrznością. Popełniłeś tu błąd o tyle, żeś przypuszczał, iż stoicy wyobrażają sobie opatrzność jako osobną boginię kierującą i władającą całym światem. Tymczasem jest to tylko skrócone wyrażenie. Gdyby na przykład ktoś powiedział, iż rzeczpospolitą ateńską rządzi rada, brakowałoby tu, że chodzi mu o radę zwaną areopagiem; podobnie kiedy my mówimy, że światem rządzi opatrzność, wiedz, że brakuje tu wyrazu „bogów", i przyjmij do wiadomości, iż bez skrótu i poprawnie powinno się mówić: światem rządzi opatrzność bogów. Nie zużywajcież tedy dowcipu, którego tak niedostaje waszej szkole, na wyszydzanie nas! I na Herkulesa, gdy mnie wysłuchacie, to nawet tego nie próbujcie! Nie będzie wam wypadało, nie będziecie mieli danych po temu i nie będziecie w stanie tego zrobić! Zaprawdę, nie dotyczy to tylko ciebie jednego, któryś nabrał ogłady pod wpływem obyczajów ojczystych i uprzejmości naszych współrodaków; ale dotyczy innych zwolenników waszej szkoły, a najbardziej jej założyciela, człowieka bez kultury i wiedzy, zuchwale napadającego na wszystkich, choć sam był pozbawiony bystrości umysłu, powagi i ogłady.

Twierdzę więc, że opatrzność bogów zarówno na samym początku zbudowała świat i wszelakie jego części składowe, jak i przez wszystkie czasy wykonywa nad nimi rządy. Nasi zwolennicy dzielą zwykle na trzy części rozważania swe na ten temat. Część pierwsza wynika z rozumowania dowodzącego istnienia bogów; bo jeśli przyznamy ich istnienie, musimy zgodzić się także i na to, że mądrość ich kieruje światem. Część druga wykazuje, że wszystko podlega obdarzonej czuciem naturze, która władzę swą sprawuje w sposób jak najdoskonalszy; po ustaleniu tego nasuwa się wniosek, że natura została stworzona przez ożywiające pierwiastki. W części trzeciej przeprowadza się dowód z zadziwiających zjawisk na niebie i na ziemi.

Po pierwsze więc, albo trzeba odrzucić byt bogów, tak jak w pewien sposób odrzuca go Demokryt przez wprowadzenie podobizn i Epikur przez wysunięcie wizerunków, albo—jeśli się uznaje byt bogów — trzeba przystać również i na to, że są oni czymś tam zajęci, i to czymś bardzo ważnym. A przecież nie ma nic ważniejszego od zarządzania światem. Zatem świat podlega rządom boskiej mądrości. Jeżeli jest inaczej, to na pewno musi istnieć coś doskonalszego, obdarzonego większą mocą niż bogowie, niezależnie od tego, jakie miałoby to właściwości i czy byłoby istotą nieożywioną, czy też koniecznością, która, pobudzana przez swoją wielką siłę, tworzy widziane przez nas, a przepiękne dzieła. Jeżeli tedy bogowie rzeczywiście są podporządkowani już to konieczności, już to naturze, która rządzi niebem, morzem i ziemią, to z istoty swej nie są oni ani wszechpotężni, ani doskonali. Jednakże nie ma nic doskonalszego od bóstwa; zatem świat nieuniknienie musi podlegać jego władztwu. A więc bóstwo nie podlega i nie jest podporządkowane żadnej innej istocie, ale samo sprawuje rządy nad całą naturą. Bo jeśli przyznajemy, że bogowie są rozumni, to zarazem uznajemy, że są oni opatrzni (providentes), i to w stosunku do największych rzeczy. Czyżby więc nie wiedzieli, jakie to rzeczy są największe i w jaki sposób trzeba nimi kierować i troszczyć się o nie? Albo czyżby nie mieli siły do podjęcia się i prowadzenia tak wielkich spraw? Lecz z jednej strony nieznajomość rzeczy jest obca naturze bogów, a z drugiej strony związana z jakąś słabością trudność podołania obowiązkom wcale nie da się pogodzić z dostojeństwem bóstw. Stąd wynika to, co my twierdzimy, a mianowicie, że światem kieruje opatrzność bogów. Jeżeli bogowie istnieją (a rzeczywiście istnieją), to koniecznie muszą być oni istotami żywymi; i nie tylko żywymi, lecz także obdarzonymi rozumem. Istoty te, złączone jakby w związek obywatelski lub w społeczność, rządzą światem niby zwyczajnym państwem albo jakimś miastem. Idzie za tym, że mają oni taki sam rozum jak ten, który widzimy u rodzaju ludzkiego, taką samą rzetelność i takie samo prawo, nakazujące im rzeczy słuszne, a zabraniające niesłusznych. Stąd też wnioskujemy, że ludzie otrzymali swą roztropność i mądrość od bogów. (Z tej to właśnie przyczyny na podstawie ustanowienia naszych przodków ubóstwiono i publicznie uświęcono Mądrość (Mens), Wierność(Fides), Męstwo (Virtus) i Zgodę (Concordia). Jakże wypada odmawiać tych cnót bogom, skoro oddajemy cześć szanownym i świętym wizerunkom tychże cnót? A ponieważ mądrość, wierność, męstwo i zgoda istnieją pośród ludzi, to skąd cnoty te mogły spłynąć na ziemię, jeśli nie od niebian?). Jeśli więc jest w nas i mądrość, i rozum, i roztropność, to bogowie koniecznie muszą mieć to wszystko w większym stopniu; i nie tylko mieć, lecz także posługiwać się tym dla jak największych i jak najlepszych celów. A że nie ma nic większego i lepszego od świata, nieuniknienie musi więc kierować nim mądrość i opatrzność bogów. Ponieważ zaś dostatecznie udowodniłem, iż bogami są te istoty, których nadzwyczajne oddziaływanie i jaśniejącą powierzchowność sami dostrzegamy, a mam na myśli i słońce, i księżyc i gwiazdy błędne oraz stałe, i niebo, i sam wszechświat, i mnóstwo rzeczy, które gwoli wielkiego pożytku i dogodności rodzaju ludzkiego znajdują się w całym świecie — także i stąd wynika w końcu, że wszystkim rządzi boska myśl i boska roztropność. W ten sposób pierwsza część została omówiona dostatecznie. W następnej kolejności mam okazać, że wszystko podlega naturze, która władzę swą sprawuje w sposób jak najdoskonalszy. Lecz najpierw trzeba pokrótce wyjaśnić, czym jest sama natura, aby tym łatwiej można było pojąć to, co chcę tu wyłożyć. Otóż jedni mniemają, że natura — to jakaś bezrozumna siła wzbudzająca w ciałach potrzebne ruchy. Drudzy natomiast twierdzą, że siła ta jest obdarzona rozumem i działa wedle pewnego porządku, jakby idąc określoną drogą i w każdym swym postępku ukazując jego przyczynę i cel, przy czym zdolności twórczej tej siły nie jest w stanie dorównać żadna sztuka, żadna ręka ludzka i żaden artysta, który by chciał naśladować dzieła natury. W każdym bowiem nasieniu, choćby najdrobniejszym, zawarta jest taka moc, iż jeśli trafi ono w miejsce odpowiednie do jego przyjęcia i zatrzymania i jeśli znajdzie substancję, która może mu dostarczyć pokarmu i sił do wzrostu, tworzy się z tego nasienia i kształtuje [jestestwo] we właściwym dla siebie rodzaju — bądź to takie, które odżywia się tylko przy pomocy korzeni, bądź takie, które może się też poruszać, czuć i pożądać tudzież wydawać na świat stworzenia podobne do siebie. Jednakże są i tacy, którzy nazwę natury stosują do wszystkiego. Tak postępuje na przykład Epikur, gdyż wedle jego ujęcia natura wszelkich bytów składa się z atomów, próżnej przestrzeni i wszystkiego, co bytom tym przypada w udziale. Ale my, powiadając, że świat trwa dzięki naturze i że przez nią jest kierowany, nie mamy na myśli ani bryły ziemi, ani kawałka kamienia, ani nic innego w tymże rodzaju, co by nie miało przyrodzonej zdolności do utrzymania się w stanie nienaruszonym, myślimy zaś o drzewie, o zwierzęciu, w których daje się widzieć nie jakiś tam dowolny układ, lecz porządek i pewne podobieństwo do dzieła sztuki.

Jeżeli tedy rośliny, trzymające się ziemi swymi korzeniami, żyją i rozwijają się dzięki sztuce natury, to na pewno i cała ziemia, skoro zapłodniona nasionami rodzi i wydaje ze siebie wszystko, utrzymuje się także dzięki mocy i sztuce natury. Otaczając kiełki, ziemia żywi je i zasila, sama z kolei karmi się żywiołami wyższymi i położonymi na zewnątrz, a jej wyziewami pożywia się zarówno powietrze, jak eter oraz wszystko, co znajduje się w wyższej strefie. Tak więc, jeżeli ziemia utrzymuje się i zachowuje swe siły dzięki naturze, to podobnie ma się rzecz z resztą świata. Rośliny bowiem tkwią w ziemi, a zwierzęta trwają przy życiu oddychając powietrzem. Samo zaś powietrze jak gdyby razem z nami patrzy, razem z nami słucha i razem z nami wydaje dźwięki, gdyż nic z tego nie może się dziać bez jego udziału. Co więcej, nawet porusza się ono wraz z nami, bo dokądkolwiek idziemy, dokądkolwiek się kierujemy, powietrze wydaje się dawać nam miejsce i rozstępować się przed nami. Otóż wszystko, co zdąża ku środkowi świata, będącemu najniższym jego miejscem, co wznosi się od środka w górę i co krąży dokoła tego środka, stanowi ciągłą i jedyną naturę świata. A ponieważ istnieją cztery rodzaje ciał, jedność natury utrzymuje się przez kolejne ich przemiany: z ziemi powstaje woda, z wody powietrze, z powietrza eter, a potem w odwrotnym porządku — z eteru powietrze, z powietrza woda i z wody najniżej leżąca ziemia. I tak łączność pomiędzy częściami wszechświata utrzymuje się przez poruszanie się w obu kierunkach, do góry i na dół, tych pierwiastków, z których złożone są wszystkie przedmioty. Łączność ta musi już to trwać wiecznie i to w tej samej postaci, jaką widzimy, już to przynajmniej istnieć bardzo długo, niemal że przez czas nieskończony. Niezależnie od tego, która z tych dwu możliwości rzeczywiście zachodzi, wynika stąd, że światem kieruje natura. Jakaż to bowiem organizacja wyprawy morskiej, jakiż sposób ustawienia wojska albo — iżbyśmy znowu porównali to z dziełami natury—jakiż wypadek zrodzenia się winorośli lub drzewa, dalej jakaż postać zwierzęcia czy też ukształtowanie jego członków może ukazać nam taką przemyślność natury, jaką widzimy w samym świecie? Albo więc nie ma nic takiego, czym by zarządzała obdarzona świadomością natura, albo należy przyznać, że rządzi ona całym światem. Jeżeli bowiem świat zawiera w sobie naturę wszystkich innych jestestw wraz z ich nasionami, to jakże mógłby sam nie podlegać kierownictwu natury? Byłoby to tak, jak gdyby ktoś powiedział, że zęby i zarost są dziełem natury, lecz sam człowiek, któremu one wyrastają, nie jest jej tworem. Występujący z tego rodzaju twierdzeniem nie rozumiałby, że istoty, które wydają coś ze siebie, mają naturę doskonalszą niż natura tego, co jest ich płodem. Ze wszystkich rzeczy zaś podlegających rządom natury właśnie świat jest tym siewcą, twórcą i rodzicielem, że tak powiem, oraz wychowawcą i żywicielem, który karmi i utrzymuje wszystko jakby własne swe członki czy części. I jeżeli natura rządzi częściami składowymi świata, to musi ona rządzić również samym światem. W rządach jej zaś nie ma doprawdy nic takiego, co by można było zganić: z żywiołów, które już istniały, stworzyła ona rzeczy najlepsze, jakie można było stworzyć. Zresztą niech ktoś dowiedzie, że można było zrobić coś lepszego! Ale nikt nigdy tego nie dowiedzie, a jeśli zechce coś poprawić, to albo zrobi gorzej, albo zażąda czegoś zgoła niemożliwego do urzeczywistnienia.

Skoro tedy wszystkie części składowe świata urządzone są tak, iż nie mogły być ani lepsze do użytku, ani piękniejsze dla oka, to zobaczmy, czy dokonało się to przypadkowo, czy też jest to stan, w którym nie mogłyby one trwać w żaden sposób, gdyby nie były kierowane przez mądrość i opatrzność bogów. Jeśli więc dzieła natury są doskonalsze od dzieł sztuki, a sztuka nie tworzy nic bez rozumu, to natury tym bardziej nie wolno uważać za bezrozumną. I jakże pogodzić ze sobą to, że gdy widzisz posąg lub obraz, rozumiesz, iż znalazła tu zastosowanie sztuka; że gdy z dala spostrzeżesz płynący statek, nie masz wątpliwości, iż porusza się on dzięki rozumowi i sztuce; że kiedy oglądasz zegar słoneczny albo wodny, wiesz, iż to dzieło sztuki, a nie twór jakiegoś przypadku wskazuje ci godziny — lecz równocześnie utrzymujesz, że świat, w którym znajdują się zarówno same te sztuki, jak uprawiający je mistrzowie i wszystkie pozostałe rzeczy, nie ma mądrości i rozumu? Gdyby ktoś zaniósł do Scytii lub do Brytanii sporządzoną niedawno przez naszego przyjaciela Pozydoniusza kulę, której poszczególne obroty ukazują nam ruchy słońca, księżyca oraz pięciu gwiazd błędnych tak, jak się one każdego dnia i każdej nocy odbywają na niebie, któż by w tych barbarzyńskich krajach wątpił, że kula owa jest dziełem rozumu? Tymczasem epikurejczycy mają wątpliwości, czy świat, z którego przecież wywodzi się i pochodzi wszystko, powstał przypadkiem, czy przez jakąś konieczność, czy dzięki rozumowi i mądrości bogów! Wydaje im się, że Archimedes, naśladując obroty kuli niebieskiej, odznaczył się więcej niźli sama natura, która stworzyła niebiosa. A wszak dzieło natury jest pod wielu względami doskonalsze od jego naśladownictwa! U Akcjusza pasterz, który nigdy nie widział okrętu, kiedy z góry spostrzegł z daleka nowy a niezrównany statek Argonautów, zdumiony i przestraszony przemówił najprzód tymi oto słowy:

Taki ogrom wypływa
Z głębi, szumiąc, wszczynając wielki hałas i wzbudzając powiew!
Toczy przed sobą fale, siłą swą tworzy wiry,
Rzuca się w dół, a morze pryska nań i mocno go oblewa.
Myślałbyś, że wali się na ciebie oberwana chmura,
Że odłupaną skałę porwał w górę wicher
Lub nawałnica, że tworzą się tam trąby morskie,
Uderzane przez obiegające dokoła fale.
A może to masy wód wzruszają zwały ziemi
Lub może Tryton przewracając trójzębem jaskinie,
Położone głęboko na dnie okrytego falami morza,
Dobywa z bezdni na świat tę olbrzymią skałę?

Z początku pasterz ów nie wie, czym jest widziane przezeń nieznane zjawisko. A gdy zobaczył młodych ludzi oraz posłyszał śpiew żeglarzy, rzekł:

Podobne dźwięki wydają podniecone i rozochocone delfiny.

Powiedział także wiele innych rzeczy, a zakończył tak:

Do pieśni Sylwana
Podobny jest ten śpiew i wszystko to, co słyszę.

Pasterz ten więc przy pierwszym wejrzeniu przypuszczał, że widzi coś nieżywego i pozbawionego czucia, lecz potem po wyraźniej szych oznakach zaczął domyślać się istoty zjawiska, co do którego miał tyle wątpliwości. Podobnie i filozofowie, jeżeli nawet widok świata początkowo ich zmieszał, potem jednak, gdy dostrzegli jego dokładnie oznaczone i zawsze jednostajne ruchy oraz poznali, że wszystko to odbywa się w ścisłym porządku i z niezmienną stałością, powinni byli zrozumieć nie tylko to, iż w tym niebieskim boskim domu przebywa jakiś mieszkaniec, ale i to, że jest nim rządca i władca, a zarazem jakby budowniczy tak wielkiego dzieła, tak wspaniałego gmachu.

Jak dotąd jednak, zdaje się, że nawet nie podejrzewają oni, jak bardzo godne podziwienia rzeczy znajdują się na niebie i na ziemi.

Bo w pierwszym rzędzie ziemia, położona w środku wszechświata, ze wszystkich stron oblana jest ożywczą, służącą do oddychania substancją, zwaną aer, czyli powietrzem. Aczkolwiek jest to wyraz grecki, lecz został przez naszych ziomków przejęty i jest powszechnie znany i używany jako wyraz łaciński. Powietrze jest z kolei otoczone przez niezmierzony eter, który składa się z najwspanialszych pierwiastków ognistych. (Zapożyczmy także i ten wyraz od Greków i mówmy po łacinie aether, tak jak mówimy aer, chociaż Pakuwiusz go przetłumaczył: „To, o czym mówię, nasi nazywają caelum, to jest niebem, a Grecy eterem". Jak gdyby rzeczywiście nie Grek to mówił! „Jednakże mówi po łacinie". Co prawda my go słuchamy, jakby mówił po grecku. On sam uczy nas tego w innym miejscu: „Jesteś Grekiem z pochodzenia; zdradza to już sama twa mowa"). Lecz powróćmy do rzeczy ważniejszych. Z eteru powitają niezliczone płomienie ciał niebieskich, pośród których najważniejsze jest słońce, oświecające wszystko swym bardzo jasnym światłem, a wielkością swą i wspaniałością znacznie przewyższające całą ziemię. Dalej idą inne niezmiernie wielkie gwiazdy. Wszystkie te tak olbrzymie i tak liczne ciała niebieskie nie tylko wcale nie szkodzą ziemi i znajdującym się na niej przedmiotom, lecz są tak pożyteczne, że gdyby zmieniły swe miejsce, to wskutek naruszenia właściwej miary gorąca, ziemia zostałaby spalona przez ich ogromny żar. Jakże mam się tutaj nie dziwić, że jest ktoś taki, kto sobie uroił, iż jakieś ścisłe i niepodzielne atomy pędzą własną mocą pod wpływem swej ciężkości i że z przypadkowego zbiegu tych atomów powstał świat w całej jego piękności i krasie? Jeśli ktoś uważa to za możliwe, nie pojmuję, dlaczego nie miałby przyjmować, że gdyby zebrano razem mnóstwo odlanych bądź ze złota, bądź z czego innego czcionek, wśród których znajdowałyby się wszystkie dwadzieścia jeden liter alfabetu, to po wysypaniu tych czcionek na ziemię złożą się z nich Roczniki Enniusza, tak iż od razu będą gotowe do czytynia. Ze swej strony wątpię, czy szczęśliwy przypadek mógłby dokazać chociaż tyle, iżby złożył się z nich jeden wiersz. Jak więc mogą ci ludzie poważnie twierdzić, że właśnie z tych ciałek, nie mających ani barwy, ani jakichś określonych przymiotów (które Grecy oznaczają wyrazem ποιότητα), ani czucia, a spotykających się ze sobą bezładnie i przypadkowo, powstał świat, a właściwie — że w każdej chwili jedne niezliczone światy z nich się tworzą, a drugie giną? Jeśli łączenie się atomów może stworzyć świat, to dlaczego nie może ono stworzyć portyku, świątyni, domu czy miasta? Przecież te rzeczy nie wymagają tak wielkiego trudu, a jest też wiele rzeczy jeszcze łatwiejszych. Zaprawdę, paplają oni o świecie tak bezmyślnie, iż — jak mi się wydaje — nigdy nie spojrzeli na tę zadziwiającą strojność nieba, o której właśnie będę mówił. Wybornie powiada więc Arystoteles: „Gdyby istnieli ludzie, zawsze mieszkający pod ziemią w pięknych i świetnie urządzonych domach, przyozdobionych posągami i malowidłami oraz wyposażonych we wszystko, co w obfitości mają ci, których poczytuje się za szczęśliwych; gdyby ludzie owi nigdy nie wychodzili na powierzchnię ziemi, na podstawie jednak zasłyszanych pogłosek dowiedzieli się, że istnieje jakaś potęga i moc boska; gdyby potem wskutek rozstąpienia się w pewnej chwili otchłani ziemskich mogli oni wyjść ze swoich ukrytych siedlisk i przyjść do okolic, gdzie my mieszkamy — to kiedy by ujrzeli nagle i ziemię, i morza, i niebiosa; kiedy by spostrzegli ogrom chmur i poznali moc wiatrów; kiedy by zobaczyli słońce i pojęli zarówno jego wielkość i piękno, jak też skutki jego oddziaływania, polegające na tym, że rozlewając po całym niebie światłość, tworzy ono dzień; kiedy by wraz z pogrążeniem się ziemi w cień nocy ogarnęli oczami niebo upiększone i przystrojone gwiazdami oraz poznali, jak księżyc zmienia swoją jasność, raz przybywając, to znów ubywając, jak wszystkie te ciała niebieskie wschodzą i zachodzą, jak wreszcie przez całą wieczność krążą stale po tych samych drogach; kiedy by to wszystko ujrzeli, z całą pewnością uznaliby zarówno to, że istnieją bogowiejak i to, że tak ogromne dzieło jest ich tworem". Tak to mówi Arystoteles. My zaś wyobraźmy sobie tego rodzaju ciemności, jakie niegdyś po wybuchu ognia w Etnie podobno tak osłoniły sąsiednie okolice, że przez dwa dni człowiek nie mógł poznać człowieka, a gdy trzeciego dnia rozbłysło słońce, zdawało im się, że się odrodzili. Otóż gdyby i nam zdarzyło się, iż po długotrwałych ciemnościach nagle ujrzelibyśmy światłość, jakie wrażenie zrobiłby na nas widok nieba? Gdyż możność codziennego jego oglądania tudzież przyzwyczajenie wzroku przytępiło nasze odczucia: ani nie podziwiamy, ani nie dochodzimy przyczyn tych zjawisk, na które patrzymy ciągle. Jak gdyby do badania przyczyn bardziej skłaniać nas miała nowość zjawiska niż jego znaczenie ! Któż by w rzeczy samej nazwał człowiekiem tego, który widząc tak dokładnie określone ruchy na niebie, tak stały porządek wśród gwiazd i tak ścisły związek wzajemny oraz zgodność wszystkiego, przeczył, iż kieruje tym jakiś rozum, utrzymując, że dzieje się to przypadkowo? A przecież w rzeczywistości rządzi tym tak wielka mądrość, iż żadna nasza mądrość nie jest w stanie jej pojąć. Kiedy widzimy coś poruszanego przy pomocy jakiegoś mechanizmu, na przykład przedstawiającą wszechświat kulę albo urządzenie wskazujące godziny, albo rozliczne inne tego rodzaju rzeczy, nie wątpimy wszak, iż są one dziełem rozumu. Czyż tedy oglądając ruch ciał niebieskich, które pędzą i obracają się z podziwu godną szybkością i w ten sposób gwoli najwyższej pomyślności i zachowania wszech rzeczy powodują odbywające się z jak największą stałością zmiany pór roku, będziemy powątpiewali, że dzieje się to nie tylko za sprawą rozumu, lecz w dodatku za sprawą rozumu doskonałego i boskiego?

Teraz zaś można zostawić na boku wnikliwe rozważania i jakby własnymi oczami przyjrzeć się piękności tych rzeczy, o których powiadamy, że zostały stworzone przez opatrzność bogów.

Nasamprzód ogarnijmy wzrokiem całą ziemię, umieszczoną pośrodku świata, bryłowatą i kulistą, wszędzie zwartą w sobie dzięki swej sile przyciągania, przystrojoną kwiatami, ziołami, drzewami i płodami, których niewiarygodne mnóstwo odznacza się wprost niewyczerpaną rozmaitością. Dodajmy do tego wciąż tryskające chłodne zdroje, przejrzyste wody rzek, odziane w najżywszą zieloność brzegi, wysoko sklepione groty, strome skały, wyniosłe szczyty gór i niezmiernie rozległe równiny; dołączmy też ukryte w ziemi żyły złota i srebra oraz nadzwyczajne mnóstwo marmuru. A jakże liczne i jak różne są gatunki oswojonych i dzikich zwierząt! Jaka mnogość rozmaicie latających i śpiewających ptaków! Jak wspaniałe pastwiska dla bydła ! Ileż sposobów życia zwierząt leśnych! Cóż mam w tym miejscu powiedzieć o rodzaju ludzkim, który wyznaczony jakby na włodarza ziemi, nie dopuszcza ani do tego, by opustoszała ona przez okrucieństwo zwierząt, ani do tego, by zniszczała przez zarastanie dzikimi roślinami. Dzięki jego to wysiłkom jaśnieją ze wszystkich stron pola, wyspy i wybrzeża, ozdobione domami i miastami! Gdybyśmy mogli to wszystko zobaczyć oczami, tak jak widzimy w naszych umysłach, nikt oglądając ziemię jako całość nie wątpiłby w istnienie boskiego rozumu.

A jakże wspaniałe jest piękno morza! Jak cudownie wygląda ono, gdy wziąć je w całości! Ileż tam jest rozmaitych wysp! Jak pełne powabu są brzegi i okolice nadbrzeżne! Ile mamy tam różnych rodzajów zwierząt, z których część przebywa pod wodą, część pływa i krąży na powierzchni wód, a część ma własne skorupy i czepia się skał. Samo zaś morze lgnie do ziemi i opłukuje jej brzegi w taki sposób, iż ma się wrażenie, że te dwa żywioły łączą się w jeden.

Stąd to w dzień i w nocy wydziela się graniczące z morzem powietrze, które już to w stanie rozcieńczonym czy rozrzedzonym unosi się w górę, już to w stanie zgęszczonym ścina się w chmury i zbierając wilgoć zrasza ziemię deszczami, już to płynąc tu i tam tworzy wiatry. Ono też powoduje zmiany ciepłych i zimnych pór roku tudzież unosi latające ptaki, a wdychane utrzymuje przy życiu i siłach żywe istoty.

Pozostaje jeszcze najwyższa i od siedlisk naszych najbardziej oddalona, wszystko otaczająca i wszystko w sobie zamykająca strefa, która nazywa się także eterem oraz tworzy ostatni kraniec i kres świata. W niej to ciała ogniste zakreślają w sposób wielce zadziwiający swe ściśle oznaczone drogi. Spośród nich słońce, które swymi rozmiarami wiele razy przewyższa ziemię, obiega ją dokoła, a wschodząc i zachodząc powoduje istnienie dnia i nocy. Wraz z tym zbliżając się, to znowuż oddalając się od ziemi, dwa razy każdego roku zawraca z dwu przeciwległych krańców, przy czym raz sprowadza na ziemię jak gdyby pewien smutek, a drugi raz odwrotnie — rozradowuje ją tak, iż wydaje się cieszyć wraz z niebem. Księżyc zaś, który — jak dowodzą matematycy — jest większy od połowy ziemi, choć przebywa tę samą przestrzeń, co słońce, to jednak czasem zbliża się do słońca, a czasem się od niego oddala. Posyła on na ziemię światło, które otrzymuje od słońca, a sam pod względem jasności ulega różnym zmianom. Poza tym stając poniżej słońca czy naprzeciwko słońca zaciemnia on promienie i światło słoneczne, a wpadając w cień ziemi, gdy znajduje się ona na linii prostej między nim a słońcem, nagle zaciemnia się sam. Podobnymi drogami biegną wokół ziemi te gwiazdy, które nazywamy błędnymi, a które — wschodząc i zachodząc w ten sam sposób — raz przyspieszają swój ruch, to znów opóźniają i częstokroć zatrzymują się. Nie może być nic bardziej zadziwiającego i piękniejszego od tego widoku! Ponadto mamy jeszcze olbrzymie mnóstwo gwiazd stałych, które dzielą się na gromady ułożone tak, iż przez podobieństwo tych gromad do różnych znanych figur otrzymały one swe nazwy. Przytoczę — mówił Balbus, spozierając w tym miejscu na mnie — wiersze Aratusa, które przetłumaczone przez ciebie, gdy byłeś jeszcze bardzo młody, tak mi się w brzmieniu łacińskim podobają, że wiele z nich umiem na pamięć. A więc, jak to ustawicznie widzimy własnymi oczami, bez żadnej odmiany i bez żadnych odchyleń

Pewne ciała niebieskie biegną w szybkim ruchu,
Przez wszystkie dni i noce krążąc razem z niebem.

Jest to widok, którym nie może nasycić się dusza żadnego człowieka lubiącego rozważać stałość natury.

Dwa zaś końce tej osi, na której świat się kręci,
Nazwano biegunami.

Dokoła jednego z nich obracają się nigdy nie zachodzące obie Niedźwiedzice.

Jedną z nich Grecy zwą Cynosurą (co znaczy psi ogon),
Drugą zaś Helice (grupa obrotowa), której bardzo jasne gwiazdy widzimy przez całe noce, przy czym

...nasi zwykli im dawać miano siedmiu Trionów.

Ten sam biegun niebieski okrąża mała Cynosura, składająca się z tyluż podobnie ułożonych gwiazd.

Ją to za przewodniczkę nocną mają feniccy
Żeglarze. Choć gwiazdy Helice i więcej, i piękniej jaśnieją,
Choć wraz z nadejściem nocy daleko widzieć się dają,
A Cynosura jest mała, to jednak z niej to żeglarze
Zwykli korzystać, gdyż mniejsze zatacza w obiegu swym koła.

Aby widok tych gwiazd wzbudzał tym większy podziw,

Pełza pomiędzy nimi, jak strumień kreto płynący,
Straszny Smok, który w kłęby się zwija, to znów się prostuje,
By zaraz potem z giętkiego ciała znów stworzyć pętle.

Choć wspaniała jest cała jego postać, to jednak zasługuje na uwagę zwłaszcza kształt jego głowy i blask oczu:

Głowę mu zdobi nie jedna tylko urocza gwiazda:
Światłem podwójnym są zaznaczone dwie skronie Smoka,
W straszliwych oczach pałają żarem jeszcze dwie gwiazdy,
A prócz nich jedna blaskiem promiennym oświetla brodę.
Schylając głowę na lekko zgiętej wysmukłej szyi
Zdaje się Smok ten patrzeć na ogon wielkiej Helice.

Przez całą noc widać także i resztę ciała Smoka.

Głowa jego niespodziewanie chowa się trochę
Tam, gdzie po jednej stronie wschód się miesza z zachodem.

Sąsiadująca z tą głową

...jakby postać znużona zasmuconego człowieka
Także obraca się wokół bieguna.

Ją to właśnie Grecy

Zwą Engonasin, klęczącą, gdyż tak ten gwiazdozbiór wygląda...
Tu leży również blaskiem przedziwnym świecąca Korona.

Znajduje się ona z tyłu postaci klęczącej, natomiast w pobliżu jej głowy widać Wężownika;

Także i Grecy nazwali go jasno mianem Ophiuchos...
Ten w obydwu swych dłoniach mocno trzyma Węża,
Lecz sam jest opleciony jego gibkim ciałem;
Wąż opasał bowiem człowieka tuż pod sercem.
Człowiek jednak zebrawszy swe siły mocno wciąż stąpa
I Skorpiona po oczach i piersi depcze nogami.

 

Natomiast siedmiu Trionom towarzyszy

Niedźwiedzicy Poganiacz, zwany też z grecka Bootes,
Gdyż jakby do wozu wprzężoną pędzi ją przed sobą.

A oto, co jeszcze tam mamy: u tegoż Boota

...poniżej serca widać stałą gwiazdę,
Mocno świecącą i znaną pod sławną nazwą Arktura.

Pod stopami zaś jego unosi się

Jasny Kłos trzymająca Panna o ciele świetlistym.

Znaki niebieskie są rozmieszczone w ten sposób iż w znakomitym ich porządku widać boską przemyślność.

Niżej głowy Niedźwiedzicy dostrzegasz Bliźnięta,
Poniżej jej części środkowej masz Raka, a tuż pod stopami
Lew ogromny otrząsa ze siebie drżące płomienie.

Woźnica

Pędzi okryty płaszczem z lewej strony Bliźniąt.
Obok głowa Helice srogo nań spoziera,
A świetlista Koza lewy bark rozjaśnia.

Potem mamy wiersze następujące:

Koza — to gwiazdozbiór wielki i wspaniały;
Ale Kozły mało dają ludziom światła.

Poniżej nóg Kozy

Rogacz Byk się rozparł swym potężnym ciałem.

Głowę jego zdobi wiele gwiazd.

Gwiazdom tym Grecy zwykle dają miano Hiad —

 

od deszczu (gdyż czasownik ΰειν oznacza właśnie padanie deszczu). Nasi zaś niesłusznie nazywają je Świnkami, to jest Suculae, jak gdyby nazwa ich pochodziła od świń, to jest a subus, a nie od deszczów, które gwiazdy te zapowiadają. Za Małą Niedźwiedzicą zaś podąża z tyłu Cefeusz z wyciągniętymi rękami:

Małej Niedźwiedzicy grzbiet przed sobą widzi.

 

Poprzedza go

Kasjopea, co z gwiazd swych słabe rzuca światło...
Ale tuż obok niej porusza się mocno świecąca
Andromeda, co smutno unika spojrzeń swej matki...
Głowy jej niemal dotyka Koń; potrząsa on grzywą
I blaskiem miga dokoła. Jedna zaś z gwiazd między nimi
Jak gdyby wiąże swym światłem obydwa te znaki niebieskie,
Chcąc z dwu gwiazdozbiorów stworzyć trwałą całość...
Mamy tam również Barana z zawiniętymi rogami.

 

Przy nim zaś

Widać znak Ryb, z których jedna wysuwa się nieco do przodu,
Przez co wiatr północny silniej ją oziębia.

 

U stóp Andromedy zarysowuje się postać Perseusza,

A powiewy od bieguna mocno nim wstrząsają.

 

Zaraz obok

...tuż przy lewym jego kolanie
...mdłym światełkiem migocą Plejady...
Potem widać tam lekko rzuconą wygiętą Lirę,

 

a dalej

Jest Łabędź skrzydlaty, ku niebios przestworzom szerokim lecący.

 

Natomiast do głowy Konia najbardziej zbliża się prawa ręka Wodnika, a tuż zaraz mamy i całego Wodnika. Potem

Z piersi potężnej ziejąc lodowatym chłodem
Wielkie koła zakreśla dziki Koziorożec;
Tytan, rzuciwszy nań swe nie gasnące światło,
Zawraca w zimie wóz i rusza stąd z powrotem.

 

Lecz tu widać też,

...jak z głębi wynurza się Skorpion,
Ciągnąc za sobą Łuk czyjąś siłą fizyczną wygięty.

 

Przy nim

...krąży lśniąc swym upierzeniem Łabędź...
Obok zaś niego pomyka Orzeł o ciele ognistym.

 

Następnie mamy Delfina,

A nieco dalej blask rzuca skośna gromada Oriona, za którym podąża

Pies ogniem ziejący i gwiazd swoich jasność nam w dół zsyłający.

 

Z kolei widzimy Zająca

Go nigdy w biegu nie staje, bo ten go zupełnie nie męczy,
W pobliżu psiego ogona powoli przesuwa się Argo...
Osłania

ją Baran i Ryb łuskowatych błyszcząca gromada,
Gdy ciałem swym świetnym przybliży się nazbyt do brzegów tej rzeki,

 

to jest Erydanu, który jako wolno płynący i szeroko rozlany długo będziesz oglądał.

...Zobaczysz także wydłużone Więzy,
Które jakby krępują Ryby od strony ogonów...
A zaraz potem przy żądle Skorpiona będziesz mógł spostrzec
Ołtarz ów, co go głaska łagodny powiew południa.

 

Blisko stąd znajduje się Centaur:

Spiesznie sprząc on pragnie ciało Konia z Wagą.
Wyciąga przy tym prawicę, którą trzyma Konia...
Wytęża się dzikus i zdąża w kierunku sławnego Ołtarza.
Tam też i Hydra wysuwa z podziemnych przestrzeni swą głowę.

 

Olbrzymie cielsko jej zajmuje wiele miejsca.

Poniżej wygięcia jej ciała znajduje się Czara promienna.
W brzeg jej godzi swym dziobem Kruk o lśniącym pierzu,
Przy czym w tym samym miejscu — przed Psem, ale pod Bliźniętami —
Mamy Pieska małego, przez Greków zwanego Procyonem.

 

Czyż jakiś zdrowy na umyśle człowiek skłonny byłby przypuszczać, że cały ten układ gwiazd i niebo w swej wspaniałej krasie mogło być dziełem bezładnie i zależnie od przypadku biegających tu i tam atomów? Albo czy byłby w stanie wyobrazić sobie, że to, co nie tylko dla swego zaistnienia potrzebowało rozumu, ale czego właściwości nawet pojąć nie można bez najwyższego rozumu, mogła stworzyć jakaś inna istota, nie mająca rozumu i mądrości ? Nie tylko to zaś jest godne podziwu, lecz w największym stopniu to, że wszechświat jest tak trwały i tak spoisty, iż nawet nie można wymyślić nic lepiej przystosowanego do nieprzerwanego istnienia. Albowiem wszystkie jego części składowe zewsząd do środka podpierają się wzajemnie. Jednakże wszelkie ciała pozostają w związku ze sobą głównie z tego powodu, że są jak gdyby opasane i złączone pewnego rodzaju więzami. A sprawia to natura, która zmyślnie i rozumnie stwarzając wszystko, rozlewa się po całym świecie oraz pociąga i zwraca do środka to, co znajduje się na krańcach świata. Jeżeli tedy wszechświat ma kształt kuli i jeśli z tej przyczyny wszystkie jego części, wszędzie jednakie, same przez się utrzymują się we wzajemnym związku, to nieuniknienie musi to samo dziać się i z ziemią. Kiedy więc wszystkie części ziemi kierują się ku jej środkowi (środek ten zaś jest miejscem leżącym najgłębiej w kuli), nie ma siły, która by mogła powstrzymać lub osłabić tak wielki napór ciężkości i wstrząsnąć tak ważkimi ciałami. Z tejże samej przyczyny morze, choć znajduje się na powierzchni ziemi, aliści dążąc do jej środka zaokrągla się wszędzie jednakowo i nigdzie ani nie wylewa, ani nie występuje z brzegów. Przylegające do niego powietrze wznosi się co prawda dla swej lekkości w górę, lecz samo przez się rozprzestrzenia się na wszystkie strony. Nie tylko więc łączy się ono i styka z morzem, ale z natury swej unosi się również ku niebu, a złagodzone przez jego czystość i ciepłotę staje się ożywczym i zbawiennym dla istot żywych środowiskiem. Otaczająca je najwyższa strefa nieba, zwana eteryczną, zachowuje swój delikatny płomień bez żadnych zagęszczających domieszek i łączy się z zewnętrzną warstwą powietrza. W eterze z kolei krążą ciała niebieskie, które z jednej strony dzięki swemu ruchowi obrotowemu mają kształt kulisty, a z drugiej strony dzięki temu kształtowi i tej powierzchowności ułatwiają sobie poruszanie się. Są bowiem okrągłe, a taki kształt, co już —jak się zdaje — mówiłem, jest najmniej narażony na uszkodzenia. Atoli ciała niebieskie z istoty swojej są ogniste. Dlatego też karmią się one wyziewami ziemi, morza oraz innych wód, które to wyziewy słońce wyciąga z rozgrzanych pól oraz przestrzeni wodnych. Nasyciwszy się i pokrzepiwszy takimi wyziewami, gwiazdy i wszystek eter znów je wydzielają i z powrotem odsyłają na dół, tak iż nic prawie z nich nie ginie lub ginie bardzo mało, mianowicie tyle, co strawi ogień gwiazd oraz płomień eteru. W związku z tym —jak przypuszczają nasi zwolennicy — nastąpi to, w co podobno powątpiewał Panecjusz, iż w końcu spali się. cały świat; jako że po zużyciu całego zasobu wilgoci ani ziemia nie będzie mogła się posilić, ani powietrze nie będzie się odnawiało, gdyż z wyczerpaniem wszystkiej wody tworzenie się powietrza stanie się niemożliwe. Tak więc nie pozostanie nic prócz ognia, przez który jednakowoż, jako przez istotę żyjącą i boską, dokona się znów odnowienie świata i odrodzi się całe jego piękno. Nie chcę, aby mój wywód o ciałach niebieskich, a zwłaszcza o tak zwanych gwiazdach błędnych, wydawał się wam zbyt rozwlekły. Zaznaczę tylko, że z najróżnorodniejszych ich oddziaływań powstaje nader harmonijna całość: jeśli umieszczony najwyżej Saturn zieje chłodem, a zajmujący środkowe miejsce wśród planet Mars wznieca upały, to znajdujący się pomiędzy nimi Jowisz świeci i grzeje w sposób umiarkowany; równocześnie dwie poniżej Marsa położone planety stosują się do Słońca; samo Słońce napełnia swą jasnością cały świat, oświetlony zaś przez nie Księżyc sprzyja zajściom w ciążę i porodom oraz stwarza dogodne sposobności do płodzenia. Jeżeli to powiązanie wszech rzeczy tudzież mająca na celu pomyślne trwanie świata zgodność i spoistość natury nie robi na kimś wrażenia, oznacza, to wedle mego niezachwianego przekonania, że nad niczym z tych rzeczy nigdy się on nie zastanawiał. A teraz przejdźmy wreszcie od spraw niebieskich do ziemskich. Czy jest w nich coś takiego, w czym nie przejawiałaby się myśl rozumnej istoty? Najprzód więc powiem o roślinach, których łodygi służą zarówno do podtrzymywania tego, co się na nich znajduje, jak i do przewodzenia pochodzących z ziemi soków, aby zasilać nimi wszystko, co się łączy z korzeniami. Łodygi te okrywa łyko, a pnie drzew kora, przez co są one zabezpieczone przed mrozami i upałami. A oto winorośl czepia się tyczek swoimi wąsami niby rękami i podnosi się jak żywe stworzenie. Mówią nawet, że jeśli posadzi się w jej pobliżu główki kapusty, to ucieka przed nimi i unika ich jak czegoś zgubnego lub szkodliwego, nie chcąc z żadnej strony stykać się z nimi. A jakąż różnorodność mamy pośród zwierząt!

I jakże wiele rzeczy składa się na to, by każdy gatunek mógł się utrzymać! Jedne zwierzęta są okryte skórą, inne odziane w futra, jeszcze inne najeżone kolcami; niektóre mają opierzenie, te znowuż są osłonięte łuskami, tamte uzbrojone w rogi, a wiele innych żywych stworzeń rozporządza jako środkiem ratunku skrzydłami. Natura w hojności swej przygotowała im obfity pokarm, najbardziej odpowiedni dla każdego gatunku. Mógłbym tutaj przedstawić, jak wygląda u różnych zwierząt układ części ciała, jak wielką widać w nich przemyślność i dokładność, w jak zadziwiający sposób przystosowana jest budowa członków do przyjmowania i przerabiania owego pokarmu. Wszystkie narządy bowiem, także i te, które znajdują się wewnątrz ciała, są tak ukształtowane i tak rozmieszczone, że z punktu widzenia zachowania życia nie ma tam nic zbędnego, nic niepotrzebnego. Taż sama natura obdarzyła zwierzęta pożądaniem i czuciem, iżby pierwsze skłaniało je do poszukiwania właściwego pokarmu, a drugie pozwoliło odróżniać rzeczy szkodliwe od zbawiennych. Jedne tedy zwierzęta szukają pożywienia chodząc, drugie pełzając, niektóre latając, a inne pływając. Samo zaś pożywienie bądź to chwytają bezpośrednio pyskiem i zębami, bądź porywają mocnymi pazurami, bądź łapią zakrzywionymi dziobami; jedne ssą, drugie skubią, trzecie chciwie połykają, czwarte przeżuwają. Niektóre są tak niskiego wzrostu, iż dziobami lub pyskami łatwo sięgają po leżący na ziemi pokarm. Natomiast te, które odznaczają się wyższym wzrostem, jak gęsi, łabędzie, żurawie czy wielbłądy, mają do pomocy długie szyje. Słoń jest nawet wyposażony w trąbę, gdyż ze względu na ogrom swego tułowia miałby utrudniony dostęp do pożywienia. Dzikim zwierzętom, dla których najodpowiedniejszym pokarmem są inne zwierzęta, dała natura albo większą siłę, albo chyżość. Niektóre obdarzyła też w pewnym stopniu przemyślnością i chytrością, jak na przykład pająki, z których jedne tkają rodzaj siatki, by spożyć to, co w niej uwięźnie, a inne... czatują w ukryciu, a gdy coś na nie wpadnie, porywają to i zjadają. Pina zaś (tak nazywa się po grecku rodzaj ślimaka), rozporządzając dwiema szerokimi muszlami, dla zdobycia pokarmu zawiera jakby spółkę z małym raczkiem morskim: kiedy małe rybki napłyną do otwartych muszli, pina, na dany jej przez raczka znak w postaci uszczypnięcia, muszle zamyka. Tak oto dwa zupełnie niepodobne do siebie zwierzątka wspólnie zabiegają o pożywienie, przy czym nasuwa się pytanie, czy porozumiewają się one ze sobą przez jakieś spotkanie, czy też z samej natury swej zostają w związku już od urodzenia. Trzeba podziwiać także pewne rzeczy u tych zwierząt wodnych, które rodzą się na ziemi. Na przykład krokodyle, żółwie rzeczne i niektóre węże, jeśli wylęgły się poza obrębem wody, skoro tylko potrafią sobie radzić, starają się dotrzeć do wody. Często podkładamy kurom kacze jaja. Kaczęta, jakie wyklują się z tych jaj, początkowo są chowane przez kwoki, które niby matki wysiedziały i pielęgnowały te małe. Potem jednak, kiedy tylko zobaczą wodę, będącą ich naturalnym siedliskiem, opuszczają kwoki i uciekają przed nimi, chociaż te je gonią. Taki to popęd samozachowawczy wpoiła natura zwierzętom. Czytałem również, że istnieje pewien ptak zwany pelikanem. Zdobywa on sobie pokarm w ten sposób, iż lata za innymi ptakami, które zanurzają się do wody: gdy złapią rybę i wynurzą się, póty dziobie je mocno po głowach, póki nie porzucą zdobyczy, a wtedy ją zabiera. Tenże sam ptak, jak piszą, ma zwyczaj napełniać się muszlami, które, po rozmiękczeniu ciepłem swego żołądka, wyrzuca ze siebie, aby wydziobać z nich, co nadaje się do zjedzenia. Natomiast o żabach morskich opowiadają, że zwykły zagrzebywać się w pobliżu wody do piasku oraz wykonywać tam pewne ruchy; gdy rybki myśląc, że to żer, podpłyną do nich, żaby zabijają je i zjadają. Jastrząb żyje jakby w przyrodzonym stanie wojny z krukiem: gdy jeden znajdzie gdziekolwiek jaja drugiego, natychmiast je tłucze. A któż może nie podziwiać rzeczy zauważonej przez Arysototelesa, od którego pochodzi zresztą większość tych spostrzeżeń. Oto żurawie, kiedy udając się do cieplejszych okolic przebywają morza, gromadzie swej nadają kształt trójkąta. Wierzchołkiem tego trójkąta rozpędzają przed sobą powietrze, a dalej — po obydwu bokach trójkąta — zwolna machają skrzydłami jakby wiosłami i w ten sposób ułatwiają sobie lot. Podstawa utworzonego przez żurawie trójkąta, stanowiąca jak gdyby tył okrętu, jest popychana przez wiatry. Poszczególne zaś żurawie opierają głowy i szyje na grzbietach lecących przed sobą współtowarzyszy. Ponieważ ptak znajdujący się na czele nie może tego uczynić, bo nie ma na czym się wesprzeć, dla wypoczynku odlatuje po pewnym czasie do tyłu, a na jego miejsce wysuwa się jeden z tych, które już wypoczęły. Takie zmiany kolejne przestrzegane są w ciągu całej drogi. Mógłbym przytoczyć wiele rzeczy tego rodzaju, lecz na ogół wiecie już, o co chodzi. Zbyt dobrze zaiste znane są niezwykłe wysiłki zwierząt zmierzające do zachowania ostrożności, na przykład ubezpieczanie się w czasie jedzenia albo ukrywanie się w legowiskach. Godne podziwu jest także to, co niedawno, czyli przed paru wiekami, odkryto dzięki spostrzegawczości lekarzy, a mianowicie, że psy leczą się przy pomocy wymiotów, a ibisy egipskie przy pomocy przeczyszczania żołądka. Jak wieść niesie, pantery, na które w krajach barbarzyńskich poluje się podrzucając zatrute mięso, mają jakiś środek, którego użycie ochrania je przed śmiercią. Żyjące zaś na Krecie dzikie kozy, trafione zatrutymi strzałami, szukają ziela zwanego dyptamem (dictamnus), a kiedy go zażyją, strzały mają im podobno wypadać z ciała. Łanie niedługo przed wydaniem płodu przeczyszczają się pewną rośliną, zwaną zebrzycą (seselis). Dobrze wiemy też, że każde zwierzę w obawie przed gwałtem broni się właściwym sobie orężem: byki rogami, dziki kłami, lwy szybkim biegiem; jedne ratują się więc uciekając, a drugie ukrywając się; mątwy wydzielają czarny płyn, drętwiki popadają w odrętwienie; wiele stworzeń odpędza napastników obrzydliwą nie do zniesienia wonią.

W celu nieustannego zaopatrywania świata w potrzebne rzeczy opatrzność bogów dokłada wielkich starań, by zawsze było pod dostatkiem różnych rodzajów zwierząt, drzew i w ogóle wszelkich roślin czerpiących pożywienie z ziemi. Dlatego właśnie wszystkie one wydają takie mnóstwo nasion, że z jednego okazu rodzi się większa liczba sztuk. Nasiona takie zawarte są też w samym środku owoców dojrzewających na poszczególnych drzewach i krzewach, przy czym zarówno ludzie spożywają je w obfitości, jak i ziemia napełnia się odradzającymi się roślinami tego samego rodzaju. A cóż mam powiedzieć o przejawiającym się u zwierząt tak bardzo rozumnym popędzie do trwałego zachowania swego gatunku? Przede wszystkim jedne z nich są samcami, a drugie samicami, co natura sprawiła właśnie dla utrwalenia gatunków. Następnie istnieją też pewne części ciała bardzo dobrze przystosowane tak do płodzenia, jak i do przyjęcia nasienia, przy czym i w samcu, i w samicy tkwi zadziwiający pociąg do cielesnego łączenia się. Gdy zaś nasienie trafi do macicy, ściąga do siebie cały prawie pokarm, w którego otoczeniu tworzy się płód zwierzęcia. Kiedy płód wyjdzie z łona matki, u tych zwierząt, które pożywiają się mlekiem, cały prawie przyjmowany przez matkę pokarm zaczyna przemieniać się w mleko, a nowo narodzone zwierzątka bez żadnego nauczyciela, kierując się jedynie wrodzonym popędem, szukają piersi matki i zasycają się ich zawartością. Abyśmy zrozumieli, że nie ma w tym zupełnie nic przypadkowego i że wszystko to jest dziełem troskliwej i mądrej natury, wskażę, iż zwierzęta, które wydają liczniejsze potomstwo, jak świnie i suki, mają więcej wymion i sutek, a te, które rodzą mało potomstwa, mają też niewiele wymion i sutek. Czy mam mówić o tej wielkiej miłości, jaką okazują zwierzęta w wychowaniu i strzeżeniu swych młodych aż do czasu, póki nie będą one mogły bronić się same? Aczkolwiek ryby opuszczają, jak się opowiada, swe jaja zaraz po ich wydzieleniu, to jednak dzieje się tak dlatego, że jaja te bez trudności utrzymują się w wodzie, a narybek łatwo się z nich wylęga. Żółwie i krokodyle składają podobno jaja na ziemi, po czym zagrzebują je i odchodzą, tak iż ich młode rodzą się i wychowują same. Ale kury i inne ptaki szukają dla złożenia jaj spokojnego miejsca oraz przygotowują sobie posłania i gniazda, wyściełając je możliwie najmiękcej, aby jaja jak najlepiej się przechowały; a gdy wyklują się pisklęta, troszczą się o nie tak dalece, iż nawet otulają je skrzydłami, by nie zaszkodziło im zimno i by w czasie upału nie były wystawione na żar słoneczny. Kiedy zaś pisklęta mogą już posługiwać się skrzydłami, matki towarzyszą wprawdzie ich lotom, lecz od tej chwili wolne już są od innych trosk o swe potomstwo. Do zachowania i dobrego stanu niektórych zwierząt i roślin przyczynia się też przezorność i pieczołowitość ludzka. Jest bowiem wiele takich roślin i zwierząt, które bez opieki ludzkiej nie mogą utrzymać się w dobrym stanie.

W różnych krajach istnieją także różne dogodności umożliwiające życie ludzkie i zapewniające obfitość potrzebnych do tego środków. Egipt więc jest nawadniany przez Nil, który zalewa i zatapia ten kraj na całe lato, a potem ustępuje, pozostawiając gotowe do zasiewów, rozmiękczone i użyźnione pola. Mezopotamia zawdzięcza swoją urodzajność Eufratowi, który dostarcza jej co roku jak gdyby nowych pól. Największy zaś ze wszystkich rzek Indus nie tylko użyźnia i rozmiękcza pola swą wodą, ale też obsiewa je, gdyż—jak mówią — przynosi ze sobą mnóstwo podobnych do zboża nasion. Mógłbym przytoczyć jeszcze różne godne uwagi rzeczy istniejące w innych okolicach; mógłbym opowiedzieć o wielu żyznych krainach, z których każda daje inne płody. Jakże wielka to dobroć natury, że rodzi tak wiele tak rozmaitych i tak przyjemnych nadających się do jedzenia płodów — i to w różnych porach roku, iżby nowość i obfitość zawsze nas radowały! A jakże odpowiednie i jak zbawienne nie tylko dla rodzaju ludzkiego, lecz i dla bydląt oraz dla wszystkich krzewiących się na ziemi roślin są udzielane przez naturę wiatry znane pod nazwą etesiae, co oznacza doroczne letnie wiatry północne! Powiewy ich łagodzą nadmierne upały, a także pozwalają na odbywanie szybkich i bezpiecznych podróży morskich. Mówię tutaj wiele, lecz mimo to wiele rzeczy muszę pominąć. Nie jestem bowiem w stanie wyszczególnić wszystkich korzyści wynikających dla nas z istnienia rzek, ustawicznych przypływów i odpływów morza, strojnych, okrytych lasem gór, bardzo daleko od brzegów morskich położonych kopalń soli, krain obfitujących w środki lecznicze, a wreszcie innych niezbędnych do wyżywienia się i utrzymania się przy życiu rzeczy. Także kolejne zmiany dnia i nocy sprzyjają zachowaniu istot żywych, ustalając inną porę do pracy, a inną do wypoczywania.

Tak więc różnymi drogami dochodzimy do wniosku, że wszystko na tym świecie jest przez rozum i mądrość boską przedziwnie kierowane ku pożytkowi i zachowaniu wszech rzeczy. Ktoś mógłby tu zapytać, dla kogo stworzone zostało tak wielkie dzieło. Czy dla drzew i ziół, które — chociaż nie mają świadomości — są jednakże utrzymywane przez naturę? Lecz takie przypuszczenie jest wszak niedorzecznością. A może dla zwierząt? Ale zupełnie nieprawdopodobne jest, iżby bogowie podjęli taki trud gwoli istot nic nie mówiących i nic nie rozumiejących. Jakże więc należałoby tu odpowiedzieć? Dla kogo świat został stworzony? — Bez wątpienia dla takich istot żywych, które mają rozum.

Należą do nich bogowie i ludzie, od których w rzeczy samej nie ma nic doskonalszego, ponieważ rozum ich stoi ponad wszystkim. Toteż można przyjmować, że świat i wszystko, co się w nim znajduje, zostało stworzone ze względu na bogów i ludzi. Jeszcze lepiej zrozumiemy, że bogowie nieśmiertelni kierowali się tu troską o ludzi, jeśli przyjrzymy się całej budowie człowieka, całemu ukształtowaniu natury ludzkiej oraz jej doskonałości. Otóż byt wszelkich stworzeń żywych zależy od trzech rzeczy: pożywienia, napojów i powietrza. Do przyjmowania tego wszystkiego najlepiej przystosowane są usta, które w oddychaniu wspomagane są przez połączone z jamą ustną otwory nosowe. Umocowane w ustach zęby służą do jedzenia, przy czym rozdrabniają one i rozmiękczają pokarm. Spośród nich ustawione naprzeciwko siebie ostre zęby służą do odgryzania kawałków pożywienia, wewnętrzne zęby zaś, zwane trzonowymi, przeżuwają pokarm, w czym, jak wiemy, dopomaga im także język. Przedłużeniem języka jest łączący się z jego nasadą przełyk. Do niego to w pierwszej kolejności dostaje się to, co przyjęły usta. Po obu stronach styka się przełyk z gruczołami ślinnymi i graniczy z wewnętrznym krańcem podniebienia. Przyjąwszy dostarczony i jakby wyparty przez nacisk i ruchy języka pokarm, przełyk posyła go dalej w ten sposób, iż części tego przewodu znajdujące się poniżej połykanego jedzenia rozszerzają się, a części znajdujące się powyżej niego zwężają się. Obok przełyku mamy ciągnący się aż do płuc przewód oddechowy, który lekarze nazywają aspera arteria. Przyjmuje on powietrze wprowadzone przez oddychanie, a później z powrotem odbiera je z płuc i wydziela na zewnątrz. Ponieważ wejście do tego przewodu znajduje się także u nasady języka, nieco powyżej miejsca, gdzie łączy się z językiem przełyk, jest ono przykryte pewnego rodzaju wieczkiem, które ma na celu to, iżby nic z pokarmu nie dostało się przypadkiem do tchawicy i nie przeszkodziło oddychaniu. Jeśli płuca i serce sprowadzają z zewnątrz powietrze, to przyrodzona rola żołądka, który leży poniżej przełyku, polega na tym, iż jest on zbiornikiem pokarmów i napojów. W żołądku mamy wiele przedziwnych narządów składających się prawie wyłącznie z nerwów. Sam on jest mocno pofałdowany i kręty oraz zamyka i zatrzymuje w sobie dla przerobienia i strawienia wszystko, co przyjmuje, niezależnie od tego, czy są to rzeczy suche, czy wilgotne. Kurcząc się, to znów rozprężając się ściska on i miesza wszystko, co się w nim znalazło, tak iż wszelki pokarm, zwarzony i przetrawiony zarówno przy pomocy ciepła, które żołądek ma w dużej ilości, jak przy pomocy rozcierania i ciągu powietrza, łatwo rozchodzi się po innych częściach ciała. Natomiast płuca na podobieństwo gąbek odznaczają się pewną dziurkowatością i miękkością, przez co szczególnie nadają się do nabierania powietrza. Przy wdychaniu kurczą się one, a przy wydychaniu rozszerzają się, wprowadzając do organizmu istot żywych w obfitości życiodajne tchnienie, które najwięcej posila te istoty. Z trzewi i żołądka odżywczy sok, oddzielony od resztek pokarmu, przechodzi pewnymi przewodami do wątroby. Przewody te, wiodące bezpośrednio ze śródjelicia aż do bram wątroby (bo tak się to nazywa), stanowią część składową tego organu i są do niego przymocowane. Stamtąd znów... ciągną się inne przewody, którymi pokarm po wyjściu z wątroby podąża dalej. Gdy od tego pokarmu oddzieli się żółć i płyny dobywające się z nerek, reszta przemienia się w krew i spływa ku tym samym bramom wątroby, do których prowadzą wszystkie należące do niej przewody. Minąwszy je pożywka wpada od razu do tak zwanej wzdętej żyły (cava vena), a przez nią z kolei uwarzona już i gotowa, dostaje się do serca. Następnie z serca za pośrednictwem bardzo wielu żył ciągnących się przez wszystkie części ciała rozchodzi się po całym organizmie. Acz bardzo łatwo jest powiedzieć, w jaki sposób resztki pokarmu są wydalane przez kurczenie się i rozszerzanie się kiszek, wszelako trzeba to pominąć, by nie wprowadzić do rozważań rzeczy niemiłych. Chciałbym raczej wyjaśnić inne nadzwyczajne dzieło natury. Oto powietrze, wciągane przy oddychaniu do płuc, rozgrzewa się najpierw przez samo wciąganie, a potem przez zetknięcie się z płucami. Część tego powietrza w czasie wydechu zwracana jest na zewnątrz, a druga część wchodzi do pewnego pomieszczenia w sercu, zwanego komorą sercową. Z tą połączona jest druga podobna komora, do której poprzez ową wzdętą żyłę napływa z wątroby krew. W ten sposób ze wspomnianych tu komór przez żyły rozchodzi się po całym ciele krew, a przez tętnice wędruje powietrze. Tak żyły, jak i tętnice, gęsto i w znacznej liczbie oplatające całe ciało, świadczą o jakiejś niezwykłej naturze tego mistrzowskiego i boskiego dzieła. A cóż mam powiedzieć o kościach? Stanowią one podkład ciała i mają przedziwne złączenia, które zarówno umożliwiają mocne stanie, jak też są przystosowane do zginania członków, do poruszania się i w ogóle do wszelkich czynności ciała. Dodajmy do tego nerwy, które oplatają członki, tworząc rozciągającą się na całe ciało sieć. Podobnie jak żyły i tętnice, biorą one początek i wychodzą ze serca, skąd rozprzestrzeniają się po całym organizmie.

Do tego obrazu tak starannej i tak roztropnej pieczołowitości natury można dodać jeszcze wiele przykładów, z których wyraźnie widać, jak wielkie i jak wyborne dary uzyskali ludzie od bogów. Przede wszystkim więc wzbudzeni z ziemi ludzie otrzymali wysoką i prostą postawę, aby patrząc na niebo mogli przyjść do poznania bogów. Chociaż bowiem stworzeni z ziemi, ludzie nie są zwykłymi jej mieszkańcami, lecz jak gdyby świadkami wezwanymi do oglądania wyższych niebieskich zjawisk, których widok nie dochodzi do żadnego innego rodzaju istot żywych. Zmysły zaś nasze, będące tłumaczami oraz zwiastunami rzeczy, zostały w dziwny sposób przystosowane do odpowiedniego użytku i osadzone w głowie niby w jakiejś twierdzy. Oczy mianowicie, niby zwiadowcy, zajmują najwyższe miejsce i wypełniają swą powinność mając stamtąd rozległy widok. Słusznie zostały umieszczone w wyższych okolicach ciała także nasze uszy, ponieważ obowiązkiem ich jest odbieranie dźwięków, które z natury swej rozchodzą się do góry. Dobrze się stało, że i nos znalazł się wysoko, bo wszelki zapach również unosi się do góry. A że osądy nosa co do potraw i napojów są nader ważne, nie bez przyczyny sąsiaduje on z ustami. Zmysł smaku, którego powinnością jest rozpoznawanie rodzajów pożywienia, ma swe siedlisko w tej części jamy ustnej, którędy natura otwarła drogę pokarmom i napojom. Natomiast zdolność odbierania wrażeń przez dotyk jest równomiernie rozłożona po całym ciele, abyśmy mogli odczuwać wszystkie dotknięcia i wszelki nadmierny przypływ chłodu i ciepła. Jak zaś przy wznoszeniu domów ścieki, które nieuchronnie muszą odprowadzać różne obrzydliwości, umieszczają budowniczowie z dala od oczu i nosów mieszkańców, tak też i w ciele ludzkim podobne rzeczy oddaliła natura od zmysłów.

A jakiż to mistrz prócz natury, która pod względem pomysłowości jest ponad wszystkim, mógłby z taką zręcznością urządzić poszczególne zmysły? Po pierwsze więc osłoniła ona i okryła oczy bardzo cienkimi błonami, które przede wszystkim uczyniła przezroczystymi, by przez nie można było widzieć, a następnie obdarzyła trwałością, by nie ulegały zniszczeniu. Spowodowała też, iż oczy są śliskie i ruchome, aby mogły odwrócić się, gdyby im coś miało zaszkodzić, oraz by łatwo kierowały spojrzenie tam, gdzie tylko będą chciały. Sama źrenica, przy pomocy której widzimy, a która nazywa się również laleczką, jest tak mała, że łatwo unika wszystkiego, co może ją urazić. Powieki zaś, będące osłonami oczu, dotykają ich nadzwyczaj miękko, aby nie uszkodzić źrenic, i są doskonale przysposobione tak do zamykania oczu, aby tam nic nie wpadło, jak i do ich otwierania, przy czym natura postarała się, ażeby to zamykanie i otwieranie mogło następować często i odbywać się z jak największą szybkością. Powieki obwarowane są jak gdyby ogrodzeniem z włosów, które, gdy oczy są otwarte, odpędzają to, co tam wpada, a kiedy oczy są pogrążone we śnie i kiedy nie potrzebujemy ich do patrzenia, jakby otulają je, by spokojnie odpoczywały. Celowe jest i to, że oczy są głęboko osadzone i ze wszystkich stron otoczone wydatnymi częściami twarzy. Bo od góry obwiedzione są brwiami, które odprowadzają na bok spływający z głowy i z czoła pot; od dołu zabezpieczają je położone niżej i nieco wypukłe policzki; nos zaś jest ustawiony tak, iż wygląda niby mur, który przegradza oczy. W przeciwieństwie do oczu uszy są otwarte zawsze, gdyż ze słuchu korzystamy nawet podczas snu: wszak budzimy się, gdy uszy odbiorą jakiś dźwięk. Do środka ucha wiedzie kręta droga, dzięki czemu nic tam się nie dostanie; a byłoby to możliwe, gdyby wspomniana droga była łatwa i prosta. Zresztą jeśliby nawet jakieś malutkie stworzonko usiłowało tam się wcisnąć, natura zatroszczyła się, iżby uwięzło ono, jak w lepie, w usznym woszczku. Na zewnątrz wystają tak zwane muszle uszne, których zadaniem jest ochrona i zabezpieczanie właściwych uszu. Służą one również do tego, by dźwięki, które tam wpadają, nie uchodziły i nie rozpraszały się, zanim będą odebrane przez zmysł słuchu. Wejścia do muszli są twarde, jakby zrogowaciałe i mają wiele zakrętów, ponieważ tego rodzaju właściwości wzmacniają przenoszone dźwięki. Dlatego to przy grze na lutni powstaje odgłos w sporządzonym ze skorupy żółwiowej albo z rogu pudle rezonansowym; dlatego również tam, gdzie są zakręty lub miejsca zamknięte, głos rozlega się donośniej. Podobnie do uszu nozdrza, które ze względu na konieczność ciągłego ich używania są zawsze otwarte, mają wejścia ścieśnione, ażeby nic szkodliwego nie mogło się tam dostać. Stale mamy w nich wilgoć, która jest wielce przydatna do wydalania z nosa kurzu oraz rozlicznych innych zbędnych rzeczy. Znakomicie zabezpieczony jest zmysł smaku. Ma bowiem swą siedzibę w ustach, co jest wygodne tak do korzystania z niego, jak do zachowania go w dobrym stanie. Wszystkie zmysły ludzkie doskonałością swą o wiele przewyższają zmysły zwierząt. Weźmy najpierw oczy. Jeśli chodzi o te dziedziny sztuki, gdzie osąd należy do wzroku, a więc jeżeli chodzi o ocenę dzieł malarstwa, rzeźbiarstwa i snycerstwa, a także ruchów i postawy ciała, oczy ludzkie widzą wiele rzeczy dokładniej. Wydają one sąd również o wdzięku, zestawieniu i — by tak rzec — stosowności barw oraz kształtów, jak też o innych ważniejszych rzeczach. Albowiem rozpoznają tak cnoty, jak przywary, rozróżniają człowieka zagniewanego od życzliwego, uradowanego od strapionego, dzielnego od gnuśnego, śmiałego od lękliwego. Podobnie do tego uszy mają jakąś zadziwiającą, odznaczającą się poczuciem sztuki zdolność wydawania ocen co do bogactwa tonów oraz ich miary i odcieni zarówno w śpiewie, jak w grze na dętych i strunowych instrumentach muzycznych. Rozróżniają one nader liczne odmiany głosu, na przykład głos czysty

i chrapliwy, łagodny i ostry, niski i wysoki, miękki i twardy, przy czym wszystkie takie osądy mogą pochodzić jedynie od uszu ludzkich. Istotne znaczenie mają też rozpoznania dokonywane przez zmysły powonienia, smaku i dotyku. Dla wykorzystania tych zmysłów oraz przyczynienia im przyjemności wynaleziono nawet więcej sztuk, niżbym sobie życzył; jest bowiem rzeczą dobrze znaną, jak daleko posunięto się w przygotowywaniu wonnych olejków, przyprawianiu potraw i rozpieszczaniu ciała.

Otóż więc każdy, kto nie widzi, że dusza człowieka, jego myśl, rozum, mądrość i roztropność są dziełem boskiej opatrzności, wydaje mi się sam pozbawiony tego wszystkiego. Gdy mówię o tych przymiotach człowieka, chciałbym mieć taki jak twój, Kotto, dar wymowy. Bo jakże pięknie ty byś to przedstawił! Najpierw byś wykazał, jak wielką mamy zdolność pojmowania, następnie byś opowiedział, jak potrafimy łączyć i kojarzyć skutki z ich przyczynami — oczywiście po to, aby ustalić, co z czego wynika; dalej wyjaśniłbyś, jak wyciągamy z tego wnioski i określiwszy poszczególne rzeczy odrębnie je opisujemy. Wszystko to ukazuje nam, na czym polega znaczenie i istota wiedzy, od której nawet w bóstwie nie ma nic doskonalszego. A jakże ważne jest to, co wy akademicy odrzucacie i czego nie uznajecie — iż mianowicie przy pomocy zmysłów i rozumu możemy pojąć i poznać to, co znajduje się poza nami! Przecież zestawiając i porównując ze sobą uzyskane wiadomości tworzymy sztuki niezbędne częściowo do zaspokajania naszych potrzeb życiowych, a częściowo do przyjemności. Mamy oto sztukę wymowy — wszechwładną panią, jak wy ją zwykle nazywacie. Jakże wspaniała i boska to rzecz! Przede wszystkim zawdzięczamy jej, że możemy nauczyć się tego, czego nie znamy, a to, co już umiemy, jesteśmy w stanie przekazać innym ludziom. Następnie przy jej to pomocy zachęcamy i przekonywamy, pocieszamy strapionych i dodajemy otuchy przestraszonym, powściągamy nieumiarkowanych, uśmierzamy żądze i gasimy popędliwości. Ona to złączyła nas więzią prawa, ustaw i wspólnot miejskich, ona wywiodła nas z dzikiego, zwierzęcego życia. Lecz jeśli dokładnie nie rozważymy, trudno uwierzyć, jak złożonego dzieła dokonała natura, aby nam umożliwić mowę. Najprzód więc przewód oddechowy, który ciągnie się od samych płuc aż do wnętrza jamy ustnej, przejmuje i wydaje mający swe źródło w umyśle ludzkim głos. Następnie język, umieszczony w ustach poza zębami, urabia i kształtuje ten nieokreślony dotąd głos oraz dotykając zębów i innych części jamy ustnej tworzy oddzielne i wyraźne głoski. Dlatego właśnie zwolennicy nasi zwykli porównywać język do metalowej pałeczki, zęby do strun, a nos do próżnego pudła, które w czasie gry odbija dźwięki strun.

A jakże zręczne ręce dała człowiekowi natura! Jak pomocne są one do wykonywania różnych prac! Ponieważ stawy dłoni są gibkie, przez co człony jej mogą poruszać się bez jakichkolwiek trudności, łatwe jest tak zginanie, jak i prostowanie palców. Dzięki możności poruszania palcami ręka zdolna jest do malowania, rzeźbienia i rycia, do wydobywania tonów ze strun i fletu. Aczkolwiek tutaj ma ona na celu dostarczanie nam przyjemności, to jednak wykonywa też czynności, które służą zaspokajaniu niezbędnych potrzeb. Mam na myśli uprawę roli, budowę domów, tkanie i szycie odzieży dla okrywania ciała oraz wyrób wszelakich rzeczy z brązu i żelaza. Stąd wynika, że wszystkie nasze osiągnięcia zawdzięczamy temu, iż ludzie pracy rękami swoimi wprowadzają w czyn wynalazki naszego umysłu, wykorzystując wiadomości otrzymane za pośrednictwem zmysłów. Ręce to dostarczają nam schronienia, odzieży i środków obrony; one sprawiają, że mamy miasta, mury, domy i świątynie. Praca ludzka, to jest ręce zapewniają nam również obfitość różnorakiego pożywienia. Bo wszak to dzięki użyciu rąk pola wydają wiele płodów, które bądź to spożywamy od razu, bądź przechowujemy na później. Poza tym odżywiamy się zwierzętami żyjącymi na ziemi i w wodzie oraz ptactwem, które to stworzenia albo łapiemy sobie, albo hodujemy sami. Przez oswojenie zdobywamy również zwierzęta pociągowe, których chyżość i siła przydaje i nam chyżości i siły. Na jedne z nich ładujemy ciężary, na drugie zaś wkładamy jarzma. Na pożytek nasz obracamy wielką zmyślność słoni i znakomity węch psów. Z wnętrza ziemi dobywamy niezbędne do uprawiania pól żelazo i wynajdujemy głęboko ukryte żyły miedzi, srebra i złota, które to metale zarówno przydatne są do użytku praktycznego, jak i nadają się do sporządzania ozdób. Ścinamy różne drzewa, tak pielęgnowane przez nas, jak też dziko rosnące, i wykorzystujemy je częścią przez rozniecanie ognia do ogrzewania i do gotowania potraw, częścią zaś do budowy, aby pod osłoną domów łatwiej znosić chłody i upały. Wielki pożytek osiągamy również budując z drzewa statki: uprawiamy na nich żeglugę i zewsząd sprowadzamy niezbędne do życia zasoby. Tylko my ludzie potrafimy dzięki znajomości żeglarstwa opanowywać najgwałtowniejsze żywioły, jakie stworzyła natura, to jest morze i wiatr, tudzież użytkować i ciągnąć korzyść z mnóstwa znajdujących się w morzu rzeczy. Jesteśmy także panami wszystkich pożytecznych rzeczy na lądzie: wykorzystujemy równiny i góry, nasze są potoki i jeziora, my siejemy zboża i sadzimy drzewa, my podnosimy urodzajność ziemi doprowadzając do niej wodę, my tamujemy, regulujemy i kierujemy w inną stronę rzeki. Słowem, rękami naszymi usiłujemy stworzyć w świecie jakby drugi świat. Ale co mówię? Czyż rozum ludzki nie sięgnął aż do nieba? Wszak myśmy jedni spośród żywych istot zbadali czas wschodu i zachodu oraz drogi ciał niebieskich; tylko ludzie zdołali ustalić długość dnia, miesiąca i roku, poznać istotę zaćmień słońca i księżyca oraz dla całej przyszłości oznaczyć, które z tych zaćmień nastąpi, jak wielkie będzie i kiedy się zdarzy. Przypatrując się temu dochodzimy do poznania bogów, z czego rodzi się pobożność. Z nią zaś wiąże się sprawiedliwość oraz inne cnoty, przez które życie staje się szczęśliwym. Jest ono podobne do życia bogów i niemal temu życiu dorównywa, gdyż ustępujemy niebianom jedynie pod względem nieśmiertelności, która jednak do szczęśliwego życia nie jest potrzebna.

Zdaje mi się, że przedstawiwszy te rzeczy, wystarczająco już dowiodłem, o ile natura ludzka przewyższa wszystkie ożywione istoty. Z tego powinno się wnioskować, iż ani postać ludzka, ani układ członków ciała, ani tak wielka moc rozumu i myśli ludzkiej nie mogły być dziełem przypadku. By raz wreszcie zakończyć, pozostaje jeszcze wykazać, że wszystko, co znajduje się na tym świecie i z czego korzystają ludzie, zostało stworzone i przygotowane właśnie dla ludzi. Najpierw więc sam świat stworzony jest dla bogów i ludzi; wszystko zaś, co się w nim znajduje, zostało wynalezione i przygotowane na pożytek ludzki. Świat mianowicie jest jak gdyby wspólnym domem bogów i ludzi lub też wspólnym miastem jednych i drugich; bo tylko istoty obdarzone rozumem żyją podług prawa i przepisów ustawy. Jak więc trzeba przyjmować, że Ateny i Lacedemon założone zostały dla Ateńczyków i Lacedemończyków i że wszystko, co znajduje się w tych miastach, słusznie uważane jest za własność tych ludów, tak też należy poczytywać, iż wszystko, co znajduje się w obrębie świata, jest własnością bogów i ludzi. A zatem, choć krążenie słońca, księżyca i innych ciał niebieskich, dotyczy całego świata, to jednak jest wspaniałym widowiskiem także dla rodzaju ludzkiego. Przecież żaden inny widok nie jest bardziej pociągający, piękniejszy, więcej sprzyjający rozmyślaniom i rozwojowi ludzkiej roztropności! Przecież oznaczając drogi tych ciał niebieskich rozpoznaliśmy, od czego zależą zmiany pór roku i ich kolejne po sobie przychodzenie! Jeśli zaś jest to znane tylko ludziom, należy sądzić, że zostało stworzone dla ludzi. A ziemia, tak obfitująca w owoce i wszelkiego rodzaju warzywa, tak bardzo hojnie ich dostarczająca — rodzi to wszystko dla zwierząt czy dla ludzi? Cóż mam tu powiedzieć o winoroślach i drzewach oliwnych, których nieprzebrane a nader przyjemne owoce zgoła nie są przeznaczone dla zwierząt? Bo zwierzęta wcale nie umieją ani sadzić i pielęgnować roślin, ani zdejmować i zbierać o właściwej porze owoców, ani składać ich i przechowywać na okres późniejszy. Z tych wszystkich rzeczy korzysta tylko człowiek i tylko on troszczy się o nie. Jak tedy musimy się zgodzić, że lutnie i flety przeznaczone są dla tych, którzy umieją na nich grać, tak też należy przyznać, iż rzeczy, o jakich mówiłem, stworzone są wyłącznie dla tych, co z nich korzystają. Jeśli nawet jakieś zwierzęta coś z tego kradną albo porywają, to przecież nie powiemy, że się to dla nich urodziło. Ludzie przechowują zboże bynajmniej nie dla myszy czy mrówek, lecz dla swoich żon, dzieci i innych domowników. Jakem powiedział więc, zwierzęta korzystają z tego ukradkiem, właściciele zaś otwarcie i swobodnie. Musimy zatem przyznać, że wszystkie te zasoby istnieją dla dobra człowieka. A może jednak zrodzą się w nas wątpliwości, czy tylko dla ludzi przeznaczyła natura tak wielką obfitość najrozmaitszych płodów o tak przyjemnym smaku, zapachu i wyglądzie? Lecz pogląd, iż te rzeczy zostały stworzone także ze względu na zwierzęta, odrzucimy jak najdalej, jeśli uświadomimy sobie, że same zwierzęta istnieją dla dobra ludzkiego. Czy owce przynoszą jakiś inny pożytek prócz tego, że ludzie przędą i tkają ich wełnę, z której przygotowują sobie odzież? Nawet nie mogłyby one ani zdobyć sobie pokarmu, ani utrzymać się przy życiu, ani dawać jakiejś korzyści bez opieki i starań ze strony człowieka. A czyż tak wierne stróżowanie psów, ich tak pełne oddania łaszenie się do swoich panów, tak wielka nieprzyjaźń dla obcych ludzi, tak nadzwyczajnie przydatny do tropienia węch i tak niezwykła zwinność w polowaniu dowodzi czegoś innego, jak nie tego, że istnieją one dla wygody człowieka? Cóż powiem o wołach? Już sama budowa ich grzbietów wskazuje, że nie nadają się one do dźwigania ciężarów; przeciwnie, karki ich przeznaczone są do jarzma, a silne i szerokie barki do ciągnienia pługów. Ponieważ tnąc pługami glebę uprawiają one ziemię, nigdy im —jak mówią poeci— w owym złotym wieku nie zadawano żadnych gwałtów:

Aż oto żelazne plemię zjawiło się z nagła na świecie,
Co pierwsze miało odwagę ukuć miecz morderczy
I zabić wołu młodego, by spożyć jego mięsiwo.

 

Poprzednio jednak oddawane przez woły usługi ceniono tak dalece, że zjadanie ich mięsa poczytywano za występek. Długo można by rozwodzić się nad użytecznością mułów i osłów, które niewątpliwie stworzone są do służby człowiekowi. A jakaż korzyść oprócz jadalnego mięsa daje świnia? Jak mówi Chryzyp, nawet duszę otrzymała ona w postaci soli, żeby się nie psuła. Ponieważ zaś zwierzę to tak bardzo nadaje się na pokarm dla ludzi, natura obdarzyła je największą rozrodczością. Cóż z kolei mam powiedzieć o mnóstwie wdzięcznych ryb i ptaków, które dostarczają nam tak wielkich rozkoszy, iż niekiedy Pronoja, czyli Opatrzność nasza wygląda całkiem po epikurejsku? Także i one nie byłby łapane i wykorzystywane, gdyby nie rozum i przemyślność ludzka. Jeśli chodzi zresztą o pewne ptaki — zarówno te, które nasi augurowie nazywają alites, to jest przepowiadającymi przyszłość swym lotem, jak i te, które noszą nazwę oscines, to jest oznajmiających przyszłość śpiewem — uważamy, że zostały stworzone gwoli wróżenia. Wielkie i dzikie zwierzęta zdobywamy w drodze polowań. Mamy tutaj na celu z jednej strony uzyskiwanie pożywienia, a z drugiej strony ćwiczenie się na polowaniu, gdyż przypomina ono sztukę wojenną. Niektóre pojmane zwierzęta, na przykład słonie, oswajamy, zaprawiamy je do pewnych czynności oraz korzystamy z ich usług. Podobnie jak z pewnych korzeni i ziół, których użyteczność poznaliśmy przez długotrwałe stosowanie i przeprowadzanie doświadczeń, także i z ciał upolowanych zwierząt otrzymujemy wiele środków pomocnych na choroby i rany. A teraz zechciejmy umysłem naszym ogarnąć niby wzrokiem całą ziemię i wszystkie morza. Oto dostrzeżemy ogromne przestrzenie urodzajnych pól, dostatnio przyodziane góry, piękne pastwiska dla bydła i odznaczającą się niewiarygodną szybkością żeglugę morską. Lecz mnóstwo pożytecznych rzeczy mamy nie tylko na powierzchni ziemi: kryją się one także w najgłębszym jej wnętrzu, a wszystkie są stworzone na użytek ludzi i wyłącznie ludzie je odkrywają. Jak najmocniejszym dowodem potwierdzającym to, że opatrzność bogów otacza swoją pieczą sprawy ludzkie, wydaje mi się też wróżbiarstwo.

Lecz każdy z was dwu uchwyci się tego zapewne, by mnie zganić: ty, Kotto, dlatego, że Karneades chętnie napadał za to na stoików; a ty, Wellejuszu, dlatego, że Epikur nic tak nie wyśmiewa, jak przepowiadania przyszłości. A jednak dar wróżenia istnieje rzeczywiście. Okazuje się to na mnóstwie przykładów w różnych miejscach i w różnych czasach, dotyczy zaś tak spraw prywatnych, jak zwłaszcza publicznych. Wiele rzeczy poznają haruspicy, wiele przewidują augurzy, wiele objawiają wyrocznie, wiele przepowiadają natchnieni wieszczbiarze, wiele zwiastują sny i dziwne zjawiska. Dzięki ich rozpoznawaniu liczne sprawy wzięły częstokroć obrót zgodny z życzeniem ludzi i wyszły na ich korzyść. Dzięki wróżbiarstwu odwrócono też wiele niebezpieczeństw. Otóż tę zdolność poznawania rzeczy przyszłych, czy to nazwiemy ją mocą, czy sztuką, czy przyrodzoną właściwością, dali bogowie nieśmiertelni oczywiście tylko człowiekowi, nie udzielając jej żadnej innej prócz niego istocie.

Jeśli te rzeczy wzięte z osobna nie robią na was większego wrażenia, to na pewno powinny były oddziałać wzięte razem, jako ściśle powiązane i połączone w jedną całość.

Jednakowoż bogowie nieśmiertelni zwykli otaczać swą pieczą i troską nie tylko cały rodzaj ludzki, lecz także poszczególne osoby. Zechciejcie, proszę, najpierw potraktować rodzaj ludzki jako całość, a potem przechodzić stopniowo do mniejszych grup i do poszczególnych jednostek. Otóż, jeśli ze względu na wyżej wskazane przeze mnie powody przyjmujemy, że bogowie troszczą się o wszystkich ludzi, gdziekolwiek się oni znajdują, choćby nawet zamieszkiwali krainy i okolice najbardziej oddalone od tej zajmowanej przez nas ziemi — to zarazem uznajemy, że bogowie opiekują się także i tymi ludźmi, którzy z nami włącznie mieszkają na tym globie ziemskim od wschodnich do zachodnich jego krańców. Jeżeli dalej troszczą się o wszystkich mieszkańców tej niby wielkiej wyspy, jak nazywamy naszą kulę ziemską, to przez to samo mają pieczę również nad mieszkańcami zajmującymi części tej wyspy, a więc Europę, Azję i Afrykę. Zatem kochają też i mniejsze ich cząstki, jak Rzym, Ateny, Spartę, Rodos. Oddzielnie zaś od całości tych miast kochają poszczególnych ich mieszkańców. Na przykład w czasie wojny z Pirrusem okazywali swą przychylność Kuriuszowi, Fabrycjuszowi i Korunkaniuszowi, w czasie pierwszej wojny punickiej — Kalatynusowi, Duelliuszowi, Metellusowi i Lutacjuszowi, w czasie drugiej wojny punickiej — Maksymusowi, Marcellusowi i Afrykańczykowi, potem — Paulusowi, Grakchusowi i Katonowi, a za pamięci naszych ojców — Scypionowi i Leliuszowi. Prócz tych osób zarówno nasze państwo, jak i Grecja wydały innych niepospolitych ludzi, z których żaden — trzeba to przyznać — nie mógłby się wybić inaczej niż z pomocą bogów. Okoliczność ta skłoniła poetów, a zwłaszcza Homera, do tego, że głównym bohaterom swoim, jak Ulissesowi, Diomedesowi, Agamemnonowi i Achillesowi, przydał pewnych bogów jako współuczestników niebezpiecznych przygód. Poza tym częste objawianie się samych bogów, o czym już wyżej wspominałem, dowodzi, że dbają oni tak o całe państwa, jak i o pojedynczych ludzi. Wynika to również ze znaków zapowiadających przyszłe zdarzenia, które to znaki otrzymujemy bądź we śnie, bądź na jawie. Wiele ostrzeżeń odbieramy też w postaci niezwykłych zjawisk, w postaci wskazówek zawartych w trzewiach zwierząt ofiarnych oraz w postaci różnych innych rzeczy, przy czym długotrwałe doświadczenie ustaliło to wszystko tak dokładnie, iż powstała stąd sztuka wróżenia. A zatem nikt nie został nigdy wielkim człowiekiem bez pewnego natchnienia boskiego. I owszem, nie można zaprzeczyć, iż jeśli burza zniszczy komuś zasiewy lub winnice albo jeśli nieszczęśliwy wypadek pozbawi kogoś wygód życiowych, uważamy, że dotknięty którąś z tych przypadłości człowiek jest już to znienawidzony, już to zaniedbany przez bogów. Bo bóstwa troszczą się o rzeczy wielkie, a małymi się nie przejmują. Zresztą wielcy ludzie zawsze i wszystko mają za pomyślne. Zarówno nasi zwolennicy, jak i twórca filozofii Sokrates dostatecznie to wyjaśnili, gdy wskazali obfitość prowadzących poprzez cnotę środków do szczęścia. Otóż i prawie wszystko, co o naturze bogów przyszło mi na myśl i co uważałem za godne powiedzenia. Ty zaś, Kotto, jeżeli zechcesz mnie posłuchać, broń tej samej sprawy, pamiętając, że jesteś najpierwszym obywatelem i najwyższym kapłanem. A ponieważ w czasie dyskusji wolno wam przemawiać za obydwu stronami, obierz raczej moją stronę i raczej tutaj wykorzystaj tę zdolność rozprawiania, jaką zdobyłeś przez ćwiczenia retoryczne, a pogłębiłeś w Akademii. Bo zły to i bezbożny zwyczaj — występowanie przeciw bogom, niezależnie od tego, czy robimy to szczerze, czy tylko udajemy.