V. istnienie i wydarzanie się. Manifestacje bogów

Total votes: 5294

Walter Friedrich Otto

przeł. Kamil M. Kaczmarek

1

Z ideą istnienia bogów ściśle związana jest ta dotycząca sposobu i trybu w jaki wpływają na ludzkie życie. Również ona nie została nigdy sformułowana dogmatycznie, ale jest wyraźnie dostrzegalna we wszystkich relacjach o bogach, którzy zamanifestowani się poprzez ludzi. To podstawowa idea, której grecka religia nigdy nie utraciła. Od okresu Oświecenia niektóre z jej manifestacji mogą jawić się jako dziwne i niestosowne, ale na jej centralne znaczenie krytycyzm nie miał nigdy wpływu. Nawet dziś jej prawdziwość się potwierdza; gdyż, wolna od konceptualizmu, uznaje jedynie żywe doświadczenie obecności bóstwa w tym świecie, nie zapominając o ludzkiej wolności albo regularności i przewidywalności zdarzeń. Przepojona tą ideą grecka wiara stanowi najświetniejszy przykład całkowicie niedogmatycznej religii, która nie przeciwstawia się ludzkiemu doświadczeniu a jednak przenika i obejmuje całą egzystencję. Jej największym i najczystszym świadkiem jest świat, o którym uświadamiają nas Homeryckie poematy. Ciągle jeszcze jest tak bardzo żywy, że nie wymaga nigdzie usprawiedliwienia.

Nie ma większej pomyłki niż uważać, że przebudzenie krytycyzmu zakłada wzrost powagi i pogłębienie religijnej świadomości. Intelekt może utwierdzić roszczenia wiary jedynie wówczas, gdy ta zaczyna się chwiać; to zachwianie jest zjawiskiem, które może nigdy nie zostać wyjaśnione, ale można je tylko wskazać, prze obraz wycofywania się boskiej obecności. Ale świat Homera znajduje się ciągle pod urokiem boskiej obecności.

Doniosłość, jaką boska działalność posiada dla tego świata, która jest wszystkim tylko nie podłą czy małostkową, nie ma paraleli. Każdy stan, każda zdolność, każdy nastrój, każda myśl, każdy czyn i doświadczenie są odzwierciedlone w bóstwie. Cokolwiek poeta mógłby opisywać, nie może się jawić ważne bez użycia imienia boga czy bóstwa w ogóle. Ta stała pamięć o bóstwie, ta ciągła wrażliwość na niebiańską obecność musi wywierać głębokie wrażenie nawet na tego, któremu religia Homerycka jest obca. Nawet choć w wielu przypadkach odwołanie do bogów stało się zwykłą formułą, dowodzi mimo to żywej emocji; i pozostaje to prawą, że nie ma innej koncepcji świata, w które ziemskie i ludzkie istnienie jest tak wypełnione obecnością człowieka, żadne społeczeństwo (chyba że jest to ciało religijne), nie powzięło myśli o bóstwie z takim przywiązaniem i czcią w każdym momencie swego istnienia.

I nasze zdziwienie tą pobożnością, która przenika wszelkie doświadczenia wzrasta w miarę, jak zaczynamy rozumieć jej charakter. Im głębiej sięga nasze zrozumienie, tym bardziej zniechęcony musi stawać się nasz krytycyzm. Tak dzieje się z wszelkimi złożonymi konfiguracjami, które zrodzone są z pełni doświadczenia i niosą swe usprawiedliwienie jedynie w sobie samych. Ta żywa wymowność ich struktury sam odrzuca obcą miarę. Czy znaczenie to jest nam bliskie czy obce, musimy je pozostawić takie, jakie jest. I w rzeczy samej w ludziach naszego czasu rzadko można znaleźć reakcję czy odpowiedź. W religii bowiem szukamy innego i tajemniczego świata, podczas najbardziej podstawową cechą greckiej jest to, że kojarzy pełne czci uznanie z przenikliwą obserwacją rzeczywistości. Jej boskość ani nie jest usprawiedliwiającym wyjaśnieniem naturalnego biegu świata ani jego przerwaniem czy naruszeniem; sama jest naturalnym biegiem świata.

2

Bogowie, których duch dostrzegalny jest w każdym zdarzeniu działają częściowo indywidualnie i niezależnie od siebie a częściowo w związkach jako jedność. Oba sposoby posiadają równie wielkie znaczenie. Ich wola, w rzeczy samej, czasami powoduje rozdział w sprawach ziemskich; ale to jedynie odzwierciedla wielość i sprzeczność bytu, który działającemu człowiekowi musi jawić się tym bardziej nie do uzgodnienia [unappeasable] im żywsze i bogatsze jest jego doświadczenie. Bezwzględne dochodzenie praw osobistych może uczynić to boskie rozbicie nie do zniesienia. Ale czynnik osobisty nie był wystarczająco ważny dla greckiej myśli, by zmusić ją do myślenia o różnicach i sprzecznościach w ludzkich sprawach jako o zazdrosnej walce o władzę i prestiż. Sprzeczności miedzy bogami są zasadniczo analogiczne do napięć, które trwają między żywiołami świata a ich osobowości nie były skłonne by szczególnie podkreślać te napięcia. Mityczna koncepcja rodziny pod przywódctwem królewskiego ojca dopuszcza istnienie napięć a jedna w tym samym czasie dostarcza symbolicznego obrazu harmonii. Harmonia staje się jednością w osobie Zeusa, który nie tylko stoi ponad bogami jako najwyższa władza i kieruje wielkim przeznaczeniem zgodnie ze swą wolą, ale jawi się także jako wyraziciel boskiej władzy w ogóle, tak że to on jest tym, który jest skuteczny we wszystkim i do którego wszystkie modlitwy są zanoszone. Powinniśmy jeszcze napotkać tę wielkość Zeusa, która staje się nieskończona i uchodzi za niewyobrażalną; tutaj musimy powziąć myśl o innej i nie mniej znaczącej ogólnej koncepcji boskości, w której boskość, jako majestatyczna istota, jest całkowicie i bez wyjątku przeciwstawiona człowiekowi.

W wielu przypadkach Homer (i oczywiście późniejszy Hellenizm) przypisuje ważne wydarzenia namowom „bogów” w ogóle (theoi) albo „bogu” (theos). To drugie wyrażenie nie zakłada w ogóle określonej osobowości w monoteistycznym sensie, ale raczej niesie to samo znaczenia jak pierwsze – jedność boskiego świata jak ona sama się ogłasza, pomimo jej różnorodnych manifestacji, żywym wrażliwościom. Kiedy Diomedes ostro karci Agamemnona za jego radę by zaprzestać wojny, i za siebie i Steneusa składa uroczyste zapewnienie, że oni w każdym razie walczyli by do końca, ponieważ jak „Sam bóg (theos) nas tutaj sprowadził” [Il. 9,49], przemawia w zaufaniu do wyższego świata, który stoi ponad człowiekiem. To właście poeta w Odysei ma na myśli, kiedy powiada, że rzecz dokonała się „nie bez boga”. Ponieważ „bóg” jest w nim, Hektor miał przewagę, a Menelaos mógł unikać go bez wstydu. Kiedy żaden z greckich bohaterów nie odpowiedział na wyzwanie Hektora, Menelaos deklaruje, że mógłby spróbować walczyć, ale „losy zwycięstwa dla ludzi wieczni trzymają bogowie” [Il. 7,102]. Hektor wie, że nie jest równy Achillesowi, „ale” powiada „to wszystko, co będzie, na bogów kolanach spoczywa. Może ja właśnie, choć gorszy, w spotkaniu wyszarpnę ci duszę ciosem oszczepu” [Il. 20,435]. A po swej klęsce słyszy z ust zwycięzcy, „Oto sprawili bogowie, żem tego męża pokonał” [Il.22,379]. Gdy Hektor uświadamia sobie podstęp Ateny, on sam czuje, że „mnie bogowie na śmierć wzywają” [Il. 22,279]. Do skruszonej Heleny Priam powiada z uczuciem „W tobie ja winy nie widzę, gdyż winni są tylko bogowie, oni tę wojnę Achajów obfitą w łzy nam zesłali” [Il.3,164n]. Dla Agamemnona upadek miasta Priama zależy od tego, czy „łaskawi bogowie miasto […] zdobyć pozwolą” [Il. 9,134], tak jak na początku Iliady Chryzes wyraża życzenie „Niechże wam dadzą bogowie, mieszkańcy pałaców Olimpu, zburzyć Pryjama gród oraz w zdrowiu do domów powrócić” [Il. 1,18].

W Odysei wezwanie „boga” (theos) jest częste. Z nabożną bojaźnią Telemach pozbywa się myśli wysłania matki z domu: „niech tego bóg nie dopuści” [Odys. 20,344]. O wiernym słudze, który kocha swą matkę, Eumaeus powiada, że pracuje pilnie trudząc się „pod błogosławieństwem bożym” [Odys. 14,64]. Przy ofiarnym posiłku Eumaeus powiada z pobożnym oddaniem „Bóg daje, bóg bierze, jak w swym sercu zapragnie: wszystko w jego mocy” [Odys.14,444]. Nie wszystkim ludziom, powiada Odyseusz do Euryalosa, „bogowie” dali rosłą postawę i bystrość ducha; ktoś może posiadać nieatrakcyjny wygląd, ale „bóg” przydał czaru jego słowo,. „Bóg zawsze podobne łączy z podobnym” [Od. 17,216], kpi Melantios, kiedy widzi Odyseusza w ubraniu żebraka w towarzystwie pasterza świń. Bardzo charakterystyczna jest skarga Odyseusza do Ateny: przez całą wojnę przeciw Troi, zawsze był świadomy jej bliskości; ale od chwili, gdy „bóg” rozproszył Achajów, on nie otrzymywał już żadnego znaku od bogini [Od.13,317]. Kiedy Euryklea rozpoznaje Odyseusza po starej bliźnie rozkazuje jej grożąc, by nic nie mówiła o odkryciu, które „bóg” jej dał; inaczej nie może liczyć na miłosierdzie, gdy „bóg” zgładzi zalotników jego ręką. A kiedy mimo to długo upragniona chwila wzbudza w starej kobiecie pragnienie zemsty, on hamuje ją, znów nakazując milczenie, i nakazuje zostawić resztę „bogom”. Kłopoty i smutek spadają na człowieka „z woli bogów” [Od. 7,214]. Oni dają i odmawiają: „bogowie” nie dali Helenie więcej dzieci po jej powrocie [Od.4,12]. „Łatwo panom niebios szerokich uświetnić człowieka albo oszpecić” [Od.16,211].

Jedność niebiańskiej władzy staje się całkiem oczywista, gdy, jak to często w Odysei, „bogowie” działają jako moc losu a ich działanie wyrażone jest słowem, które właściwie oznacza przędzenie nici przeznaczenia (epiklotho). O tym powinniśmy powiedzieć później. O Odyseuszu powiedziane jest, że „bogowie” określili rok, w którym powinien powrócić do domu [1.17]; to „bogowie” skazują człowieka na zagładę i im przypada wyznaczenie wszelkiego rodzaju cierpienia. To bogowie również utwierdzają proste prawa natury. Penelopa bardzo pragnie słyszeć więcej od obcego, w którym jeszcze nie rozpoznała swego męża, „niepodobna być ludziom zawsze bez snu, każdemu jego część dali nieśmiertelni na tej ziemi zbożorodnej” [19,592].

Poszczególni bogowie zachowują swą osobliwość a napięcie między nimi trwa. Oni są światem, a świat jest wieloraki. A jednak człowiek wie o jedności boskości. Wie o niej, ale nie może już uchwycić jej na drodze przedstawienia. Nie jest ona już formą. Ale z tego właśnie powodu, że przekracza przedstawienie, idee moralne mogą być jej przypisane.

3

Gdzie i jak bogowie wpływają na ziemską egzystencję? Pytanie to zawsze zakłada inne: co może człowiek albo czy działa sam z siebie? Każda idea funkcji bóstwa dotyczy w tym stopniu człowieka, awersu określonej psychologii i myśli ludu o jego bogach nie mogą być zrozumiane bez zrozumienia tego, co myśli on o człowieku. To nie tak, że najpierw pojawiła się samowiedza człowieka a następnie wiedza o bóstwie. Żaden pogląd nie mógłby być bardziej przewrotny. Ale błędem jest również umieszczać świadomość bóstwa jako pierwszą, przed samoświadomością. Jedno nie istnieje bez drugiego. W pobożnym doświadczeniu obie obecne są jednocześnie i są tym samym.

Człowiek zawsze był świadomy, że nie może być w pełni odpowiedzialny za swe decyzje i czyny, dobre czy złe. Wypadki w zewnętrznym świecie w sposób oczywisty determinują jego cele i działania a często zmuszają go do czynów, z których by chętnie zrezygnował. A w nim samym również wiele się dzieje, dobroczynnego czy złowrogiego, ku jego własnemu zaskoczeniu, by nie być świadomy konieczności woli czy siły.

Greckie odczuwanie życia było tego rodzaju, że w każdym z tych punktów odczuwał boską obecność. Ale to stwierdzenie nie jest wystarczająco dobitne. Mogłoby się wydawać, jakby to, co boskie pojawiało mu się jedynie tam, gdzie my także moglibyśmy być zaskoczeni i zatrwożeni przez coś cudownego – nagłe niezrozumiałe wydarzenia albo dziwne myśli czy uczucia, które jakby nas napadały. Grek także odczuwa, że to, co wybiera i czyni w pełnej świadomości jest czymś mu danym, a jego świadomość dotyka boskości nawet gdy myśli o niczym innym niż znajomej regularności zdarzeń czy o naszym własnym sprycie czy zdolności. A mimo to człowiek nie jest jedynie narzędziem bogów, jego doświadczenie nie jest zwykłym polem ich gry. On sam jest czymś, i jego działania go wymagają. Aktywna ruchliwość człowieka spotyka się z cudem zaczarowanego świata, który zaczarowuje go także. Pełnia świata i pełnia człowieka obecne są jednocześnie. Nie można dać odpowiedzi na pytanie gdzie kończy się człowiek a zaczyna bóstwo, ponieważ wiara zakorzeniona jest w doświadczeniu, że jedno zawiera w sobie drugie a oba się pokrywają. W miejsce pojęciowego sformułowania stoi tu wyobrażenie wydarzeni, które poznamy niżej.

Grecki obraz bosko-ludzkiego działania kontrastuje znacząco z znajomym nam poglądem. Boskie bóstwo nie oddziałuje z zaświatów na wnętrze człowieka, na jego duszę, która jest z nim powiązana w jakiś tajemniczy sposób. Bóstwo jest jednym ze światem i dosięga człowieka z rzeczy świata jeśli jest on na drodze i uczestniczy w wielorakim życiu świata. To nie poprzez zwrócenie się do wewnątrz człowiek doświadcza bóstwa, ale przez działanie na zewnątrz, chwytanie, działanie. Człowiekowi który jest aktywny i występujący z inicjatywą bóstwo ukazuje się bezpośrednio, czy ułatwiając, utrudniając czy komplikując. Bóstwo spogląda na rozpalonego kochanka oczami piękna z ich palącym żarem, a tarapaty w które się zamotał są tak samo dziełem bóstwa jak jego samego. W rzeczy samej, w większej mierze bóstwa. I tak wraz z ludzką pewnością siebie w wielkich osiągnięciach, jego samopotępienie w wątpliwych jest odrzucone. Dla nas pogoda z jaką bóstwo jest tutaj uczynione odpowiedzialnym za jakąś wielką niesprawiedliwość, jest niezrozumiała. Helena, która opuściła z kochankiem męża i dziecko i przyniosła nieopisaną niedolę na dwa ludu, w rzeczy samej wyrzuca sobie gorzko, ale prawdziwa wina przypisana jest Afrodycia, a Helen pozostaje tak wielką kobietą, jak była.

W tym przejawie greckiej wiary ktoś, kto jest jej daleki, widzi profanację bóstwa a jednocześnie poważne zagrożenie dla moralności. Jakaż to zachęta do grzechu, jeśli odpowiedzialność może być przeniesiona na bogów! Ale musi rozważyć, że to jedynie później, kiedy wiara zaczynała przemijać, pojawiła się okazja by narzekać na frywolność i niemoralność. Gdy bardziej skoncentrujemy się na kwestii odpowiedzialności rozpoznamy pogląd, który niewątpliwie różni się znacząco od naszego, jednak nie dlatego, że jest mniej poważny. Nic nie sugeruje, że człowiek nie musi dźwigać konsekwencji swych złych działań. Przeciwnie; dopadają go one z bezwzględnością, która nas przeraża. Tragedia, która zaczerpnęła ten temat ze starożytnej epiki jest pełna takich zatrważających konsekwencji. To właśnie tragedia oznacza: nie ma ucieczki, a dobre intencje nie są kwestionowane. To co się wydarzyło musi działać swym torem. Żadna skrucha, żadne upokorzenie się przed bogiem nie może temu biegowi zapobiec. Ale w zamian wyrzuty sumienia utraciły swe zatrute zęby. Czy też czyn był dobry czy zły, czy człowiek może chwalić lub winić siebie za niego, w żadnym wypadku nie może wierzyć, że doprowadził do niego sam, że on sam ucieleśnia suwerenną wolę, której dobroć lub zło odpowiada za jego czyn i jego zaniedbanie. Przekroczenie jest nie bardziej przebaczone niż jego konsekwencje uchylone. Ale uczucie nikczemności nie ma dostępu. Sprawca nie posiada tego rodzaju pokory, przyjmuje całkowite brzemię winy, ale raczej tego rodzaju, która odmawia postrzegania siebie samego jako jedynego autora tego, co się wydarzyło. Stąd może pozostać wielkim i dumnym, nawet w swym upadku. Cokolwiek się wydarzyło, nawet, jeśli musi to go ostatecznie zniszczyć, należy, jak cała reszta świata, to wyższej opatrzności; nawet cierpienie, które było tego źródłem posiada cudowne i wieczne oblicze między bogami, i na to może spoglądać nawet gdy zostanie zdruzgotany.

Tak długo, jak poglądy te utrzymywały swą pełną powagę, to jest jak długo związane były z mocną wiarą w boską naturę świata, nie mogły zagrażać moralności. W tej wczesnej epoce człowiek mógł widzieć świat i swą własną egzystencję w zwierciadle pierwotnego mitu. Jedynie, gdy myśl, która stała się suwerenna, zaprotestowała przeciw temu, że impulsy inne niż moralne i dobroczynne nie mogą mieć nic wspólnego z wyższymi mocami, tylko wówczas śledzące oko zwróciło się na wnętrze człowieka w swym poszukiwaniu przyczyny złych czynów, mogła Helena być strofowana tak, jak strofowała ją Hecuba: „twoją myśl o nim [moim pięknym synu] zrobiłaś Kypridą” [Euryp.,Trojanki, 988].

Potępienie ludzkiego serca jest znacznie starsze niż tragedia Eurypidesa. Przynależy do teozoficznego mistycyzmu, które stawia inny mit w miejsce wielkiego i pierwotnego. Nie wiemy na pewno, gdzie powstał. W wiekach po Homerze jego znaczenie było spore. Ale nie możemy zapominać, że jest on całkowicie obcy duchowi wyrażonemu we wzniosłych dziełach Greków. Jego doktryna głosiła, że ludzka natura jest fundamentalnie zepsuta. Ta smutna okoliczność wskazywała wstecz na pierwotną klątwę całej rasy. Istniał boski świat do którego człowiek należał na jakiś tajemniczy sposób i z którego zatonął w noc błędu i zła. Ale boskie królestwo musiało pomóc mu w powrocie i objawiło mu świętą ścieżkę wspinaczki. Przemiana wiary, która jest tu naszkicowana miała miejsce wśród kilku ludów w różnych formach. Dla większości historyków religii milcząco przyjmuje się, że oznacza to decydujący postęp, oczyszczenie i pogłębienie myśli religijnej i moralnej. Pojęcie bóstwa zdaje się stawać większe i czystsze, a samego człowieka bardziej poważne. A jednak sam patos, który wybrzmiewa w tej sferze powinien wskazywać, że coś zostało złamane i rozdarte oraz mogłoby zostać spojone w jedność jedynie przez wysiłek i walkę. Tak długo, jak pierwotna całość trwała, sam człowiek nie miał potrzeby zgłębiania swojego własnego wnętrza, ponieważ poza sobą znajdywał wielki mit, obejmujący jedno i wszystko, w który również ona był zawarty. Jak to bezpieczeństwo, które przypomina dziecko chronione w matczynych ramionach mogło zostać, czy zostało utracone, nie jest naszym pytaniem. Ale samo bezpieczeństwo o jego opieranie się na życio musi mocno przed nami stanąć.

Pośród tego świata wypełnionego boskimi postaciami stoi człowiek, nie jako obcy ale ukierunkowany na niego wszystkimi swoimi zdolnościami, przywiązany do niego, otrzymujący i oczekujący od niego wiedzę i decyzję, sukces i porażkę, przyjemność i cierpienie. Z pewnością, jest w pełni świadomy zdolności ducha i temperamentu tak jak i swego ciała. Wie, że posiada w sobie coś, co my nazywamy duszą; on nazywa to thymos. Tego wewnętrznego człowieka odróżnia jasno od zewnętrznego. W chwilach potrzeby nawet przemawia do niego, jak człowiek przemawia do swego brata czy towarzysza. Raz Odyseusz przemawia do swego serca, gdy w nocy przed bitwą z zalotnikami, podniósł się zuchwały śmiech panien, „zawył” jak pies atakujący intruza by chronić swoje młode: „Znieś i to, moje serce, jużeś i bardziej psie dni znosiło” [Od.,20,17]. Ale to wnętrze nie ma samo języka; zostaje pobudzone, ale nigdy nie zwraca się do człowieka. Nie posiada swojego własnego świata, w jakiś sposób brakuje mu wymiaru i głębi. Jego świat jest wielkim królestwem życia bez. Stąd nie ma mitu o duszy i być nie może, gdyż dusza zwrócona jest jedynie na zewnątrz, niejako w kierunku świata form, nie do wewnątrz, w kierunku niewidzialnego królestwa dostępnego tylko jej samej. Trudno komuś, kto należy do późniejszej cywilizacji uwolnić się od przesądu, że kondycja ta musi wywodzić się z pragnienia głębi i wglądu. Nazywa to prymitywnym czy dziecinnym i traktuje koncepcje, które pojawiły się w późniejszych wiekach jako rezultat rozwoju i postępu. Ale pragnienie to nie leży w pierwotnym sposobie myślenia, leży w naszym własnym rozumieniu. Niczego nie brakuje tej starożytnej koncepcji egzystencji; jest całkowita i kompletna sama w sobie. Te aspekty, które my, pod przymusem całkiem innej perspektywy wywodzimy mogły ją zanieczyścić. Dodanie ich nie mogłoby, jak sobie chętnie wyobrażamy, dać istotnego wzbogacenia i pogłębienia; jedynie po tym jej rozbiciu, mogłyby w nią wniknąć, jako istotne elementy nowej koncepcji świata, z nowym punktem ciężkości i nowymi kryteriami. Jeśli w dawnej koncepcji egzystencji wnętrze człowieka nie ma swojego mitu, oznacza to, że był całkowicie zintegrowany w jeden, kompletny kształt, z wątkiem i osnową mitu świata. Jego doświadczenia nie są doświadczeniami jego duszy, zakotwiczonej w głębokiej samotności albo bezkształtnych zaświatach pokrewnych duszy, ale udziałem w świecie, który ma swoje miejsce i swe znaczenie w większym micie świata. Stąd wcale nie brak tu głębi, jak moglibyśmy myśleć. Gdyż tutaj wrażliwość, z którą analizujemy głębie duszy skierowana jest na świat i jego kształty, a w jego obrazie można rozpoznać aspekty doświadczenia tak wiernie, że nawet my, którzy zaznajomieni jesteśmy z całkiem innym sposobem myślenia, porwani jesteśmy prawdą tej wizji. I zauważamy tu z zaskoczeniem, że można kiedyś było wyjaśnić ze świata wokół nas, rozumianego z wielkością i głębią, to, co my staramy się zrozumieć wnikając w nasze wnętrze; i zauważamy z podziwem, że nic z jego zawartości nie ulega zagubieniu w tym procesie, który jest raczej powiększone do świetności – podczas gdy my z naszą znajomością psychologii zawsze jesteśmy w niebezpieczeństwie zagubienia samych siebie w tym, co drobne i trywialne.

Wiek ów nie miał wątpliwości, że człowiek, gdy nie był obiektem zewnętrznego przymusu, był zdeterminowany przez skłonności i przekonania. Ale impulsy te nie do wewnątrz na jakieś emocjonalne centrum czy podstawową woli, ale na zewnątrz, zgodnie z ogromem świata. Tym, czego w memencie decyzji doświadczamy jako motywację są tutaj, dla oświeconych, bogowie. W nich, a nie w ludzkim sercu, mieści się głębia i podstawa wszystkiego znaczącego, co w człowieku wychodzi na jaw. Oznacza to, że wie on, iż otoczony jest przez wielkie byty i ich żywe formy. Kim są te formy stanowi najważniejsze pytanie. Jeśli je zna, zna siebie; gdyż kontakt z nimi jest najbardziej decydującym wydarzeniem, które doświadcza raz w jednym kierunku, raz w innym. Daleki zatem od ograniczania siebie do tego, co subiektywne, i trwania w tej koleinie, stawania się jednocześnie niepewnym i zawziętym, rozszerza się w kierunku tego, co obiektywne i substancjalne, w kierunku bycia świata i stąd w kierunku tego, co boskie. Stosuje się to w równej mierze do szczęścia i nieszczęścia, dobra i zła. Nawet gdy pociąga go niestosowna i fatalna sfera, jest to królestwo i forma boga, a jeśli fascynacja zwiodła go od porządku i powinności, może on, w swym smutku ze względu na to, co się stało, odwoła się do tej mocy przymusu i myśleć i jej wielkości. Jakkolwiek gorzko może opłakiwać swe działanie, jego świadomość nie musi się zadręczać, gdyż decyzja nie była klęską skrytych dobrych intencji w walce z złą skłonnością.

To co słuszne, właściwe i dobroczynne, wszystko to, co wymagane jest od człowieka w imię dobra równie posiada swa obiektywną rzeczywistość poza człowiekiem i stąd jest w mniejszym stopniu sprawą przekonania, temperamentu i wyboru niż raczej wglądu. A wgląd jest przyciemniony, gdy człowiek poddaje się urokowi, który uświęcony jest w królestwie bogów ale który musi szkodzić jego życiu i honorowi.

Często zdumiewa, że Grecy skłonni byli poszukiwać motywacji dla moralnych decyzji nie w woli, ale w poznaniu. Dziś taka koncepcja uznawana jest za błąd. To niezwykłe, tak jakby koncepcja ta mogła być wzięta jako izolowany czynnik bez uwzględnienia całości światopoglądu w którego kontekście jedynie posiada znaczącą zasadność. Kto rozumie obiektywność starożytnego greckiego poglądu na świat, kto zdolny jest podążać za jego orientacją na zewnątrz, zamiast do wewnątrz, w kierunku mitu świata zamiast mitu duszy, może jedyni odnaleźć spójność w nacisku na poznanie raczej niż na wolę czy emocje. W świecie obiektywnych form sprawiedliwość i honor, rozwaga i umiarkowanie, wrażliwość i czar nie są w pierwszym rzędzie subiektywnymi właściwościami i osobistymi postawami, ale realnościami, stałymi formami bytu, które w każdym znaczącym momencie mogą postawić człowieka w obliczu boskiej konkretności. Dla Greków nie jest stąd istotne, że to czy tamto jest odczuwane jako to, jest to, że jest znane i rozumiane. Człowiek, który zachowuje się dobroczynnie, szlachetnie czy sprawiedliwie „posiada wiedzę o” tym, co dobroczynne, szlachetne i sprawiedliwe. Dla niego są one rzeczami, o których posiadł wiedzę, podczas gdy inni nie. Możliwe jest, że on także nie zawsze posiada jej, że raz „przyszła do niego” ["came to him," w języku polskim istnieje ciekawe słowo „nawiedzać”]

jak mówimy, poprzez nauczanie czy doświadczenie. Nasz własny język przypomina nam, że pojęcie to nie jest nam całkowicie obce, że bezwiednie stosujemy się do niego w wielu względach, i możemy być zdolni do przeniknięcia dalej w jego głąb. W języku greckim, z drugiej strony, nawet u Homera, koncepcja ta jest nadrzędna. Tutaj moralna postawa oparta jest mniej na pojęciach wrażliwości czy skłonności niż na dotyczących wiedzy i rozumienia. Gdzie mówimy o człowieku, że on „myśli” sprawiedliwie, Homer ma „on zna sprawiedliwość”. Ten sam sposób wyrażania się zastosowany jest do wszystkiego, co my zwykliśmy włączać do pojęcia dyspozycji. Człowiek przyjaźnie nastawiony jest tym, który „zna przyjacielskość”. W wyrażaniu zatem nie ma różnicy, czy człowiek posiada pożądaną dyspozycję czy też „zna” właściwą radę.

Bynajmniej to, co powiedziane, nie oznacza, że wiedza pochodzi z pojęciowego rozumowania. Musi być inny sposób, ten „inny rodzaj poznania” (allo genos gnoseos), który według Arystotelesa jest nierozerwalnie związany z cnotą – zrozumienie które nie jest racjonalne i jeszcze nie ostro odróżnione od emocji i pragnienia, i które przynależy do dziedziny oświecenia, wglądu, wiedzy. Fakt, że Hellenizm obdarzył najbardziej znakomitą uwagą ten aspekt moralnego problemu ostatecznie wskazuje, że nie był zaabsorbowany tym, co racjonalne: mamy tu piękne świadectwo obiektywności jego postrzegania i myśli. Nie posiada nawet określonego słowa dla woli; wyrażenie, które właściwie oznacza wgląd (gnome) zastosowanie jest tu również zastosowane do decydowania.

To była ta „wiedza”, które została zaciemniona albo całkowicie nieobecna kiedy człowiek pozwolił sobie być odwiedziony na niewłaściwy czy fatalny kurs. Grek Homerycki nie myśli o złu czy grzesznych skłonnościach. Dla niego impuls ku przyjemności i władzy nie jest ani dobry ani zły, ale naturalny. Nawet najszlachetniejszy go posiada, i może wzrosnąć aż do pasji, która zagraża opanowaniem wszystkiego. Ale posiada wyższą wiedzę o szlachetnych i znaczących formach w jakich świat się toczy, poznanie, które przynależy nie do wyrachowanego rozumienia ale do postrzegającego ducha, świadomość wspaniałych i wiecznych rzeczywistości – czy bogów! – które jak tylko je uchwyci przekształcają się w wolę i określają granice dla pragnień serca. Ale nadchodzi moment, gdy ta świadomość jest zaciemniona lub znika. Wówczas człowiek zostaje wplątany w winę i zatracenie. Ale jego oślepnięcie, jak wszystko decydujące, jest dziełem bóstwa.

Sposób myślenia tu scharakteryzowany jako posiadający zewnętrzną orientację nie jest żadnym innym niż mitycznym. Zarówno człowiek jak i jego świat doświadczenia przyjmują obiektywną formę. Pierwotne formy wyobrażone są w jego radościach i smutkach, jego pożądaniach i wglądach. Ale wola, dobra i zła pozostaje nieistotna. To, co boskie jest czystą formą świata, jego wytłumaczeniem, jego mitem. Tutaj myśl nie może chyba odwrócić się od świata, w kierunku boskości. Istnienie świata nie jest zawarte w bóstwie. Człowiek, w którym bóstwo manifestuje się, nie jest zwykłym punktem przejścia do wyższego świata. To nie tak, jakby ktoś inny mówił i działał poprzez niego, nawiedzając go z emocją, wolą i wiedzą, które nie są jego własne. Mogłoby to zniszczyć misterium kontaktu bóstwa i człowieka. Rozpoznajemy cudownie klarownego ducha Greka w jego micie, micie szczególnie tego świata i szczególnie tego człowieka. Jego obrazy wydarzeń, które dowodzą bogów i ich czynów niesie nieodparte przekonania nawet dla nas, a ich prawdziwość trwa czy ktoś wierzy w tych bogów i ich moc czy nie. W innych religiach odniesienie do bóstwa zbyt często oznacza fałszowanie doświadczenia; tutaj widzimy rzecz zadziwiającą: pełną zgodność między wiedzą i wiarą. Najprawdziwszy obraz rzeczywistości jest jednocześnie najżywszym świadectwem egzystencji bogów.

4

Dla religijnej interpretacji wydarzeń naturalnych, którą powyżej dyskutowaliśmy, można przedstawić następujące przykłady z Homera.

Odyseusz był smutny i zły, kiedy spoglądał na zastępy Greków biegnących jak szaleni do swych statków. Jedynie by ich sprawdzić Agamemnon doradził im by zrezygnować z bezsensownego przedsięwzięcia i wrócić do swych drogich domów. By scharakteryzować Odyseusza poeta używa wyrażenia, które umieszcza jego spryt i zaradność obok Zeusa [Il.2,169]. Ale teraz zdaje się, że właściwości te go opuściły w potrzebie – przeciwnie, w tym właśnie momencie miały przejawić się błyskotliwie. A staje się to wówczas, gdy człowiek, którego inteligencja została porównana do Zeusowej znajduje u swego boku bystrą córkę Zeusa, którą ten „pan dobrej rady” (metieta) zrodził z własnej głowy i którą z wszystkich bogów jest najdoskonalsza w „mądrości i przebiegłości” [Od.13,298]. Uświadamia mu hańbę tłumnego odwrotu – ale właśnie to sprawiło, że było mu ciężko na sercu; i nakazuje mu ona iść między mężczyzn natychmiast i bez ociągania, by przemówić do nich do jednego po drugim i skrzydlatą mową powstrzymać ich przed zrealizowaniem zamiarów. Czyni tak, jak się nam powiada w następnych wersach z wielką umiejętnością i sukcesem. Tak zyskujemy potwierdzenie przysłowiowej bystrości Odyseusza, którego chlubą było, że posiada właściwą myśl w każdej trudnej chwili. Ale to, co mogło zostać opisane jako pomysł jest w rzeczywistości natchnieniem bystrego człowieka przez jego niebiańską towarzyszkę, boginię z ostrym i czystym spojrzeniem. Słyszy jej głos i natychmiast zwraca się do działania. Niczego nie słyszymy o jej przybyciu czy odejściu.

W ten sam sposób Atena skłania innego ze swych ulubieńców, Diomedesa [Il.10,507nn], do podjęcia właściwej decyzji. Razem z Odyseuszem najechali w nocy obóz Rezusa. Podczas gdy Diomedes zabijał śpiących wojowników, Odyseusz odwiązał królewskie konie od rydwanów i je wypuścił. Teraz nadszedł czas, by zająć się bezpieczeństwem i Odyseusz daje swemu towarzyszowi znak. Ale Diomedes waha się, czy wlec królewski rydwan czy nadal zabijać Traków. Gdy się zastanawia, pojawia mu się nagle Atena i strofuje go, by natychmiast uciekał: w każdej chwili Trojania mogą dobrać mu się do gardła. Jego również bogini zagaduje w momencie wątpliwości i dostarcza decydującej myśli, zbawiennego rozwiązania. Bez zwłoki – nic więcej nie mówi się o bogini – Diomedes wyrywa się z Odyseuszem. To był ostatni moment. Tracki wódz się właśnie przebudził ze snu i jego wycie wzywało Trojan.

Podobnie, i częściowo w tych samym słowach, ujęta jest historia o Atenie zwracającej się z głosem rozsądku do szalejącego Achillesa [Il.1,193], ale tutaj wizja oświecenie ma powiększone proporcje. Sprowokowany lew czuje się dotknięty zza pleców, obraca się i widzi płonące światło boskich oczu. Natychmiast rozpoznaje Atenę i pokazuje jej swe serce płonące chęcią zemsty. Ale ona doradza mądrzejszą i szlachetniejszą samokontrolę. I potężny bohater usłuchał. Wszystko to jest sprawą chwili. Nikt inny nie mógł dostrzec bogini, nikt nie zauważył rozmowy. Zanim zaczęła Achilles poluzował miecz w pochwie; kiedy skończyła, wepchnął go z powrotem, a ona odchodzi. Sprawiła, że obrał rozsądny kurs. Ale również tutaj nadeszła w momencie niezdecydowania, a jedną z jego alternatyw było właśnie to, do czego namawiało i do czego przekonało boskie słowo. Tak wiec jej interwencja przeważyła w rozsądku i myśli.

Szczególnie interesujący jest sposób, w jaki bogini dobrej rady wzbudza w Telemachu myśl, że to najwyższy czas opuścić Spartę i wrócić do domu [Od.15,1nn]. Przez zauważalnie długi okres pozostawał gościem Menelaosa, którego odwiedził, by dopytać się o swego zaginionego ojca. Tymczasem zalotnicy nie ustawali w swym zuchwalstwie w Itace i nie wiadomo, czy sprawy nie osiągnęły nieodwracalnej skali. W związku z tym Atena weszła nagle nocą do komnaty młodzieńca i skarciła go za pozostawanie ta długo poza domem i nie myślenie o krytycznej sytuacji na dworze przodków. Musi się spieszyć, jeśli ciągle życzy sobie znaleźć swą matkę w domu, ponieważ jej krewni uporczywie domagają się jej małżeństwa. Równie dobrze może być tak, że weźmie część z rodzinnej własności ze sobą, wbrew jego interesowi; wiedział dobrze jak niepewny jest umysł kobiety, kiedy zwraca się do innego męża. Po tej przemowie bogini daje Telemachowi szczegółowe instrukcje co do podróży do domu i znika. Zaskoczony młodzieniec natychmiast budzi swych towarzyszy podróży. Nie chce ani chwili zwlekać, ale jest zdeterminowany wyruszyć tej samej nocy bez pożegnania.

Znaleziono błąd w tym opowiadaniu. Mówi się, że to nieprzekonujące, żeby Atena mogła postrzegać Penelopę w ten sposób i nieprzekonujące, by Telemach miałby być tak nierozważny, by życzyć sobie wyruszyć w środku nocy, jak złodziej czy oszust. A jednak wszystko jest cudownie prawdziwe, gdy tylko przeniesiemy się do duszy młodzieńca i spojrzymy na wydarzenia z tego punktu widzenia. Przede wszystkim ważne jest, że również tutaj bogini nie pojawia się bez przygotowania, ale dostarcza słów dla myśli, które już były w drodze. Jest noc; słychać, że przyjaciele Telemacha śpią obok ale on sam nie może spać, ponieważ jego głowa pełna jest myśli o jego ojcu, z którym bardzo tęskni i dla którego przedsięwziął swa podróż – tyle powiedział nam narrator. Wówczas napada go nagle myśl o tym, jak długo go nie było i sytuacji, w jakiej pozostawił matkę w domu. Noc powiększa wszystko do ogromnych rozmiarów i zmienia lęki w olbrzymie zmory. Czy to coś dziwnego, że młodzieniec w bezsenności staje się gorączkowy i że posuwa się tak daleko, by wyobrazić sobie swą matkę zachowującą się w sposób, który mógłby jawić mu się niewiarygodne i absurdalny w świetle dnia? Czy to coś dziwnego, że ostatecznie traci całkowicie głowę i życzy sobie wyruszyć natychmiast nie czekając dnia i uprzejmego pożegnania swych gospodarzy? Tutaj, jak mi się zdaje, poeta stworzy doskonały obraz duszy. I pod koniec [15,45] wspaniale szkicuje stan umysłu swego bohatera pociągnięciem, które od starożytności uważane było za późniejszy dodatek, gdyż pojawia się dosłownie w Iliadzie [10,158] i ma akurat tutaj nie pasować. Po przemowie bogini Telemach budzi swego towarzysza kopnięciem. Kwestionowano, że leżąc na obok niego, mógł dotknąć go ręką; w przypadku Nestora w Iliadzie zrozumiałe jest, że stary człowiek nie może schylić się do Diomedesa i dlatego budzi go stopą. Niewątpliwie; ale Telemach jest rozgorączkowany i dlatego właśnie kopie śpiącego obok zamiast grzecznie użyć ręki. Nie mogło być wyrazistszego sposobu by ukazać jego nastrój. A Atena? Co uczyniła by wzmóc pragnienie powrotu Telemacha? Nadała jego myślom o domu przekonującej siły. Jej boski głos i wypowiedzenie jego myśli są zasadniczo tym samym. Współczesny czytelnik musi przenieść to, co tu się dzieje człowiekowi w jego psychologiczną ramę odniesienia, aby właściwie rozpoznać tego prawdę.

Właściwie, jak tu widzimy, nie może być wyboru między niezależnym działaniem człowieka a wpływem czy poleceniem bóstwa. To, co człowiek pragnie i co czyni jest nim samym i jest bóstwem. Jedno i drugie jest prawdziwe, i w ostatecznej analizie są tym samym. Nie można tu zarzucać Gelenie, jak to się czyni w Trojankach, „twoją myśl o nim [moim pięknym synu] zrobiłaś Kypridą” [988]. Kiedy Medon powiada do Penelopy w Odysei, że nie wie, czy bóg podjudził Telemacha do podróży czy jego własny umysł mu to nakazał [4,712], ma na myśli możliwość jakiegoś boskiego nakazu nie chce jednak zaprzeczać temu, że to, co nazywa własnym umysłem Telemacha otrzymało decydujący impuls od bóstwa [por. 7,263]. Myśle, że nawet to, co wypływa z człowieka :samego” ma swe źródło w bogach pięknie jest wyrażona przez pieśniarza w Odysei: „zaprawdę nikt mnie nie uczył, lecz w sercu swoim te pieśni zaszczepił bóg” [22,347]. Oznacza to, że nazywa się samoukiem. Czasem boski impuls wspomniany jest razem z ludzką wolą. Domedes powiada do Achillesa, że wkroczy do bitwy „kiedy nakaże mu w piersiach dusza lub jakiś bóg skłoni” [Il.9,702]. „Ale ty nie czyń tak samo” wiekowy Fojniks upomina Achillesa „Niechże cię duch [w ang.: bóg; w gr. δαίμων] nie nakłoni” [9,600]. Ta podwójna morywacja nie zakłada, że w pewnych okolicznościach człowiek opiera się całkowicie na sobie. Nie to jest zamiarem nawet w upomnieniach, które Peleus posyła swemu synowi: „Synu mój! Siłę wojenną da ci Atena i Hera, jeżeli zechcą. Ty jednak staraj się serce gwałtowne w piersi hamować” [Il.9,254], gdyż w innych fragmentach panowanie nad sobą przypisane jest nagłej interwencji boga. Wzmianka o boskim impulsie kładzie szczególny nacisk na chwilę decyzji, nie zakładając, że uprzednia skłonność do czynu jest czysto ludzką w odróżnieniu do działania boskiego. „Według tej myśli nakłaniał [Zeus] do szturmu na gładkie okręty syna Pryjama, Hektora, choć ów tą żądzą sam płonął” [Il.15,603n] – powinno być rozumiane w tym znaczeniu. Kiedy próba pogodzenia zawodzi, Ajaks powiada, że czas odejść, gdyż „Achilles duszę wyniosłą w swej piersi nasycił twardą dzikością. Okrutny! Nie chce ustąpić przyjaźni swych towarzyszy”. Ale wówczas odwracając się do Achillesa mówi do niego „Lecz tobie duszę zaciętą w piersi zamknęli bogowie - tylko z powodu dziewczyny jednej!” [9,629, 9,636]. Pierwsze stwierdzenie w tej sytuacji jest jedynie bardziej uroczyste i poważne niż pierwsze, ale w żadnej mierze nie jest z nim sprzeczne; twardość serca Achillesa jest w niemniejszym stopniu spowodowana przez bóstwo niż on sam je zatwardził.

Oczywiste jest, że ta koncepcja, która tak blisko wiąże człowieka z bóstwem, nie oznacza, że nie posiada on właściwie wolności. Wrażenie przymusu jest całkowicie wykluczone, ponieważ działanie człowieka jest w przeważającej mierze związane ze stanem jego wglądu. Żadna zewnętrzna wola czy pragnienie nie biorą go w posiadanie, kiedy wybiera gorszy kurs, ani nie było tak, że jego szlachetniejsze uczucie okazało się bezsilne wobec jego prostackich skłonności. To jego czysta percepcja tego, co piękne, sprawiedliwe, rozumne – trzy wielkie rzeczywistości została zmieszana. Tak szlachetna kobieta jak Helena może upaść; pas Afrodyty posiada magiczną moc, która ograbia nawet roztropnego z rozsądku. Tajemnicze zamroczenie duchowego oka jest środkiem, którym bóstwo wiedzie do ruiny człowieka, któremu przeznaczony jest upadek. Myśli tej nadał niezapomniane wyrażenie chór w Antygonie Sofoklesa: „A wieczną prawda, że w przystępie dumy Mienią dobrymi ci nieprawe czyny, Którym bóg zmieszał rozumy!” [620]. W tym paragrafie scholia cytuje przysłowie „Kogo Bóg chce zgubić, temu wpierw rozum odbiera”.

Słynnym przypadkiem jest obrażenie Achillesa przez Agamemnona, który przyniósł nieopisane nieszczęścia na Greków. Przy uroczystym pojednaniu po śmierci Patroklesa – strata swego najukochańszego przyjaciela była karą, którą sam Achilles musiał zapłacić za swe nieprzejednanie – Agamemnon oświadcza zgromadzeniu Greków, że wystarczająco często słyszał jego upomnienia za swe dawne zachowanie, „ale”, ciągnie „Dzeus, Mojra i w mglistej pomroce krocząca Erynia. Oni wtrącili na radzie myśl moją w okrutne zmącenie tego dnia, kiedy zabrałem dla siebie nagrodę Achilla. Ale czy ja to zrobiłem? Sam bóg dokonał wszystkiego. Ate [‘ślepota’], najstarsza z cór Dzeusa, zwodnica, co wszystkich omamia, zgubę im niosąc” [Il. 19,90]. Dalej przypomina jak sam Zeus był przez nią zwiedziony i zmuszony spojrzeć na konsekwencje jej straszliwych gier. „a tu, gdy Hektor potężny o hełmie wiejącym kitami wojsko Argiwów wytracał przy rufach lotnych okrętów, Aty, co mnie uczyniła winnym, nie mogłem zapomnieć. Ale jeżeli zbłądziłem i Dzeus mnie pozbawił rozwagi, pragnę to wszystko naprawić i okup dać niezmierzony”. A sam Achilles potwierdza jego wytłumaczenie. „Ojcze nasz, Dzeusie”, krzyczy „ogromne na ludzi ślesz zaślepienie! Nigdy by serca w mej piersi Atryda pewno nie wzburzył tak nieugięcie i nigdy bez mojej zgody dziewczyny nie uprowadził ode mnie bezwolnie, jeśliby nie chciał tego sam Dzeus, by sprowadzić śmierć na tak wielu Achajów”[Il.19,270].

Dla Heleny jest niepojęte jak mogła opuścić dom, męża i dziecko by podążyć za przystojnym obcokrajowcem do obcego kraju. Jedynie bóstwo mogło tak zamieszać jej rozsądek: Afrodyta, której czar przymusza serca, a za tą mocą stoi wola bogów, którzy zdecydowali o wojnie. W Odysei przypomina dni w Troi, gdy tęskniła za domem: „już opadło zaślepienie, którym Afrodyta wywiodła mnie precz z ziemi ojczystej i kazała porzucić córkę, łoże i małżonka, który nikomu nie ustępuje rozumem i urodą” [4,260 [Par.]]. A w słusznie podziwianej scenie Iliady, gdzie starszyzna Trojan, mając przed oczami nasączone krwią pole bitwy, podziwiają piękno tej nieszczęsnej kobiety, wiekowy Priam zwraca się do niej: „Podejdź tu, córko kochana, bliżej i usiądź koło mnie. Swego pierwszego małżonka stąd ujrzysz, przyjaciół i krewnych. W tobie ja winy nie widzę, gdyż winni są tylko bogowie, oni tę wojnę Achajów obfitą w łzy nam zesłali” [3,162]. W Iliadzie sama Hellena kieruje gorzkie wyrzuty do siebie samej za swe czyny, ale również ona odnajduje prawdziwe źródło zła w bogach [6,344]. Podobny osąd wydany jest także o niewierności Klitajmestry. Uwodzicielska sztuka Ajtistosa nie mogłaby jej poruszyć, gdyż posiadała rozważny umysł, aż ostatecznie „wola boża zmusiła ją ulec” [3,264].

Podobnie, gdy człowiek powraca na właściwy kurs, znowu, to bóstwo jest tym, które go oświeca. Wiekowy Fojniks, który mówi do Achillesa w Iliadzie, doświadczył tej boskiej interwencji bardzo wyraźnie w swej młodości. Cierpiał z powodu klątwy swego ojca i szykował się, by go zabić, „ale powściągnął bóg jakiś mój gniew i obudził mi w duszy lęk - co lud powie, i pamięć na liczne ludzi zarzuty, by ojcobójcy mnie mianem nie mogli nazwać Achaje” [9,459]. Gniew mógł popchnąć go do czynu w zaślepieniu, ale myśl o grozie rzeczywistego czynu wtrąciła się i przeważyła nad pasją. Myśl ta, która nawiedziła jego duszę jak moc, sprawiona została przez bóstwo.

Również w sferach innych niż moralna bóstwo stoi za wszystkimi ważnymi ludzkimi decyzjami, czy przynoszą mu powodzenie czy przeciwnie. Zauważyliśmy już wiele przykładów. Odyseusz mówi swemu synowi, że da mu sygnał usunięcia broni w decydującym dniu przez skinienie głowy; tak się dzieje, gdy „gdy mnie natchnie wieloradna Atena” [Od.16,282[P]]. Iliada powiada, że Hektorowi udało by się spalić statki Greków, „gdyby nie Hera dostojna, co tchnęła w Agamemnona ducha” [8,218] by we własnej osobie wzniecić opór Achajów. Odyseusz jako rozbitek, który dopłynął bezpiecznie do Scherii skończył by żałośnie rozbity o skały przez fale przybojowe „gdyby bogini jasnooka Atena nie natchnęła go myślą” jak oprzeć się ich pędowi; a i wówczas były z pewnością zginął w falach „gdyby mu jasnooka Atena nie wróciła przytomności umysłu” [Od.5,427,437[p]] aby znalazł drogę do bezpiecznego miejsca.

Ale bardzo często człowiek dokonuje przewrotnego wyboru w momencie decyzji i tak wiedzie siebie i innych do zniszczenia. To także jest dziełem bóstwa. Tak jak bóg daje moc do dobra, tak również do złego i prowadzących do fatalnych skutków myśli i życzeń w sercach człowieka. Achilles pouczył Patroklesa by zadowolił się uwolnieniem obozu Greków i nie ścigał Trojan na polu, ponieważ tam mógłby być wystawiony na niebezpieczeństwo, któremu nie mógłby sprostać. Zamroczony zwycięstwem Patrokles jednak zapomniał tej dobrej rady i z impetem ścigał Trojan. „Omamić wielce pozwolił się, głupiec! Gdyby usłuchał Pelidy, byłby uniknął złowrogiej, co czarną śmierć niesie, Kery. Lecz potężniejszy jest rozum wiecznego Dzeusa niż ludzi - gdy chce, to nawet mężnego zatrwoży, zwycięstwa pozbawi łatwo, choć przedtem gorliwie sam go podniecał do walki. Także i wtedy Dzeus w duszy Patrokla odwagę rozniecił” [Il.16,685] co doprowadziło do jego zagłady. Po upadku Patroklosa, gdy Achilles powstał jak ryczący lew, Polydamas udzielił Trojanom rozsądnej rady, by wycofali się z pola i schronili się za murami miasta. Ale Hektor, którego zwycięstwo uczyniło zadufanym, szorstko odrzucił tę sugestię, a Trojanie „Głupcy! W nich rozum zapewne przyćmiła Pallas Atena, gdyż popierali Hektora, który im klęskę gotował, Polydamasa zaś mądrych rad żaden z nich nie usłuchał” [Il.18,310].

Homeryckie pojęcie nie ujmuje ludzkiego postanowienia jako ograniczenia. Pozostaje ono jako coś, co człowiek doświadcza w sobie samym i co może być opisane przez kogoś, kto rozumie duszę. Ale nawet jako takie różni się od boga. To człowiek jest tym, który decyduje, a jednak to nie on. W tym sensie, w sposób pobożny a jednocześnie wielki i wolny Homer stawia czoła wiecznemu problemowi wolnej woli i odpowiedzialności bez kazuistyki czy brnięcia w spory. Człowiek, który postępuje źle, musi obwiniać siebie samego i musi też ponosić konsekwencje swych czynów. Ale nie musi zadręczać się wyrzutami sumienia, gdyż poza odpowiedzialnością i odpłatą jego czyny spoczywają w rękach bogów.

Jeśli wola i myśli człowieka są tak wyrażone w boskim układzie spraw świata, tak też się z pewnością ma rzecz z jego zdolnościami. My również mówimy, że wszystkie sukcesy są dzięki Bogu, i każdy wie, jak bardzo legendy i historie ludów powodowane są wyższymi mocami. Ale świadomość boga ze strony rasy bohaterów, która przedstawiona jest u Homera nie ma paraleli na całym świecie.

Fakt, że każdy ze sławnych bohaterów ma własne bóstwo opiekuńcze po swojej stronie na którego radzie i wsparciu może polegać we wszystkich przedsięwzięciach nie jest czymś wyjątkowym. Inne ludy mają to samo; jest też jednomyślność dotycząca przekonania, że człowiek pewny siebie, myślący, że może odnieść sukces bez bóstwa, skazany jest na upadek. Przykład tego z dawnej legendy daje nam Ajaks Sofoklesa. Gdy młody bohater pierwszy raz wyruszał na wojną, jego ojciec radził mu: „’Zwycięstwo niech drogie, Będzie ci, synu, lecz szukaj go z bogiem," Na co ten odrzekł głupio i z przechwałką: ‘Ojcze, z bogami zyskałby zwycięstwo ten, co nic niewart; ja sobie zawierzę. Że bez nich chwale zdobędę przez męstwo!’ Tak on się chełpił. A innym znów razem, Kiedy Atena go gnała do walki, Mówiąc, by krwawą dłoń zmierzy na wroga, Ozwal się strasznym, niesłychanym słowem: ‘O Pani. pilnuj innych Argiwczyków. Przy nas wróg żaden nie przełamie szyków." Takimi mowy bogini gniew srogi wzniecił, bo myślą wybiegał nad ludzi” [761nn]. Tragedia ukazuje straszliwe konsekwencje postawy Ajaksa. Ale jak wspomniano, myśl ta także jest bliska innym religiom.

To, co odróżnia Greków jest zawsze żywotna świadomość bliskości bóstwa, która nie opada na nich ani w jakiejś racjonalnej działalności ani w namiętnym podnieceniu bohaterstwa. Ci dumni i wolni wojownicy nigdy nie zapominali, że żaden rzut ani pchnięcie nie może się udać bez bogów, i wypowiadają tą myśl w miejscach, gdzie, zgodnie z naszym sposobem myślenia, trudno to uznać za odpowiednie dla postawy bohatera. Oto przykład. Achilles mierzy się z Hektorem, który zgładził jego najdroższego przyjaciela. Pozostaje głuchy na propozycję, by zwycięzca oszczędził ciało pokonanego; nie może być większego zrozumienia między nim a Hektorem niż między wilkami a owcą. Pogardliwe słowa Achillesa ujawniają dziką żądzę zemsty, która ostatecznie dopadła jego ofiarą, jego zdobycz, dzięki której swej wyższość może być całkiem pewien. A jednak w takim nastroju może kazać swemu przeciwnikowi zebrać wszystkie siły, gdyż nie będzie już ucieczki „Pallas Atena włócznią cię moją zabije!” Hektorowi udało się uchylić przed rzutem. „Jednak chybiłeś tym razem” urąga Achillesowi, „Dzeus nie objawił ci jeszcze mej śmierci. Tak tylko mówiłeś, więc szermowałeś słowami podstępnie tak i swobodnie, aby mnie strach obezwładnił, pozbawił zwykłej dzielności, ale ty mnie, ściganemu, swej włóczni w plecy nie wbijesz. Prosto uderzam, pierś możesz jedynie mi przeszyć swą włócznią, jeśli bóg zechce” [Il.22,270nn]. I wówczas rzuca Hektor, ale włócznia odbija się od tarczy Achillesa a Hektor nie ma innej. Wzywa swego towarzysza broni, by podał mu włócznię i nagle uświadamia sobie, że jest sam: to Atena zwiodła go przyjmując wygląd jego przyjaciela. Teraz już wie. „Już mnie bogowie na śmierć wzywają na pewno! […]Dzeus i syn Dzeusa, co z dala trafia niechybnie. To oni chętnie od nieszczęść mnie strzegli. A teraz dosięgła mnie Mojra. Jednak nie padnę bez walki, w śmierć nie odejdę bez sławy, dzieła wielkiego dokonam, zostanę w pamięci potomnych”.

Tak mężny wojownik, którego sławę opiewać będzie odległa potomność, myśli o swoich czynach. W dwudziestej pierwszej księdze Iliady Achilles sprowadza Trojan przed siebie z nadludzką i budzącą bojaźń wzniosłością, a miasto wydaje się być beznadziejnie przegrane. Tam Agenor postanawia stanąć z potężnym mężem, który nie ma sobie równego: „Przecież przez skórę mu także spiż ostry przedrzeć się może, jedną ma duszę i jemu - jak mówią - śmierć jest sądzona ludzka, choć Dzeus go Kronida ogromną sławą obdarzył” [21,568n]. Gdziekolwiek energia i umiejętności współzawodniczą ze sobą, oczy spoglądają na bogów, którzy mogą dać zwycięstwo albo go odmówić. Zawody atletyczne, które Achilles ustanowił na cześć poległego Patroklesa dostarczają na jednego przykładu po drugim. Każdy sukces czy porażka jest ty przypisana uczestnictwu bogów.

Ale to nie wszystko. Ci miłujący sławę ludzie przypisują bogom nie tylko potrzebne im szczęście ale także siłę i waleczność z której są dumni. Chwila uniesienia, kiedy cudowna szybkość uskrzydla każdy ruch nazywają daną przez boga; ale daną przez boga jest także zdolność do mężnego i roztropnego działania, ja również emocje poprzez które ludzie mogą wykazać się swym szlachetnym charakterem. Tak okazuje się, że nawet to, co my traktujemy jako wyraz osobistych przymiotów wypływa bezpośrednio z rąk bogów. To jedynie poprzez działanie przymioty te mogą się potwierdzić przy każdej okazji, i w działaniu, a nie w jakimś ustalonym wewnętrznym bycie, mają swą realność dla starożytnego greckiego widzenia świata. Ale każdy czyn zależy od sił tego świata manifestujących się w wydarzeniu, wiecznych postaci, którymi są bogowie.

Bogowie przyznali Bellerofontowi „piękność i siłę powabu” [Il.6,156]. Tu zaś Polydamas gani Hektora „sądząc, że jeśli bóg tobie dzieła wojenne przeznaczył, w radzie wszelakiej tak samo będziesz mógł wszystkich przewyższyć. Ale ty przecież nie zdołasz sam nad wszystkimi górować. Jednym bóg zdolność dał bowiem potężną do dzieł wojennych,[…] innym zaś Dzeus grzmiącogłosy niezwykły w piersi umieścił rozum, z którego odnosi korzyść ogromna część ludzi” [13,726]. Penelopa dzięki Atenie „zna się na cudnych robotach i tyle ma rozumu i sprytu” [Od.2,116]. „Robota mi nie smakowała, tak samo gospodarstwo domowe, przez które dzieci pięknie się chowają”, powiada Odyseusz do Eumajosa, „zawsze mnie pociągały okręty wiosłowe, bitwy, gładkie oszczepy i strzały, dla innych rzeczy złowrogie i straszne, a mnie właśnie miłe – tak jakoś bóg zrządził. Każdy człowiek czym innym się cieszy” [14,227].W Iliadzie o Strofiosie, synu Skamandriosa mówi się, że jest to „myśliwy szlachetny. Artemis go sama uczyła trafiać wszelką zwierzynę, żywioną przez lasy na górach” [Il.5,51]. Ferekl zaś „miał ręce tak sprawne, że każdy przedmiot kunsztowny umiał wykonać. Kochała go bowiem Pallas Atena” [Il.5,61]. Pracujący w metalu, który mógł wytworzyć tak cudowne przedmioty musiał być z pewnością „nauczony wszechstronnego rzemiosła przez Hefajstosa i Pallas Atenę”.

5

Kiedy Odyseusz nagi i niezgrabny wyszedł z zarośli, przestraszone służebnice Nauzykai rozpierzchły się we wszystkich kierunkach „Tylko córka Alkinoosa została, gdyż Atena wlała w jej serce odwagę i kolanom odjęła lęk” [Od.6,139] „Siłę wojenną da ci Atena i Hera, jeżeli zechcą” [Il.9,254] powiada Peleus do swego syna Achillesa, kiedy ten ma przyłączyć się do zgrupowania Agamemnona przeciw Troi. Kiedy Diomedes został zraniony przez strzałę Pandarosa, modli się do Ateny a ona tchnęła „odwagę w pierś, dawne męstwo ojcowe nieustraszone Tydeusa” [Il.5,125], który był kiedyś jej ulubieńcem. Innym razem dała mu w stosownej chwili siłę by odeprzeć ścigającego wroga [10,364] a kiedy w czasie nocnego wypadu na obóz Rezusa Odyseusz napominał go, by okazał swą dzielność „męstwo w Diomeda tchnie jasnooka Atena” [10,482]. Ponieważ Zeus przeznaczył by darowana została Hektorowi jeszcze jedna chwalebna chwila przed końcem, „Ares straszny, zabójczy go przejął i wnętrze mu wypełniła dzielność i męska wytrwałość” [17,210].

Śmiałość i lęk, jedna jak i drugi, przychodzą od bogów w chwilach decyzji. Wrodzy bohaterowie walczyli nad ciałem Sarpedona, który padł od włóczni Patroklesa. Zeus postanowił dać Patroklosowi jedno jeszcze zwycięstwo i skłonił Trojan do ucieczki. „Najpierw więc serce Hektora mężnego spętał bezsiłą. Ten poskoczywszy do wozu, uciekać zaczął i kazał innym Trojanom uciekać. Znał świętą wagę Dzeusową” [16,656]. Tak ciało Licyjskiego księcia, zachowania którego domagał Glaukos ze łzami w oczach, leżało niechronione. Potem Glaukos czyni gorzkie wyrzuty Hektorowi, kiedy ten wycofał się przed Ajaksem w bitwie o ciało Patroklosa, i odwołuje się także do porzucenia ciała Sarpedona. Hektor odpowiada „T muszę tym słowom przyganić, gdyż powiedziałeś, żem cofnął się przed Ajasem olbrzymim. Nigdy nie bałem się bitwy, nie straszył mnie tętent rumaków, zawsze jednakże przemaga myśl Dzeusa, co dzierży egidę - najdzielniejszego Dzeus umie strwożyć i wydrzeć zwycięstwo łatwo, a potem napełnić go mocą i skłonić do walki” [17,173].

Właściwie zatem, wojownik nie powinien nawet się chwalić swą odwagę i niezłomnością, czy też sprawiedliwości i dobrą wolą. Człowiek, kimkolwiek jest czy może uczynić, to jest cokolwiek przybiera w nim kształt albo z niego wypływa, przynależy do wielkiego widowiska bytu, który otrzymuje swe wyjaśnienie w boskim micie.

Mit zachowuje swój charakter jako autentyczne wyjaśnienie wydarzeń w świecie dzięki faktowi, że jedynie sporadycznie wprowadza cokolwiek, co, rozważając z zewnątrz, musi być opisane jako cud. Jakkolwiek cudowne mogą jawić się rzeczy naszemu wewnętrznemu wglądowi, dla naszych zmysłów są całkiem naturalne; i, przeciwnie, cokolwiek widzimy i pojmujemy jako naturalne, jest tym, co boskie. Stosuje się to nawet do tych wyjątkowych przypadków – którymi później się osobno zajmiemy – gdzie bóg staje przed swym protegowanym w cielesnym kształcie i przemawia do niego jak przyjaciel do przyjaciela.

Spotkanie Odyseusza z Ateną, po jego dotarciu do Itaki [Od.13,372] należy do najbardziej wnikliwych i urzekających obrazów obecnego i pomocnego bóstwa i przywołuje na myśl wiele prac malarstwa czy rzeźby, które ukazują boginię wychodzącą z sympatią i zachętą ku bohaterowi. Odyseusz został wysadzony śpiący przez Feaków na ziemi ojczystej. Kiedy przebudził się zorientował się, że jest sam na nieznanym lądzie, gdyż bogini roztoczyła w powietrzu wokół mgłę, tak, że nie rozpoznał ojczyzny, za którą tak długo tęsknił. Skarżył się głośno na okrutną sztuczkę Feaków, którą mu zgotowali i lamentował nad swym utraconym domem. Gdy włóczył się wzdłuż wybrzeża pogrążony w smutki, Atena nagle stanęła przed nim w postaci szlachetnego młodzieńca pędzącego stada swego ojca. Odyseusz ucieszył się ze spotkania tubylca i dopytywał się o nazwę tego miejsca. Obcy zdaje się zdziwiony taką ignorancją. Dumnie opisuje wspaniałość swego kraju, sławnego powszechnie i w końcu wymawia nazwę Itaki. Ale boleśnie doświadczony mężczyzna musiał powściągnąć swą radość. Roztropnie opowiada obcemu zmyśloną historię o swym kreteńskim pochodzeniu i o tym jak nieszczęśliwy wypadek przyniósł go tam, gdzie jest. Następnie Atena uśmiecha się i głaszcze go czule. Nagle przyjmuje swą prawdziwą postać i ruga go, że nie rozpoznał swej boskiej przyjaciółki mimo swej wielkiej bystrości. Teraz Odyseusz zaklina ją na jej niebiańskiego ojca, by wyjawiła mu prawdę, gdyż obawia się, że chce go jedynie zwieść zapewnieniem, że ostatecznie dotarł do Itaki. Bogini nie złości się ale raczej jest zadowolona z bystrej roztropności przyjaciela, i wyznaje, że to właśnie przez tę jego właściwość jest do niego tak przywiązana w nieszczęściu. Wówczas rozwiewa mgłę a Odyseusz z przepełniającą go radością rozpoznaje, jeden po drugim, drogie charakterystyczne elementy okolicy swego domu. Wówczas oboje siadają pod drzewem oliwnym a Atena nakłania swego bohatera by rozważył, jak musi postąpić z bezwzględnymi zalotnikami, którzy zapanowali w jego domu przez lata, kiedy żona wyglądała jego powrotu i testowała ich natarczywe roszczenia zwodniczymi nadziejami. Odyseusz uświadamia sobie z przerażeniem, co by go spotkało, gdyby bogini nie uświadomiła mu tych okoliczności. Życzy sobie, by Atena sama doradziła jakiś plan zemsty i zawsze stała u jego boku dają mu siłę. Obiecuje lojalne wsparcie, ale obecnie chce przemienić jego wygląd w starego żebraka tak, by nikt go nie poznał. Wówczas ma udać się do pasterza świń Eumaeosa, które pozostał mu wierny, i pozwolić Eumaeosowi opowiedzieć sobie wszystko. Ona sama uda się w tym czasie do Sparty by przywołać Telemacha, który tam zawędrował w poszukiwaniu wieści o swym ojcu. Odyseusz jest zirytowany i pyta, dlaczego ona, która wie wszystko, sama nie poinformowała Telemach zamiast wystawiać do na niebezpieczeństwo dalekiej podróży, podczas gdy jego własność jest pożerana przez innych. Ale Atena uspakaja go: ona sama poprowadziła Telemacha, aby zdobył szlachetną sławę. Ma się dobrze w Sparcie i uniknie wszelkich niebezpieczeństw w podróży do domu. Po tych słowach dotyka Odyseusza różdżką i przemienia jego postać w żebraka. Wówczas znika.

Rozważana z zewnątrz, opowieść ta pełna jest cudów. Ale gdy spojrzymy bliżej, cudowność schodzi na dalszy plan a to, co naturalne przekonująco wkracza by zająć jej miejsce. Poruszające jest rzeczywiście przebudzenie Odyseusza. Po latach błąkania się znowu spał po raz pierwszy na swej ziemi a nawet nie wiedział, że przybył do domu. Rozgląda się. Region wydaje się dziwny. Jak często jego czyste nadzieje spotykało okrutne rozczarowanie! Wówczas łuski nagle opadają z jego oczu i rozpoznaje miejsce za miejscem z radosną pewnością. W głębszym pojęciu, danym nam przez poetę, wszystko to wydarza się za pośrednictwem bogini, która czyni miejsce najpierw nierozpoznawalnym, ponieważ życzy sobie sama poinformować o wszystkim Odyseusza. Wówczas spotyka miejscowego, który opisuje mu wyspę i nazywa ją Itaką. Ale to, co widzi jeszcze go nie przekonuje. To następuje dopiero, gdy wkracza bogini w cielesnym kształcie młodzieńca. Samotny, niesłyszany przez nikogo, człowiek, który był miotany przez dekadę, doświadcza obecności swej bogini w cudownej godzinie powrotu. To przyjazny obcy nią był. To, co teraz wypowiadają jej usta mógł równie dobrze powiedzieć obcy jako rzeczywisty człowiek. Ale bogini nadaje większą wagę wszystkiemu. Istotną korzyścią jaką odnosi z rozmowy z nią Odyseusz jest zapewnienie, że pomoże mu, kiedy dojdzie do bitwy. Co do niebezpiecznego przedsięwzięcia przeciw większym siłom zalotników nie daje mu żadnych wskazówek. Pozwala mu jedynie poczuć, jak ważne jest by wymyślić jakieś posunięcie, a kiedy prosi, by sama wymyśliła plan zemsty i stała przy jego boku, jej odpowiedzią jest jedynie zapewnienie o swej obecności. Tak to, co naturalne zdaje się tutaj cudowne, a cudowne naturalny. Jedynie na końcu coś niezrozumiałego ma miejsce. Bogini wie, że aby Odyseusz dowiedział się jak faktycznie sprawy stoją w jego domu i wybrał właściwy moment do działania, musi być nierozpoznawalny. Przemienienie go jest jedynym cudem w tym fragmencie. Atena sprawia go bezpośrednio przed swoim zniknięciem. Odyseusz zostaje jako nieszczęsny starzeć i nie musi się lękać, że ktokolwiek w jego domu może go rozpoznać jako pana. Ale to również wychodzi bardzo bliskie tego, co po prostu naturalne: dekady wojny, tułaczki i cierpienia upłynęły od czasu, gdy wyruszył.

Takie relacje mogą dać nam pewne pojęcie tego, co oznacza działanie bogów w ramach tego poglądu na świat. Często kusi nas, by wstawić słowo szczęście [fortune] – ale w głębszym i szerszym znaczeniu, zamierzonym przez Schillera w poemacie o tym tytule – w miejsce imion bogów. „Jak zaleta i fortuna są ze sobą związane” – to temat, który wiele opisów podsuwa naszym myślą w coraz to innym aspekcie. Tutaj zaleta jest nadrzędna. To z powodu jego bystrości Atena kocha Odyseusza i zawsze jest przy nim; mówi mu to sama [Od.13,331]. Choć z pewnością cnoty te same zawdzięczamy bogom, coś musi mimo to wyjść do człowieka by bóg mógł wkroczyć i dołączyć się do niego. Nie jest on we wnętrzu serca człowieka, ale na zewnątrz, na drodze, a człowiek musi wyruszyć, aby napotkać boga. Najpiękniejsze historie o namacalnym boskim towarzystwie czynią to oczywistym, a przez to brzmią tak prawdziwie. Niewierzący możne nazywać rzeczy, które zdają się cudownie wydarzać szczęśliwym przypadkiem. Logika nie może ustalić granicy, gdzie kończy się ludzka aktywność a zaczyna boska. Ale na wybranego i oświeconego, to, co boskie przychodzi w pewnym punkcie jego ścieżki z przemożną pewnością, a w pewnych specjalnych przypadkach, podnosi go do bezpośredniego widzenia bóstwa.

6

Najbardziej ze wszystkich oświecony jest poeta. Widzi wydarzenia na wskroś, nawet gdy uczestnicy widzą jedynie powierzchnię. A często, gdy uczestniczy odczuwają jedynie, że boska dłoń ich dotyka, poeta może nazwać boga, który działa i zna tajemnicę jego celu. To rozróżnienie między jego własnym głębszy rozumieniem i świadomością jego bohatera jest jednym z najczystszych dowodów żywej prawdy jego religii. Jest tu o wiele więcej cudowności, w tym, co objawia swym słuchaczom niż w doświadczeniu postaci z jego opowieści. Odczuwają coś nadludzkiego albo uznają wszystko za całkiem proste i naturalne. Tak może też każdy inny, kto chce się zmierzyć z opowieścią; nie będzie to błąd, gdyż to również jest prawdziwe.

Winniśmy teraz przytoczyć kilka przykładów, by pokazać, jak natchniony poeta (i tylko on) widzi boskie tło wypadków.

W Iliadzie, po wielkim zgromadzeniu zastępów, kompanie Greków ustawiają się do bitwy. Jedynie chwilkę przedtem wezwanie do powrotu do domu, którym Agamemnon chciał tylko ich sprawdzić spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem i potrzeba było całej elokwencji Odyseusza by na powrót wygrać ich dla sprawy wojny. Ale teraz wojna jest ich jedyną myślą. To, poeta może powiedzieć, jest dzieło Ateny, która niewidzialna przeczesywała szeregi Achajów ze swą egidą i zapalała serce każdego męża. „Wszystkim wydała się słodsza ta wojna niż powrót do domu w gładko ciosanych okrętach” [Il.2,456]

W przededniu decydującego dnia Penelopa nieoczekiwanie zjawia się w sali mężczyzn, gdzie był też Odyseusz, nierozpoznany przez nikogo oprócz Telemacha. Zalotników oczarował jej widok; nigdy przedtem nie wydawała się tak piękna a serce każdego mężczyzny zapłonęło pożądaniem. To w tej właśnie chwili Odyseusz zobaczył ją po raz pierwszy i patrzył na nią z dumą i rozkoszą. Słyszy jak przymilnie przemawia do zalotników, ale wie, że jej serce nastawione jest odmiennie. Tu stoi kobieta, dla której dzień następny zobaczy bitwę na śmierć i życie, cudowna nagroda przed oczami niesfornych zalotników oraz swego własnego męża a oczarowała tak jego jak tamtych. Taki był zamiar Ateny. Poeta może na powiedzieć [Od.18,158] jak wkładała w umysł Penelopy myśl, by pokazać się zalotnikom. Nagle zaśmiała się osobliwie i rzekła swej służącej, iż teraz pragnie wyjść przed zalotników, choć ich nie cierpi; pragnie też doradzić synowi, by trzymał się od nich z daleka. Kobieta doradziła jej najpierw zmyć swe łzy i namaścić się. Penelopa zlekceważył tę radę i poprosiła jednie aby przysłać jej dwie służące dla towarzystwa. Teraz jest sama przez kilka minut. Atena posyła jej słodki sen. Zatapia się w fotelu a jej członki rozluźniają się we śnie. A kiedy odpoczywa Atena namaszcza jej twarz drogocennym pachnidłem, którego Afrodyta używa, gdy tańczy z Gracjami. „uczyniła ją wyższą i tęższą na wejrzenie, a bielszą od rżniętej kości słoniowej”. Służebne przybywają do drzwi rozmawiając głośno a Penelopa się budzi. Potarła dłońmi policzki zdziwiona, że zmógł ją sen. Nikt nie wie, co wydarzyło się w tym krótkim czasie. Ale królewska pani jest promieniście piękna, kiedy przekracza drzwi sali mężczyzn otoczona towarzyszkami. Czy to, co się stało było cudem, czy najbardziej naturalną rzeczą w świecie? Nagłe pragnienie, które zadziwiło samą Penelopę, wypłynęło z głębokiej mądrości kobiecej natury, ale też sposobem boskiej opatrzności. A czyż sen nie jest zawsze czymś naturalnym i cudownym, w swej istocie i swych skutkach? Gdy po swym niekończącym się cierpieniu i znoju Odyseusz położył się w ukryciu na Feackim brzegu, bóg odesłał go, jak sam powiada, w bardzo głęboki sen [7,286]. Ale poeta sam opisuje wydarzenie następująco: „Atena zaś zlała na jego oczy sen i zamknęła powieki, by jak najprędzej uśmierzyć jego bolesne znużenie” [5,491].

Inny obraz. W szalejącej bitwie wielki strach może czasami dopaść nawet najpotężniejszego bohatera. Tak było z gigantycznym Ajasem [Il.11,544]. Stał zszokowany, zarzucił tarczę na barki i zaczął się wycofywać krok za krokiem. Wycofał się wolno, a od czasu do czasu obracał się b walczyć, ale mimo to wycofywał się. W języku poety: „w Ajasie Dzeus ojciec, pan wyżyn, obawę rozniecił”. Ajasowi udało się schronić, ale Patrokles padł niebroniony w ręce wroga [16,787]. W trakcie swego wściekłego natarcia nagle stanął naprzeciw Apolla. Nie widział boga, czuł jedynie potężne ramię, które z tyłu poraziło jego plecy, co go oszołomiło a świat zawirował przed oczami. Apollo strącił mu hełm w piach, złamał włócznię, tarcza opadła z ramion na ziemię a bóg rozluźnił zapięcia jego pancerza. Z umysłem zaćmionym i członkami opadającymi stał oszołomiony, a włócznia Eforbosa trafiła go w środek pleców. Mógł podjąć ostatnią próbę ratowania się, ale teraz Hektor doskoczył do niego od przodu i przebił go włócznią. Był to koniec jego wspaniałego zwycięskiego pochodu. Coś zatrważającego było w losie Patroklosa, a jest tak poruszający dlatego, że jest tak prawdziwy. Żaden przeciwnik nie mógł go pokonać, zanim wpierw nie został złamany przez demoniczne porażenie. Jego oczy się zamgliły, hełm upada w pył, włócznia się łamie na kawałki a pancerz się rozwiązuje. To, co nazywamy demonicznym – przerażająca koincydencja wewnętrznego i zewnętrznego niedomagania jest tu dziełem bóstwa. Człowiek, los którego stawia jako nie stawiającą oporu ofiarę wobec broni wroga. A miejscem, w które trafia oręż jest dokładnie tym, w którym ręka boga uderza ta mocno, że niepokonany bohater zachwiał się w swych zmysłach [16,791]. Nie widział swego oprawcy, ale umierając wie i może to powiedzieć radującemu się Hektorowi, że to Zeus i Apollo odjął od niego zbroję [16,845].

Nawet Achilles, jak pokazuje jego sławny pojedynek z Eneaszem [20,320], nie mógł dostrzec dominującej roli bóstwa. Jedynie zaskakujący rezultat przywiódł go do wniosku, że był tu zaangażowany czynnik boski. W trakcie swego pojedynku z Eneaszem, w którego tarczę właśnie trafił włócznią, nagle stracił zdolność wyraźnego widzenia. Zadziwiło go to i przywiodło do uznania, „A więc Eneasz jednakże dla bogów był nieśmiertelnych miły”. Ale pozostał skonsternowany odnośnie do tego, co faktycznie się stało. Poeta jednakże może nam to powiedzieć. Posejdon nagle wkroczył, zamroczył wzrok Achillesa i złożył mu pod nogi włócznię, która tkwiła w tarczy jego przeciwnika. Eneasza zabrał w mgnieniu oka na skaj pola walki i tam ukazał się, by poinformować go, jak głupim było walczyć z daleko silniejszym Achillesem. Wówczas, niewidziany, zdejmuje zamroczenie z oczu Achillesa. Opowieść daje wiele pokarmu dla myśli. Znaczące rzeczy wydarzają się, gdy wojownicy się ścierają, a to emocje uczuciowo rozbudzonych temperamentów są znaczące. Gdzie znajduje się linia rozgraniczająca to, co naturalne i to, co cudowne?

To samo pytanie można zadać w przypadku bardzo podobnej relacji z pojedynku między Achillesem i Hektorem [20,438], która jednak kończy się rozpoznaniem przez Achillesa tożsamości boga, który zadecydował o jego zwycięstwie. Ze straszliwym krzykiem skacze do Hektora gorąco pragnąc go zabić – ale przeciwnik zniknął. Trzykrotnie nacierał i trzykrotnie jego uderzenie przeszywa powietrze. Wie teraz, że Hektor został uniesiony w bezpieczne miejsce przez swego obrońcę Apollina. Poeta mówi nam, że bóg uczynił go niewidzialnym w gęstym obłoku w chwili natarcia Achillesa i usunął go ze pola walki. Relacja ta jest podobna, a częściowo werbalnie identycznie z inną [5,432], gdzie Diomede, którego Atena uzdolniła do widzenia bogów, trzykroć naciera na Eneasza, którego chronił Apollo i spowił go w chmurę i trzykroć odrzucany jest przez boga, aż za czwartą próbą bóg grozi mu grzmiącymi słowami. W poprzednim fragmencie poeta nie mówi, że Achilles widział boga w działaniu. Ale zdobycz, której był pewien, dość niespodziewanie zwodzi go; przy każdym nowym ataku przeszywa powietrze, a wówczas wie, kto go zwiódł. Nawet w ostatnim pojedynku między dwoma bohaterami, Apollo był pomocnikiem Hektora, ale gdy Hektorowi przeznaczono umrzeć, Apollo go opuścił [22,213]. W każdej sytuacji Atena była u boku Achillesa.

Szczególnie poruszająca jest scena [21,595nn], w której Achilles znowu traci swego przeciwnika w chwili, gdy go atakuje i odwodzony jest dalej i dalej przez złudzenie, że bliski jest dosięgnięcia go. Tu to, co cudowne występuje naprzód w całej okazałości bez przebrania. W samotnym oddaleni Achilles nagle spogląda w oczy boga, którego sztuczka zwabiła go tam. Relacja poety przedstawia się następująco: aby powstrzymać straszliwego bohatera, Apollo ośmiela Agenora, by stawił czoło Achillesowi. Pierwsze starcie mogło naturalnie być dla niego ostatnim. Ale Apollo, niewidoczny, nagle zabrał go stamtąd, a sam przyjąwszy postać Agenora biegł przed nacierającym Achillesem, spodziewającym się, że dosięgnie go w każdej chwili, aż pozostawił go z daleka od miasta na równinie. W tym czasie Trojanie mogli schronić się za murami. Ale daleko na równinie bóg nagle odwrócił się i wyśmiał goniącego go: „Czemu mnie, synu Peleusa, szybkimi ścigasz nogami, człowiek śmiertelny - mnie - boga nieśmiertelnego? Czyś we mnie boga dotychczas nie poznał, że tak zaciekle mnie gonisz? Nawet o Trojan już nie dbasz, chociaż ich sam rozgromiłeś, oni do miasta uciekli, a tyś aż tu się zapędził” [22,8]. Epizod ten dotyczy jedynie Achillesa i boga. Dość częstym zjawiskiem jest w życiu burzy i bitwy, że człowiek długo ściga zjawę. Ale tu zdarza się, że złudzenie nagle i w samotności ukazuje człowiekowi, który zbłądził wieczne oblicze i pozwala mu zrozumieć, że jego wściekła determinacja była jedynie narzędziem wyższej mocy. To tak wielkie i prawdziwe, że jesteśmy gotowi wierzyć w cud.

7

Znaczące połączenie tego, co naturalne i tego, co cudowne, które zachowuje prawa każdego nienaruszone, znalazło klasyczny wyraz w słynnych historiach o bogach, którzy zjawiają się na ziemskiej scenie w ludzkiej formie. Najwyraźniej zachodzi to całkiem naturalnie. W sytuacji, której wagi uczestnicy mogą nie być świadomi, nagle jakiś dobry przyjaciel albo towarzysz interweniuje i mówi czy czyni coś ważnego. Jedynie poeta wie, że pod nieznaczącą powierzchowności skryty jest bóg, który przybrał postać człowieka. Takie interwencje wywołują wielkie skutki. Zwracają uwagę na coś i natychmiast uzmysławiają tego znaczenia, a jeśli wymagane jest energiczne działanie, potrafią natchnąć płomiennych duchem męstwa i siły.

Gdy Eneasz został unieszkodliwiony przez Diomedesa, Ares pod postacią trackiego wodza Akamanta wmieszał się w tłum Trojan aby przydać im odwagi [Il. 5,461]. Z krzykiem zapytał ich, czy mają zamiar czekać, aż Grecy staną przed bramami ich miasta: potężny Eneasz leży powalony, a ich zadaniem jest go ocalić. Nikt nie odpowiedział mówcy a dalej więcej nie mówi się o jego osobie. Można powiedzieć, że jest całkowicie skuteczny, gdyż zaraz po jego przemowie sytuacja się zmienia. Wszyscy są namiętnie wzbudzeni. To, co bóg w ludzkiej formie powiedział, Sarpedon mówi do Hektora, jakby z własnego pobudzenia, a słowa te dotknęły go do żywego. Natychmiast zeskakuje z rydwanu i zapala Trojan do ożywienia oporu. Ares ochrania żołnierzy i w ludzkiej formie walczy u boku Hektora aż Grecy zaczynają się chwiać. Wówczas Hera i Atena, za zgodą Zeusa, postanowiły wspomóc Greków przeciwko Aresowi. Hera przybywa w postaci Stentora, który posiadał najpotężniejszy ze wszystkich głos [Il. 5,785] i wykrzykuje do tłumu, że czymś haniebnym jest ich niezdolność do odparcia Trojan po wycofaniu się Achillesa. To roznieca ich ducha i natychmiast serca zaczynają bić żywiej. Sam tylko Diomedes dostąpił zaszczytu ujrzenia swej bogini. Nagle staje ona przed nim i przemawia do niego. Staje nawet na rydwanie i kieruje jego konie prosto przeciw Aresowi [Il. 5,793].

Wiele mówi opis dokonanej przy innej okazji interwencji Apolla. To godzina, w której ma się wypełnić los Patrokla. Zapomniał ostrzeżenia swego przyjaciela. Upojony zwycięstwem szturmuje w kierunku Troi roznosząc śmierć i przerażenie na wszystkie strony. Patrokla „bogowie na śmierć przyzywali” [Il. 16,694], ale przed zagładą, jego gwiazda świeci najjaśniej. Wspiął się nawet na mury miasta, ale wówczas interweniował Apollo. Tylko z Patrokles skonfrontował się boski majestat. Najpierw zdarzyło się to na murach miasta, gdy grzmiący głos boga odrzucił go w zadziwieniu, i znowu na polu bitwy. Pomiedzy tymi zdarzeniami Apollo wyprawił człowieka, który miał zadać śmiertelny cios. Był to Hektor. Jemu ukazał się w ludzkiej formie, jako starszy krewniak, brat matki, imieniem Azjos, i rzekł do niego: „Czemu, Hektorze, przerwałeś walkę? Czy to ci przystoi? Gdybym o tyle mocniejszy był, jakem słabszy od ciebie, pewno byś mocno żałował, że wycofałeś się z bitwy. Nuże więc, na Patroklosa swe konie o mocnych kopytach skieruj i walcz z nim, a sławą obdarzy ciebie Apollon” [16,715]. To krewny zatem, dość nieznaczna postać, który przywołał uwagę Hektora na względy Apollina, a przez człowieka tego przemawiał bezpośrednio sam Apollo. Bez słowa odpowiedzi Hektor wkracza do walki, zmierzając bezpośrednio do Patrokla. To, co bóg obwieszcza ustami człowieka musi być prawdą. To prawda, że Patrokles musi jeszcze sięgnąć szczytu swej chwały. Kamień, który rzucił zabija woźnicę Hektora, o którego ciało wywiązuje się straszliwa walka, zakończona zwycięstwem Greków. I wówczas Patrokles rzuca się na nowo na wroga – i trafiony jest strasznym uderzeniem Apolla, który wydaje go bezbronnego wrogowi i pozwala Hektorowi bez wysiłku zdobyć zaszczyt, który mu Apollo, w postaci Azjosa przepowiedział.

Po upadku Patrokla Hektor pożąda jego rydwanu zaprzężonego w boskie konie, który jednak uchodzi kierowany przez Automedona. Wówczas Euforbos zaczyna walkę z Menelaosem o ciało Patrokla [17,1]. Euforbos pada, a Menelaos ma właśnie zedrzeć z niego zbroję. W tym momencie Hektor nagle widzi przed sobą Mentesa, wodza Kikonów. „Śpieszysz, Hektorze, powiada, w tej chwili, by ująć, co nieuchwytne - konie dzielnego potomka Ajakosa. Śmiertelny człowiek nie zdoła ujarzmić ich ani w cuglach prowadzić oprócz jednego Achilla, co synem jest nieśmiertelnej matki. Tymczasem Atryda, wódz Menelaos waleczny, krążąc dokoła Patrokla, zabił ci syna Pantosa, najdzielniejszego wśród Trojan, Euforba, co walkę zakończył” [17,75]. Gdy Hektor to słyszy, straszliwy żal przejmuje jego serce. Rozgląda się i widzi swego przyjaciela leżącego we krwi i Menelaosa zdzierającego z niego zbroję. Hektor naciera z krzykiem a Menelaos się cofa. Nie ma nic cudownego w tak opowiedzianym epizodzie. Szczęśliwie dla Trojan, towarzysz poinformował Hektora o upadku Euforba we właściwym momencie, tak, że wrócił do zasadniczego starcia. Ale towarzysz, który wypowiedział te słowa był w rzeczywistości, jak poeta wie, Fojbosem Apollo, który przybrał wygląd Mentesa dla tego celu. Tak bogowie są nie tylko sprawcami decydujących czynników: oni sami są decydującymi czynnikami. Jako tacy zaczepiają człowieka na jego drodze, a znajoma postać, którą na niej spotyka jest tylko osłoną boga. W historii przytoczonej wyżej, bosko-ludzka interwencja nie jest niczym innym niż skutkiem. Hektor nie odpowiada; czuje jedynie użądlenie w sercu i rozgląda się. Ale mówca znika.

Ponownie rozgorzała walka wokół ciała Patroklesa. Zeus decyduje się dodać Grekom odwagi i wysyła im Atenę. Okryta świetlistą chmurą zstępuje z niebios i porusza się niewidziana wśród szeregów. Pragnienie walki wzrasta we wszystkich sercach. Pierwszy mężczyzną, którego do niej zagrzała był Menelaos. Nie widzi on bogini ale znajomego starca Fojniksa, który wskazuje, że hańbą jest pozwolić, by mąż, którego Achilles kochał najbardziej był rzucony trojańskim psom. Po wezwaniu Fojniksa, by wytrwać i zagrzewać wojska, Menelaos odpowiada: „Oby mi tylko Atena mocy dodała i groźne powstrzymywała pociski, wtedy na pewno wytrwale przy Patroklosie bez skazy stałbym, ponieważ śmierć jego smutkiem przejęła mi serce. Hektor jednakże z szaleństwem nieugaszonych płomieni spiżem bez przerwy naciera. Dzeus jemu sławę przeznaczył” [17,561nn]. Atena raduje się że bohater pomyślał o niej przed innymi bogami i napełnia go siłą oraz czyni jego serce wytrwały, tak, że nic już nie może go zatrwożyć czy zmieszać. Tak więc wkracza do walki i zabija wojownika szczególnie drogiego Hektorowi. Zdolny jest nawet wynieść ciało bez trudności z zasięgu trojańskiej broni do swych ludzi. Nawet Hektor go nie powstrzymał [17,582]. Czy nie zauważył, co się właśnie wydarzyło? Chwilę wcześniej wycofał się przed dwoma Ajasami [17,534]. Teraz, wreszcie zorientował się. Jego przyjaciel Fajnop stanął przed nim i napomniał go w twarz: „’Kogo, Hektorze, z Achajów innych obawą napełnisz, jeśli tak ciebie Menelaj przestraszył, ten sam, który nigdy włócznią nie władał zbyt biegle. Teraz zaś umknął, unosząc zwłoki do Trojan. I zabił potomka Eetijona w pierwszych szeregach, Podesa, co towarzyszem był wiernym’ Tak powiedział. Hektora zgryzoty chmura okryła czarna. Przez pierwsze szeregi wyruszył w świetlisty spiż zbrojny.” [17,586]

Te dwa obrazy dają nam bardzo jasne pojęcie o boskiej interwencji i jej skutkach. Nie znajdujemy tu niczego dziwnego; ale wszystko doświadczane jest i traktowane na prawdziwie grecki sposób. Hektor widzi Menelaosa wynoszącego ciało drogiego przyjaciela. Uderzony jest nieopisanym smutkiem i głębokim wstydem. Ten żal i samooskarżenie są głosem Apollona, który, nierozpoznany do niego przemawia. Myśli natychmiast stają się czynami. Nie ma więcej mowy o człowieku, poprzez którego usta bóstwo przemówiło. Menelaos także dręczony jest przeszywającym poczuciem własnej nieudolności. Ale cóż może on, mniejszy bohater, uczynić przeciwko potężnemu Hektorowi i jego szczęściu? Odpowiada więc na upominający głos, który w rzeczywistości należy do Ateny, z modlitwą do tej właśnie bogini. Natychmiast jego członki napełniają się duchem bogini bohaterów. Nie jest to właściwie prośba o boską pomoc: jego wypowiedź jest raczej znakiem obecności samej bogini.

Te same czynniki rozpoznajemy w historii spotkanie Eneasza z Achillesem [20,79]. Nawet jeśli wcześniejsze doświadczenie dało Eneaszowi dobry powód by unikać Achillesa, tutaj mierzy się z nim z niezłomną odwagą i pogardliwie kpi z uwagi przeciwnika, który przypomina, że rywalizacja między nimi nie jest równa. Zuchwalstwo to jest dziełem Apolla, który nagle wkroczył na jego ścieżkę, czego Eneasz nie był świadomy. Dla Eneasza to był jego rodak Lykaon, syn Priama. Lykaon zapytał go strofująco: „Gdzie się podziała chełpliwość twa, Eneaszu, dowódco Trojan, gdy królom trojańskim obiecywałeś przy winie, że z Achillesem Pelidą twarzą w twarz staniesz, by walczyć?” [20,83]. Eneasz odpowiedział, że Lykaon musi wiedzieć, że nie ma mowy o mierzeniu się z Achillesem; zawsze bowiem był przy nim bóg by go chronić. On sam odkrył to, gdy jedynie ucieczka z pomocą boską wyrwała go z tych straszliwych rąk. Gdyby niebiosa zapewniły równe szanse, Achilles spotkałby swego. Rzekomy Lykaon odpowiada wówczas znacząco: „’A więc i ty, bohaterze, do bogów wiecznie żyjących pomódl się! Mówią, że rodzi cię Afrodyta, Dzeusowa córa, a tamten od niższej wszakże bogini pochodzi. Ta jest przez Dzeusa zrodzona, a tamta przez starca morskiego. Niepokonany więc dźwignij spiż i niech ciebie bynajmniej nie przestraszają pogróżki chełpliwe i złorzeczenia’. Tak powiedział. I wielkie tchnął męstwo w pasterza narodów, który tymczasem w szeregi wszedł pierwsze w promienny spiż zbrojny.” [20,104]. Tak poeta snuje swą opowieść. Na ostatnie słowa Eneasz nie odpowiada, ani nie pada żadne więcej słowo jego przyjaciela. Jest za to cudowny skutek: Eneasz, który ciągle był bojaźliwy, nagle napełniony jest odwagą. To skutek obecności boga. Nie mówi się nawet, że Eneasz skorzystał z rady by pomodlić się do bogów. Tutaj również to boska obecność która wzbudza myśl i w tym samym czasie wywyższenie w którym modlitwa i jej spełnienie są jednym.

Kilka fragmentów z Odysei ukazuje specjalną subtelność tak prezentując interwencję bóstwa, że cudowność zdaje się naturalna a naturalność cudowna.

Odyseusz dociera na wybrzeże Feaków bezradny i nagi. Nauzyka odziewa go i karmi oraz eskortuje część drogi. Ale przy gaju Ateny opuszcza do na jego szczęście [Od. 6,321nn] i może radzić mu tylko odszukać pałac, przejść cicho przez megaron i błagać jej matkę, zasiadającą na tronie przy palenisku. Spełniając jej życzenie Odyseusz czeka jakiś czas przed wejściem do miasta. Dociera nie zaczepiony i nie niepokojony przez nikogo. Ukazuje mu się królewska rezydencja i po kilku chwilach rozważania przekracza jej próg. W hallu zebrani są ludzie na wieczorne libacje, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Tak dociera do paleniska bez przeszkód i dopiero wówczas obcy zostaje zauważony u stóp królowej. Jego wzruszająca prośba o bezpieczne doprowadzenie do domu wywołuje niezwykły skutek. Król podnosi go własnymi rękoma i odprowadza na honorowe miejsce. Bezbronny człowiek jest bezpieczny a o jego losie postanowiono. Oto bóstwo w działaniu. Jego droga do miasta i pałacu mogła przynieść nieuprzywilejowanemu obcemu wiele męczących czy nawet niebezpiecznych spotkań. W rzeczy samej, słyszymy, że Feakowie nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców [Od. 7,32]. Prawda, że słońce już zachodziło [6,321] a ciemność mogła odwrócić uwagę; ale szczęście także było potrzebne. A obcy musi polegać na szczęściu w swym dopytywaniu się o drogę do pałacu nie natknąć się na niewłaściwą osobę. Szczęście to – jak poeta nam mówi – było dziełem bogini Ateny. W rzeczywistości to ona sama jest szczęściem, i mamy tutaj faktyczne potwierdzenie powiedzenia, że bogowie są sprzyjającym czynnikiem, który człowiek spotyka w swych przedsięwzięciach. Zanim opuszcza gaj Ateny Odyseusz modli się do bogini: „Daj mi przyjść do Feaków pod osłoną przyjaźni i litości” [6,327]. Gdy rusza w kierunku miasta, ona osłania go mrokiem – już jest prawie noc – tak gęstym, że żaden przechodzień nie mógł go zauważyć ani zatrzymać. Przy wejściu do miasta jednakże, gdzie potrzebował przewodnika, nagle spotyka młodą dziewczyną idącą z dzbanem po wodę. Dziewczyna jest bardzo chętna pokazać mu drogę. Zanim wejdzie do pałacu spotyka go i daje mu pewne wartościowe wskazówki. Znajdzie tam szlachetnie urodzonych przy stole; najpierw musi zwrócić się do królowej; jeśli królowa jest przyjaźnie nastawiona, może żywić nadzieję na powrót do ojczyzny. Odyseusz postępuje jak mu poradzono. W hallu nikt go nie dostrzegł zanim nie objął kolan królowej. To za sprawą nieprzeniknionej mgły, która okryła go Atena i która teraz znikła, tak, że widok klęczącego obcego wywołuje nieme zaskoczenie. Ale atena była także przyjazną dziewczyną, która wskazała mu dobry kierunek i dała dobre rady. On sam nie jest tego świadomy, my również nie bylibyśmy, gdyby poeta nie zasugerował tego, nie znaleźlibyśmy niczego niewiarygodnego w tej historii i nie odczulibyśmu niczego więcej niż to, że bohater miał „szczęście”. To prawdziwe „szczęście” nie opuszcza go również w dniach następnych, na radzie Feaków i ich igrzyskach; tutaj również bogini Atena sama zaangażowała się w każdą sprzyjająca okoliczność [8,1nn]. Ranem królewski herold przemierza miasto wzywając członków rady na zgromadzenie gdzie oczekuje ich Alkinoos by przedstawić gościa: warto spotkać tego obcego; z samego wyglądu podobny jest nieśmiertelnym i zdobył wiele doświadczeń na dalekich morzach. Tak zainteresowanie Feaków dodatkowo zostało wzbudzone na korzyść Odyseusza. Ale kiedy zobaczyli go osobiście, napełnieni zostali podziwem, gdyż bogini obdarzyła go imponującym pieknem i siłą. Stąd wszyscy zgadzają się na propozycję króla, by wyekwipować okręt dla jego podróży do domu. Wówczas ma miejsce uroczyste przyjęcie w królewskim domu, a po uczcie zorganizowano igrzyska. Tutaj, zgodnie z planem Ateny, obcy, którego piękno, dowcip i prezencja zdobyła serce, mógł wywrzeć wrażenie swą niezrównaną siłą. Jego początkowa odmowa wzięcia udziału odczytana została przez zuchwałego młodzieńca jako przyznanie się do niekompetencji. Wówczas Odyseusz chwycił najcięższy dysk i cisnął go daleko poza znak osiągnięty przez najlepszego ze swych poprzedników. Świst potężnego pchnięcia wywołał ogólne zmieszanie, wówczas, gdy kamień dotarł do ziemi, był tam człowiek, który uczynił znak i wykrzyknął: „Nawet ślepy odróżniłby, gościu, twój znak po omacku: nie miesza się on z ciżbą innych, sam stojąc na przedzie. Możesz być dumny z tego rzutu, nie dosięgnie go żaden z Feaków ani nie przewyższy”. Odyseusz cieszy się, że znalazł przyjaciela na polu; ma powód by być mu wdzięczny, gdyż to dzięki niemu jego osiągnięcie zostało właściwie zauważone. Ale człowiekiem tym była w rzeczywistości Atena [8,293]. Ona była również tym heroldem, który zwoływał starszych na zgromadzenia i zachwalającym zalety Odyseusza. Tutaj zatem również, boskie cuda w tle składają się z całkiem nieznacznych, ale decydujących przypadków. Trwają dla poety, który oświecony jest przez bóstwo, by rozpoznać to tło, podczas gdy uczestnicy mogą dostrzec jedynie naturalny bieg wypadków.

8

Ale w szczególnych momentach i dla szczególnych osób bóstwo samo wykracza z tego tła i ukazuje się wybranej jednostce w swej prawdziwej formie. Przydarzyło się to Odyseuszowi, kiedy przywieziony do domu przez statek Feaków podczas snu nie mógł po przebudzeniu rozpoznać Itaki. Gdy krążył tam i z powrotem po wybrzeżu lamentując przyszedł do niego młody mężczyzna o szlachetnym wyglądzie, który powiedział mu gdzie się znajduje [Od. 13,221nn]. Ale nagle, czyniąc usilne próby oszukania nieznajomego co do swej tożsamości i pochodzeniu, poczuł dotyk kochającej dłoni i zamiast młodzieńca stała przed nim uśmiechająca się kobieta – Atena! O jej wypominkach i znaczeniu jej pojawienia się mówiliśmy obszernie wyżej.

Takie cielesne manifestacje boskiej istoty relacjonowane są w wielu fragmentach Homeryckich poematów. Ale zanim zajmiemy się okolicznościami i formami w jakich się pojawiali musimy bliżej zaznajomić się z innym sposobem manifestowania się boskości, której szczególnością jest, że człowiek faktycznie dostrzega i odczuwa bliskość bóstwa, ale dopiero po jego odejściu i nie mając jasności co do jego tożsamości.

W trakcie straszliwego kryzysu bitwy przy statkach, gdy Hektor wiodący swych towarzyszy do ataku z dzikimi krzykami, Posejdon w formie Kalchasa nagle zjawił się dwóm najbardziej wypróbowanym herosom spośród Greków, dwóm Ajasom, od których męstwa teraz wszystko zależy [Il. 13,43n]. Nie brakowało im chęci do walki, ale bóg w przebraniu przyjaciela musi uświadomić powagę nadchodzące groźby a jednocześnie odwołać się do ich wiary w siebie. Czyni to z wielką subtelnością, odnosząc ich do bóstwa: „Oby któregoś z was obu jakiś bóg serce nakłonił, by przeciwstawić moc swoją tamtemu i innych pobudzić, wtedy, choć dziko szturmuje, zdołacie go od okrętów cofnąć”[Il.13,55n]. Wówczas trącił ich obu laską „i wielką mocą napełnił, ciałom użyczył zwinności i nogom, i rękom do ramion. Sam zaś uleciał w postaci szybkoskrzydłego jastrzębia,”[13,60]. „Pierwszy go poznał Ojleja syn, Ajas niedościgniony, i do Ajasa, co synem był Telamona, powiedział: ‘Chyba, Ajasie, nam jakiś bóg, który przybył z Olimpu, wieszczka przybrawszy kształt, walczyć nakazał obok okrętów, gdyż on Kalchasem być nie mógł z ptasiego lotu wróżącym. Łatwo poznałem to, patrząc na ruchy stóp i goleni, gdy nas opuszczał. Nietrudno jest bowiem boga rozpoznać. Więc mnie samemu z mej piersi miłej wyrywa się serce żądzą zmierzenia się z wrogiem; i bić się pragnę, i walczyć. Nogi, ręce i ramiona moje tęsknią do bitwy’. Na to mu tak w odpowiedzi rzekł Ajas, syn Telamona: ‘Także ma dłoń niezmożona do rzutu celnego mej włóczni tęskni i zapał goreje we mnie, a stopy pode mną pragną już biec, aby zmierzyć się wreszcie, chociażby samotnie, z synem Pryjama, Hektorem, co wciąż niesyty jest walki’”[13,66nn]. Tak wielka jest bezpośrednia skuteczność boskiej obecności. Ale tylko jeden z nich dwóch w pełni rozpoznał cudowny element skryty za naturalnoscią a nawet on wiedział jedynie, że to był, jak rzekł „jakiś bóg”. Jedynie poeta może powiedzieć, iż to był Posejdon. Mówi nam także, że Atena zesłała mimowolny sen na powieki Odyseusza, gdy przybył na Feackie wybrzeże [Od. 5,494], podczas gdy sam Odyseusz wie jedynie, że „bóg” rzucił na niego głęboki sen [7,286]. Spotykamy się z tym znaczącym rozróżnieniu dość często u Homera. W toku opowieści, która zaczyna się doświadczeniem dwóch Ajasów, bohaterowie trojańscy kilka razy podżegani są przez Posejdona, czasem w postaci Kalchasa a czasem kogoś innego [Il. 13,216], ale żaden nie zauważa, że mówca, którego słowa są tak skuteczne jest kimś więcej niż człowiekiem.

W historii Telemacha [Od. 3,329], bóstwo obecne w ludzkim kształcie rozpoznawane jest w momencie znikania. Stary Mentor, który odwiedził Nestora jako towarzysz Telemacha, był w rzeczywistości Ateną. Zapadł wieczorny mrok a uczta ofiarna, którą cieszyli się, zaczęła się kończyć. Nestor oferuje im nocleg w swoim domu. Mentor sam odmawia, i sugeruje, by Telemach skorzystał z zaproszenia; on sam miał zamiar spać z załogą i kontynuować swą podróż po świcie. Poleca Telemacha Nestorowi – i nagle znika. Odejście było jak lot wielkiego ptaka morskiego [3,372], a wszyscy obecni byli zdumieni i zadziwieni. Stary Nestor pierwszy znalazł słowa: to bóg towarzyszył Telemachowi, i nikt inny, tylko dostojna córka Zeusa, opiekunka jego szlachetnego ojca. Kończy modlitwą do bogini. To przy odejściu cud ujawnia sam siebie, tym razem, wobec grupy świadków. Ale była to godzina dziwów, późny zmierzch, który sam sprawia na raz, że rzeczy stają się niejasne i powoduje, że znikają. Poeta z pewnością nie miał chciał powiedzieć, że Atena nagle zmieniła swą postać z Mentora w orła morskiego. Ten obraz służy jedynie do ożywienia jej zniknięcia, które było zdumiewające ale całkiem pozostające w ramach dziwów zmierzchu.

Przy pierwszym spotkaniu z Ateną [Od. 1,103] Telemach nie miał takiego tłumacza jak Nestor przy sobie. A choć szczególny krok odchodzącego Mentesa, w kształcie którego się zjawiła, rozpoznał, że tym, kto z nim rozmawiał było bóstwo, choć nie wiedział które [1,323]. Zatopiony w myślach siedział między wesołymi i pijącymi zalotnikami swej matki; wyobrażenie ojca unosiło się przed nim, a on myślał, jak wspaniale byłoby, gdyby jego ojciec nagle przybył i pogonił zalotników z jego własności [1,115]. Wówczas zobaczył wchodzącego gościa. Z rycerską uprzejmością poprowadził go na honorowe miejsce i posadził u swego boku. Jego zamiarem było wypytać go o swego nieobecnego ojca [1,135]. Obcy, który przedstawił się jako Mentes, wódz Tafijczyków i stary przyjaciel rodziny [1,180], natychmiast zaczął mówić o Odyseuszu i zapewnił Telemacha, że ten żyje i wkrótce powinien wrócić: to mu nieśmiertelni włożyli do serca, by powiedział. Słuchał relacji Telemacha o zachowaniu zalotników i wyraził życzenie, by nagle Odyseusz wszedł i załatwił z nimi sprawę krótko. Tak jego myśli i wyobrażenia zbiegły się z tymi, które zajmowały Telemacha w momencie jego przybycia. Potem usilnie zachęca go, by okazał się mężczyzną. Musi postarać się wydostać spomiędzy zalotników i wyruszyć w podróż do Nestora i Menelaosa w poszukiwaniu wieści o ojcu. Jest wystarczająco dojrzały i silny by działać niezależnie. Musi wiedzieć, jak był w świecie sławny Orestes za zabicie mordercy swego ojca. Po tych słowach gość odchodzi. Nie powstrzymują go apele Telemach – i nagle znika, podczas gdy w piersi Telemacha zagościła siła i odwaga, a postać jego ojca jest bardziej wyrazista przed jego oczami niż kiedykolwiek. Zadziwiony Telemach czuje cud i domyśla się, że rozmawiał właśnie z bogiem. Poeta porównuje to niezwykłe odejście bogini z odlotem ptaka [1,320]. Ale tylko Telemach wyczuł cud. Zalotnicy byli zajęci słuchaniem barda, jak poeta wprost wspomina na początku i na końcu wizyty bogini [1,155; 1,325]. Nie zauważyli więc obcego. Jedynie Eurymachos potem pyta Telemach, kim on był [1,405], uderzył go fakt, że obcy nagle pojawił się i odszedł zanim zdążono wypytać go o jego pochodzenie. Ale nie myślał o cudzie; ten był zarezerwowany dla Telemacha, którego jedynego to obeszło. W rzeczy samej, tak wyrósł z naturalności sytuacji, że musimy widzieć go jako część naturalności.

Tutaj także, jak w wielu analizowanych wyżej przypadkach, to, co cudowne nie jest obcym naruszeniem tego, co naturalne, ale chwilowym wyłonieniem się z jego tła, które może nagle wstrząsnąć duszą wybranego i wzbudzić w niej przeczucie, a w pewnych przypadkach nawet jasne rozpoznanie boskości. Cóż z tego, co Atena w postaci Mentesa powiedziała Telemachowi, czego zgodnie z naszym pojęciem, jego własne serce nie mogło mu powiedzieć? Siedział pośród znienawidzonych zalotników a wyobrażenie jego królewskiego ojca wzrosło przed nim: czyż nie mógłby przyjść i położyć nagły koniec ich zuchwałej niegodziwości! I wówczas Atena odchodzi, jego serce jest pełniejsze niż kiedykolwiek myśli i ojcu. Ożywiła nadzieję, że może wrócić; wzbudziła męską determinację i sprawiła, że zaczął myśleć o wypytaniu się w Pylos i Sparcie o ojca, za którego widokiem tęskni. Zgodnie z naszym sposobem myślenia, jego własne refleksje i marzenia przywiodły go do tego punktu i pozostawiły go w tym podniosłym nastroju. Ale dla Greków takie decydujące myśli i skłonności są zawsze skutkiem obecności boga; a w tym wypadku to, co wychodzi na jaw w człowieku jest tak znaczące, że on czuje obecność boga. Widzi gościa, który właśnie do niego przemówił odchodząc i w następnym momencie, nawet nie dotarłszy do drzwi, znikającego jak ptak z nagłym zrywem w górę i już go nie ma. To, co usłyszał, sprawiło, że jego serce zabiło mocniej. Nie może być wątpliwości: to musiał być bóg. Opis odejścia Ateny wydawał się niewłaściwy. Ale postać, której poeta używa jest tak zamierzona i właściwa tutaj jak w scenach dyskutowanych wyżej, gdzie boska osoba rozpoznana jest jako taka przez dziwny sposób zniknięcia. W przypadku Nestora, to prawda, dziw zdarzył po zapadnięciu zmroku, podczas gdy tutaj ciągle jest pełnia dnia. Ale Telemach, którego odwiedzono, jest jedynym, który dostrzegł cud. Zalotnicy niczego nie zauważyli.

Kontakt z bóstwem zawsze poprzedza bezpośrednio przełomowe czyny. Telemach w jednej chwili wchodzi między zalotników, by działać [1,324]. Powiadamia ich wówczas o imieniu i charakterze już nieobecnego gościa, choć sam wie dobrze, że był kimś więcej niż człowiekiem [1,420]. W kolejnym dniu przemawia publicznie do mieszkańców Itaki z męską odwagą a kiedy zafrasował go brak dobrej woli z którym się spotyka, udaje się na brzeg morza by się modlić: „Usłysz mnie bóstwo, któreś wczoraj nawiedziło nasz dom i kazało wybrać się w okręcie na mgliste morze po wieść o powrocie tak długo nieobecnego ojca. Ale mi tego wzbraniają Achajowie, zwłaszcza zalotnicy, zuchwali i źli” [2,262]. Ledwie to powiedział, gdy Mentor, który energicznie interweniował w jego sprawie na zgromadzeniu stanął za nim. To jego prosił Odyseusz, by zatroszczył się o jego dom, gdy udawał się na wojnę. Energicznymi słowami wzmocnił pewność siebie młodzieńca i obiecał dostarczyć statek i siebie jako towarzysza wędrówki. Tym razem również bóstwo skryło się pod postacią jego przyjaciela, jak uzmysłowił sobie Telemach dopiero później, w Pylos, przy jego odejściu, gdy wzmianka Nestora pozwoliła uzmysłowić sobie, że to Atena mu towarzyszyła. Gdyż choć poeta wspomniał jej imię wcześniej, nie zamierzał sugerować, że Telemach jest jego świadomy. W najbardziej rozstrzygającej chwili w bitwie między Odyseuszem a zalotnikami Atena znów zjawia się w postaci Mentora [22,205]. wielu czytelników uznało za błąd tą scenę, ale jest ona istotna, gdy na prawdziwie Homerycki sposób podkreśla jeden z wielkich punktów zwrotnych tej historii za pomocą interwencji bóstwa. Co więcej, jej pozorne mankamenty znikają, gdy podążymy za poetą uważnie i bez uprzedzeń. Odyseusz wystrzelił wszystkie strzały. Uzbrojony do decydującej bitwy stoi na progu z Telemachem i dwoma pasterzami u boku. Jak niewielka jest to drużyna w porównaniu do towarzystwa zalotników! Wkrótce włócznia polecą. W tym momencie Atena pod postacią Mentora nagle staje po stronie Odyseusza. Uradowany nieoczekiwanym pojawieniem się przyjaciela, Odyseusz zachęca do przyłączenia się: „ «Ratuj nas Mentorze, wspomnij miłego druha, który ci niejedno dobro wyświadczył. Jesteś mi przecie rówieśnikiem ». Tak mówił czując, że to wojowładna Atena” [22,210]. Mentor nie zwraca uwagi na groźby zalotników. Przypomina Odyseuszowi o jego bohaterstwie pod Troją, gdy jego miecz powalił wielu wojowników a miasto Priama upadło dzięki jego bystrej radzie. Wszystko to uczynił, co więcej, z powodu Heleny; „jakże więc teraz, gdyś przyszedł do swego domu i mienia, wobec tych zalotników jęczysz zamiast okazać swą moc? Hejże, kochanku, przy mnie stawaj i patrz: zobaczysz, jak Mentor, syn Alkimosa, w walce z nieprzyjaciółmi odwdzięczy się za twe dobrodziejstwa” [2,233]. Oczekujemy teraz jakiegoś działania, ale nic się nie dziej; mówca nagle znika. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, ale po krótkim namyśle uzmysławiamy sobie, że zdarzenie to jest logiczne. Odyseusz musi szukać ostatecznego rozstrzygnięcia z pełną optymizmu odwagą. Uwaga, którą czyni Atena – o wiele trudniejsze zadania pod Troją, a dla niego osobiście, o wiele większa waga sprawy – współczesny opowiadacz mógłby włożyć w umysł samego Odyseusza w tym doniosłym momencie. U Homera myśli tak płodne wypływają od bóstwa, i stąd są podsunięte Odyseuszowi przez Mentora, którym jest w rzeczywistości Atena. Tenże Mentor ukaże mu także jak energicznie przyjaciel może działać w takiej sytuacji dzięki samej przyjaźni. Nastrój, którego chwila wymaga zostaje osiągnięty; domniemany Mentor nie jest już potrzebny. Odyseusza nawet poczuł, kto to mówił pod postacią Mentora. Teraz ten nagle znika. To czyni przeciwników zbyt pewnych siebie, co było drugim celem Ateny. Zaczyna się regularna bitwa, a ona chciała „jeszcze wypróbować siłę i moc Odysa i jego sławnego syna” [22,237]. „Mentor poszedł sobie, głosząc czcze przechwałki” [22,249] krzyczy tryumfalnie ten sam zalotnik, który wcześniej Mentorowi groził. Ale poeta powiada nam, że „wzleciała na szczerniałe od dymu sosręby megaronu i usiadła podobna jaskółce”. Jej zniknięcie zatem, zaszło więc w ten sam sposób, co przy pierwszym jej spotkaniu z Telemachem. Poeta z pewnością nie zamierzał powiedzieć, że Atena (czy Mentor) przemieniło się w jaskółkę; jak we fragmencie wcześniej dyskutowanym, podobieństwo ma podkreślić sposób jej zniknięcia. Niewidoczna siedzi u góry na krokwi i niewidzialna (jak Apollo w Iliadzie [15,318]) wznosi tam straszliwą egidę, po czym kataklizm się zaczyna. Zalotnicy, którzy później opowiadają wydarzenie Agamamnonowi w podziemiu wiedzą jedynie, że „któregoś z bogów ma za sojusznika” [24,182]

9

Odyseusz rozpoznał Atenę w przebraniu Mentora, ale zachowywał się dokładnie, jak gdyby to był faktycznie Mentor. Nikt inny nie dostrzegł niczego nadprzyrodzonego; ani też nie powinien, gdyż u Homera epifania boskiego bytu możliwa jest do pomyślenia jedynie jako doświadczenie wybranej jednostki. Takie wydarzenia nie są rzadkie w obu eposach. Ale jeśli oczekujemy, że cud tutaj zostanie skontrastowany z naturalnymi zjawiskami, popełniamy wielki błąd. Tutaj również to, co cudowne wyrasta z naturalnych sytuacji i ukazuje człowiekowi go doświadczającemu – który pozostaje jedynym świadkiem – jego wieczne i boskie oblicze. Wprowadzenie bóstwa nie jest nigdy potrzebne, by uczynić wydarzenie zrozumiałym w naszym pojęciu. Historie te mogłyby w całości być opowiedziane bez najmniejszego odwołania do bóstwa, i nie wymagałyby żadnej istotnej zmiany. Ale duch świata Homeryckiego sprawia odwołania koniecznymi, gdyż musi powiązać każdy rozstrzygający czynnik z boskością, jakkolwiek pojmowany on być może przez nas na naturalnym gruncie. Przytoczmy również dla tego załączyć kilka charakterystycznych przykładów.

Pojawienie się Ateny w trakcie kłótni Achillesa i Agamemnona [Il. 1,193] omawiane było w innym kontekście. Achilles zapala się w swym gniewie. Zastanawia się przez mgnienie oka czy powinien powalić Agamemnona czy zapanować nad swym gniewem i już poluzowuje miecz w pochwie. W tym momencie czuje dotknięcie z tyłu, obraca się i okazuje się, że patrzy w płonące oczy bogini. Doradza mu zapanowanie nad namiętnością, a on wsuwa miecz do pochwy. Tylko Achilles widział i słyszał boginię, i to bezpośrednio przed decyzją, podczas gdy rozum i namiętność ciągle walczyły w jego piersi a kości jeszcze nie zostały rzucone – interwencja bogini sama była decyzją, zgodnie z prawdziwie greckim sposobem myślenia. Inni widzieli jedynie Achillesa zapalającego się, walczącego z sobą i jego nagłe opanowanie.

Tak jak tu manifestacja bóstwa sprawia, iż ludzka wola zwraca się w kierunku rozumu i godności, tak w krytycznych chwilach sprawia, że siły życia tryumfują nad słabością i znużeniem. Hektor pada bez przytomności gdy trafił go głaz rzucony przez Ajasa. Oszołomionego przyjaciele szczęśliwie wynieśli w bezpieczne miejsce poza zasięgiem wroga i próbowali go ożywić [14,409]. Grecy byli pewni, że zginął i świętowali. Ale nagle ich serca zamarły; mąż, o którym sądzili, że nie żyje pojawił się ponownie w szeregach wroga, żywotny i śmiały, jak gdyby nic mu się nie przydarzyło [15,269]. Powiada jeden z nich: „Hektor, co wielu Danajom wśród walk rozwiązał kolana. Teraz to samo się zdarzy - bez Dzeusa, co huczy gromami, w pierwszych szeregach tak śmiało na pewno nie zdołałby walczyć” [15,290]. Co tak naprawdę się stało, wie tylko Hektor i poeta. A poeta mówi nam to w taki sposób, że widzimy cud w zupełności zgodny z naturą. Apollo nagle zbliżył się do Hektora i natchnął go świeżą siłą i pragnieniem walki. Ale nie zbliżył się, gdy był nieświadomy i na wpół żywy. Nie wyrzekł z pełni swej boskiej mocy do człowieka, którego życie było zagrożone „Żyj!” Hektor odzyskał już świadomość. Nie leży już, ale siedzi rozpoznając otaczających go wiernych przyjaciół. Wola Zeusa, powiada poeta, ożywiła go [15,242]. W tej chwili zobaczył boga stojącego przed ni i usłyszał, jak mówi: „Synu Pryjama, Hektorze! Czemu daleko od innych siedzisz bezsilny? Czy ciebie jakie strapienie dosięgło?". Hektor nie wiedział, kim jest bóg i zadziwił się jego pytaniem. Słabym głosem powiedział, jak Ajas trafił go kamieniem i jak sądził, że nadeszła jego ostatnia godzina. Apollo wówczas ujawnia swą tożsamość; powiada Hektorowi by zebrał się na odwagę i mężnie powiódł rydwany Trojan przeciw statkom Greków. On sam poprzedzi ich i wygładzi drogę. Wówczas tchnął siłę w Hektora [15,262] i nagle wszelka słabość zniknęła. Człowiek, który dopiero co ocknął się z omdlenia szturmuje naprzód jak dobrze wykarmiony wierzchowiec bojowy, który zerwał się z uwięzi i znów wiedzie napierających z nim mężczyzn. Wspaniały powrót żywotności, jego ożywienie po wyzdrowieniu, jego wzbudzający zapał heroiczny duch – to był bóg. A ozdrowieniec widział go swymi oczami i słyszał jego głos. Ale tylko on. Nie słyszymy o żadnym wpływie na jego przyjaciół, którzy stali wszak wówczas blisko. A nawet dla Hektora to ukazania się roztopiło się w wydarzeniach, tak jak nagle się z nich wyłoniło: jak tylko Apollo napełnił go siłą i męstwem rzucił się do walki a o bogu nic więcej się nie mówi. Potem, gdy Apollo zgodnie z obietnicą idzie przed Trojanami, jest niewidzialny [15,308].

Innym razem Apollo przywołuje Hektora do rozsądku, jak Atena przywoływała Achillesa [20,375]. Hektor postanowił śmiało wystąpić przeciw Achillesowi i zachęcał swoich do ataku. Okrzyk bitewny już rozbrzmiał – kiedy Apollo stanął za nim i ostrzegł go: „Ty mi, Hektorze, do walki wręcz z Achillesem nie stawaj, ale uderzaj z gromady pospołu i z bitwy zamętu, aby nie przeszył cię włócznią lub miecza ciosem nie trafił”. Zaalarmowany Hektor wycofał się w tłum i natychmiast straszliwy Achilles wyskoczył i zabił szlachetnego Ifitiona. Tutaj wojownik został uświadomiony o strasznym niebezpieczeństwie w ostatniej chwili. Nagły przebłysk świadomości był manifestacją Apollina. Ale widział go tylko mężczyzna, do którego ostrzeżenie było skierowane. I postępuje on natychmiast zgodnie z sugestią; o bogu nic więcej się nie mówi.

Tak przekonująca jak też efektowna jest historia o tym jak Odyseusz leżąc bezsennie został pocieszony przez manifestację boskości, kiedy to, co obwieściła mu był faktycznie jedynie wnioskiem z jego własnych rozważań [Od. 20,30nn]. Ufność w boginię, której wspiarcia jest pewien kładzie kres jego niespokojnej bezsenności i zatapia się w niosącym odprężenie śnie. Ale to zaufanie samo jest skutkiem boskiej obecności. To noc przed bitwą z zalotnikami. Odyseusz rzuca się niespokojnie, gdyż obawa o dzień jutrzejszy czyni go bezsennym. Nagle Atena staje przed nim w postaci śmiertelnej kobiety, a on natychmiast ją rozpoznaje. „Czemu nie śpisz, najnieszczęśliwszy z ludzi” zapytuje go „To przecież twój dom, a w domu żona i syn, którego każdy może tobie zazdrościć”. Odyseusz wypowiada swój niepokój i wątpliwości, ale ona gani jego głupi brak wiary: „A, niecnoto! Inny by nawet lichszemu zaufał towarzyszowi, śmiertelnikowi, co wiele rozumie, a ja przecież boginią jestem, która nieustannie strzeże ciebie we wszystkich kłopotach. Powiem ci wyraźnie: gdyby pięćdziesiąt oddziałów tych ludzi znikomych osaczyło nas dysząc aresowym mordem, to i tak zabrałbyś im woły i tłuste owce. Lecz niechaj cię sen weźmie: niepotrzebnie się dręczysz tym pilnowaniem i czuwaniem - już wypłyniesz z niedoli”. Z tymi słowami zesłała na niego sen i zniknęła [20,54].

Nieco wcześniej Atena ukazała się Odyseuszowi w chwili, gdy miał dać się poznać synowi [16,155]. Odyseusz siedział, odziany jako żebrak w domu świniopasa. Eumajos odszedł a ojciec i syn zostali sami. Odyseusz ujrzał Atenę stojącą na zewnątrz i dającą mu znaki. Miała postać wysokiej i pięknej kobiety. Telemach nie dostrzegł jej obecności „nie każdemu bogowie ukazują się widomie” [16,161]. Oprócz Odyseusza jedynie psy były świadome obecności bogini. Nie szczekały, ale cofały się skomląc. Na skinięcie bogini Odyseusz wyszedł. „Już teraz synowi swojemu powiedz słowo i nie ukrywaj się, abyście uknuli zagładę zalotników i poszli do przesławnego grodu Ja sama będę z wami, gotowa do boju”. Po tych słowach dotknęła go złotą różdżką. Żebraczy i starczy wygląd zniknął a natchniony magicznie młodzieńczością i odziany w świetny ubiór Odyseusz wrócił do domu, gdzie Telemach patrzył na niego w pełnym zdumieniu. „ Ojcem twoim jestem” powiedział, ale syn nie mógł uwierzyć. Bał się, że jakiś bóg robi sobie z niego żarty, gdyż tylko bóg mógł dokonać tak cudownej przemiany jaką przed sobą oglądał [16,197]. Wówczas Odyseusz wyjaśnił mu, że to dzieło Ateny, która ma moc ukazać go raz jako żebraka, a innym razem jako dobrze odzianego młodego mężczynę: „ Łatwo panom niebios szerokich uświetnić człowieka albo oszpecić” [16,211]. Wówczas Telemach objął ze szlochem jego szyję. Kiedy wrócił Eumajos, Atena znów ukazała się Odyseuszowi, który przygotowywał wieczerzę z Telemachem. Uderzeniem różdżki znów uczyniła go starym i odzianym w żebracze łachmany, gdyż świniopas nie miał jeszcze go rozpoznać [16,454n]. Również tutaj, pomijając magiczną różdżkę i motyw przemiany nie ma niczego istotnie nienaturalnego w tych cudownych wydarzeniach. Rozpoznajemy prawdziwe rysy natury w wyższym oświetleniu, które przekształca je w plastyczne zjawiska. Nadeszła ważna chwila. Odyseusz, który dotychczas odgrywał sędziwego żebraka aby nie zostać rozpoznanym znalazł się sam na sam ze swym synem. Teraz ojciec musi dać się poznać. Ta wielka chwila, nagłe uświadomienie sobie, że to czas, przemożna doświadczenie powrotu we właściwym sensie – wszystko to było boskie, było samym bóstwem, było Ateną. Coś podobnego rodzaju wyrażone jest przez Helenę Eurypidesa, gdy nagle rozpoznaje swego męża w obcym kraju: „Bogowie! Bóstwem rozpoznanie bliskich!” [Euryp. Hellena 560]. Cała scena stoi pod znakiem bóstwa. Odyseusz czuje, że jego syn musi teraz rozpoznać ojca. Wychodzi na chwilę i wraca wyglądając młodo i królewsko, a młodzieniec zaniemówił ze zdziwienia. Oznacza to, że Atena oświeciła jego serce myślą, i przemieniło go. Dla efektu jej działań nie jest istotne, że użyła magii. W Homeryckim pojmowaniu, aby cud był poważany, musi nie tyle przezwyciężać naturę, co stanowić nieskończone wyniesienia znaczącej godziny.

Ze sceną tą musimy porównać szczęśliwe spotkanie z Hermesem, które omawialiśmy wyżej [Od. 10,277]. Na bezludnym i nieznanym miejscu, niedaleko domu Kirke, gdzie jego towarzysze zniknęli, nagle zaczepia Odyseusza młodzieniec i pyta o jego intencję z widoczną troską. Wyjaśnia, że kobieta w domu jest niegodziwą czarodziejką, która przemieniła jego przyjacióœ i może uczynić to samo z nim, jeśli nie zachowa w obcowaniu z nią roztropności i nie zabezpieczy się przeciw jej czarom magicznym zielem. Magiczne ziele rośnie w rzeczywistości pod jego stopami, a młodzieniec, w którym Odyseusz rozpoznaje Hermesa, wykopuje je. Tutaj również cielesna manifestacja bóstwa nie jest niczym innymi, niż samą oświecającą chwilą w swej najwyższej i wiecznej istocie. Odyseusz wyszedł naprzód poszukać swych towarzyszy. Wiedział jedynie o domu, o kobiecie, które śpiewała przy swym krośnie i której zaproszenie towarzysze przyjęli, po czym nie powrócili [10,254nn]. Mimo łzawych apeli posłańca, który drżał na samą myśl o powrocie do tego domu, bohater sam rzucił się w przygodę. Ujrzał już dom – i tam, w niebezpiecznej jego bliskości, jego oczy nagle się otworzyły i już wiedział wszystko: żyje tam wiedźma; zaczarowała jego wysłanników, co i jemu grozi. A ten zapalający moment nie tylko uzdolnił go do zrozumienia faktów dotyczących osobliwej kobiety w jednym błysku, ale także ukazał mu magiczne ziele wyrastające przed nim z ziemi. Wszystko to, co możemy zrozumieć tak dobrze i tak łatwo wyrazić w naszym języku, było boską osobą a głos świadomości był jej żywym słowem. To doświadczamy bezkształtnie pojawiło się otwartym zmysłom Greka jako spotkanie na drodze. Tutaj to Hermes, wzniosły duch sprzyjającej chwili i jej nagłe wiedzy, który ujawnił się samotnemu wędrowcy. O tym, jak spotkał wiekowego króla Priama w trakcie niebezpiecznej nocnej wyprawy szczegółowo mówiliśmy we właściwym kontekście. Tam także przybył jako młodzieniec; ale odchodząc ujawnił się swemu protegowanemu. Zanim mógł go zobaczyć Achilles – zniknął, gdyż „nie bardzo przystoi, aby się bóg nieśmiertelny tak spoufalał z człowiekiem” [Il. 24,463].

Człowiek walczący o życie również może ujrzeć wcielone bóstwo przed sobą, jeśli w największej potrzebie nagle odczuwa dziwną pewność i siłę. W rozpaczy zmaga się z falami Skamandra i wyrzuca bogom, że pozwalają mu umrzeć tak żałosną śmiercią. Nagle Posejdon i Atena są u jego boku, chwytają jego rękę i zapewniają, że Zeus chroni go i że potom jest przeciw niemu bezsilny. Ale Achilles, którego odwaga wcześniej stopniała tak bardzo, kroczy naprzód z niezłomnością i siłą, którą dało mu bóstwo [21,284n]. Zobaczył Posejdona i Ateną twarzą w twarz, oni sami wypowiedzieli swe imiona. Ale cud, który zdarzył się za ich sprawą nie jest niczym więcej niż zwyłym doświadczeniem pozbawionego nadziei człowieka, który pośród potoku zniszczenia nagle znów oddycha powietrzem życia i odczuwa siłę i tryumf. Achilles nie odpowiada swym boskim przyjaciołom ani sylaby, ani oni tego nie oczekują, lecz znikają tak jak się pojawili. To, co pozostaje stanowi rezultat jego ducha i członków. Nie ujęto mu trudu i zmagań, ale teraz walczy z wyższym duchem zwycięstwa.

Z pewnością najbardziej dyskutowane pojawienie się Ateny u boku Achillesa w jego walce z Hektorem [22,214] ma ten sam charakter. W momencie, w którym szale Zeusa ukazują klęskę Hektora, Apollo opuszcza go [22,213]. Chwilę wcześniej, natchnął Hektora taką żywotnością, że Achilles nie mógł go przemóc [22,203]. Teraz jednakże musi opuścić go na zawsze. Ale w tej samej chwili Atena przyłącza się do Achillesa. Szczęście opuszcza jednego i wspiera innego, jak mówimy mgliście świadomi władzy, której istota i działanie pogardza naszą mądrością. Dla przestronnego umysłu Greka to bogowie, którzy w kulminacyjnym momencie wydarzenia mogą ukazać się jedynie swym wybranym, nawet widzialnie, i których działalność nie jest niczym innym, niż naturalnym biegiem rzeczy i tajemniczymi konsekwencjami, które muszą następić zgodnie z dobrymi lub złymi znakami. Achilles widzi boginię – on jeden – i słyszy od niej z radością, że oto nadszedł moment tryumfu. Nie musi już trudzić się pościgie, gdyż Hektor teraz stanie przed nim. I właśnie to się wydarza; to pierwszy akt zguby. Hektor wierzy, że widzi towarzysza w pobliżu, który u jego boku zmierzy się ze straszliwym wrogiem. Ale złudą, która go uspokoiła co do jego losu była bogini – szczęście Achillesa, które jemu z kolei przynosi nieszczęście. Ze szlachetną odwagą zmierza na pojedynek; a w trakcie pierwszego starcia może nawet cieszyć się pogodną ufnością, gdyż włócznia Achillesa przeleciała nad nim i ugrzęzła w ziemi. Były to zatem czcze przechwałki, gdy Achilles przypisywał siebie boskie szczęście i prorokował: „Już ty mi dzisiaj nie ujdziesz! Niedługo Pallas Atena włócznią cię moją zabije! Dziś mi za wszystkie zapłacisz smutki po mych towarzyszach, których swą włócznią przebiłeś” [22,270; 22,279]. Ale zguba już od dawna się zbliża. Nawet to, co wydaje się korzyścią jest w rzeczywistości niekorzystne, gdyż wszystko cudownie obraca się na korzyść jego przeciwnika. Atena zwraca Achillosowi jest wyrzuconą włócznię [22,276]. Nie wiemy, jak to się odbyło, a Hektor tego nie zauważył. W każdym razie Achilles ponownie ma włócznię w ręku. Teraz Hektor ciska swą ją i trafia – ale odbija się od tarczy syna Peleusa [22,291n]. Dla niego jest już stracona. Wzywa więc na cały głos krzykiem swego towarzysza broni, któremu ufał, a który zniknął [22,295]. Teraz już wszystko rozumie: bogowie skazali go na śmierć. Wyobrażenie towarzysza był sztuczką bogini Ateny [22,297]. Teraz została już tylko bohaterska i chwalebna śmierć [22,304]. Dobywa swego miecza z pochwy i wyskakuje na przeciwnika – prosto na jego włócznię, gdyż jego zbroja miała wrażliwe niechronione miejsce niedaleko gardła i tam właśnie zagłębia się brąz. Historia jest prawdziwa, tak jak opowiedziana. Możemy pominąć boskie byty bez naruszania biegu wypadków. Ale wówczas byłaby prawdziwa tylko co do natury. Dzięki wprowadzeniu tego, co boskie jednakże, element przypadku znika. Szczegóły wydarzenia i ich totalność są odbite w tym, co wieczne, a jednak ani krew ani oddech obecnych żywych nie są stracone.

Nigdzie indziej w Iliadzie bóstwo nie interweniuje w bieg wydarzeń tak osobiści i spójnie jak Atena na korzyść Diomedesa w księdze piętej. Pragnie okryć go chwałą [5,2], i stąd napełnia go siłą i odwagą. Sprawia, że jego broń lśni jak płonący ogień i rzuca go w najgorętszą walkę [5,4nn]. Pierwszy rzut jego włóczni kładzie nisko szlachetnego Trojanina. Wówczas jak zimowa burza rusza przez pole bitwy i rozbija falangi Trojan [5,85]. Został trafiony strzałą łucznika Pandara [5,95nn]. Pandar się raduje wierząc, że zadał Diomedesowi śmiertelne uderzenie [5,103nn]. Ale Diomedes prosi Stenelosa by wyjął mu strzałę z barku i modli się do Ateny: "Usłysz mnie, córo Potężna Kronidy, co dzierży egidę! Jeśli pomogłaś mi kiedy lub ojcu mojemu łaskawie w bitwie okrutnej, to okaż i teraz swą łaskę, Ateno! Pozwól mi tego odnaleźć i przybliż na rzut mej włóczni, który mnie zranił i teraz przechwala się, i powiada, że już niedługo oglądać będę wspaniały blask słońca" [5,115nn]. Atena wysłuchała go. Uczyniła jego kończyny cudownie gibkimi [5,122]. Co więcej, ona sam pojawiła się przed nim i rzekła, że złożyła w w jego sercu silnego ducha jego ojca; musi wkroczyć do bitwy bez niepokoju; nie musi obawiać się bogów w ludzkiej formie, gdyż zdjęła z jego oczu zasłonę, by odróżniał bogów i ludzi; musi wystrzegać się nieśmiertelnych za wyjątkiem Afrodyty: jeśliby pojawiła się na polu bitwy musi uderzyć w nią ostrzem swego spiżu [5,124]. Słowa Ateny natychmiast stają się czynem; ona sam zniknęła, a Diomedes wyskoczył na wroga. Jeśli wcześniej był głodny boju, teraz był trzykroć bardziej dziki, jak lew, który wdarł się do zagrody owiec [5,135]. Gdziekolwiek się zwraca, jacyś Trojanie padają pod jego uderzenie. Eneasz nie rozpoznał go. Spoglądał na niego z przerażeniem i nalegał na Pandara by wycelował w niego swój łuk [5,174]. ale jednocześnie obawia się, że może to być bóg skryty w formie krwiożerczego śmiertelnika. Pandara sądzi, że rozpoznaje Diomedesa – ale wówczas myśli, że zranił go śmiertelnie strzałą chwilę wcześniej. Jeśli to rzeczywiście on, jakiś niewidzialny bóg musi mu towarzyszyć i chronić go od wszelkiej szkody. I Pandar przeklina swój łuk, który mógłby dać mu jedynie złudzenie sukcesu. Ale Eneasz przekonuje go, że oni dwaj razem mogą zmierzyć się z tym człowiekiem. Ma więc Pandar wejść na jego rydwan, chwycić lejce w dłonie i we dwóch pojechać przeciw Diomedesowi [5,240]. Diomedes został ostrzeżony o niebezpieczeństwie przez swego woźnicę Stenelosa, ale jedynie się rozgniewał jego radą, by się wycofać. Nawet nie chciał wsiąść na rydwan, by spotkać ich tak, jak jest: „Pallas Atena mi drżeć nie dozwoli” [5,256]. Stwierdza, że przynajmniej jeden z nich spotka swoje przeznaczenie; ale jeśli Atena użyczy mu wielkiej sławy zabicie obu, wówczas Stenelos ma wyprowadzić konie Eneasza z pola bitwy jako zdobycz. Walka się zaczyna. Atena prowadzi włócznię Diomedesa i Pandar pada, śmiertelnie raniony [5,290]. Eneasz zeskakuje z rydwanu by chronić ciało przyjaciela i jest trafiony kamieniem przez Diomedesa. Pada na kolana, ciemność zakrywa mu oczy i jedynie szybkie przybycie Afrodyty ratuje go od zagłady. Zabiera swego syna w ramiona, okrywa go swą szatą i zabiera [5,312]. Ale Diomedes, pamiętając instrukcje Ateny, mierzy w boginię i uderza ją w rękę swą włócznią. Afrodyta krzyczy, pozwala synowi upaść [5,343] i płacząc udaje się na Olimp. Apollo podnosi bezbronnego Eneasza i spowija go ciemną chmurą. Ale choć Diomedes rozpoznaje w nim boga [5,434], nie zamierza odstąpić, aż Apollo zagroził mu w budzącym grozę krzykiem: „Więcej rozwagi, Tydejdo! Zaniechaj mnie! Czyż z bogami chciałbyś się równać? Wszak nie jest jednaki ród nieśmiertelnych bogów, mieszkańców Olimpu, i ludzi chodzących po ziemi” [5,440]. Diomedes wycofuje się, a bóg zabiera swój nieświadomego do trojańskiego sanktuarium, gdzie Leto i Artemida go pielęgnują. Ale Trojan i Greków skłonił do walki nad widmem rannego Eneasza [5,449]. Wówczas Apollo kieruje na Diomedesa uwagę Aresa; pragnie, by zwrócił swą moc przeciw człowiekowi, który ośmielił się zaatakować nawet bogów i wyprowadzić go poza pole bitwy. Bóg wojny nie potrzebuje zachęty; przyjmuje formę Trojanina Akamanta i zagrzewa Trojan by okazali się prawdziwymi mężczyznami: „ Leży na polu bitewnym na równi z boskim Hektorem czczony Eneasz, Anchizes go spłodził o duszy wyniosłej, więc szlachetnego ocalmy dziś towarzysza wśród bitwy” [5,467]. Słowa Aresa wywarły natychmiastowy skutek i rozpaliła się ponura walka. Wspaniały dla bliskich, Eneasz, ranny mąż nad którego nieprzytomnym ciałem mężczyźni sądzili, że walczą, nagle zjawia się znów między towarzyszami. Apollo posłał go z powrotem ze swego sanktuarium i napełnił jego serce męstwem [5,512]. Ale tego nikt nie wiedział. „Ogromnie mu radzi byli, że żyje i do nich powraca nieporaniony, męstwem szlachetnym płonący. Lecz o nic go nie pytali, krwawy trud bowiem przeszkadzał” [5,514]. Wiedzeni przez Aresa i Enyo [5,592] Trojanie prą naprzód. Diomedes, który jako jedyny zdolny był rozpoznać boga w rozszalałym Akamancie, lęka się i doradza stronnikom wycofać się walcząc. Hektor i Ares sprawili wówczas rzeź wśród nich, aż wreszcie Hera i Atena za zgodą Zeusa przybyły osobiście, by pomóc zrozpaczonym Grekom. Uczyniły to w znany sposób: tłum nie jest świadomy boskiej obecności, a jedynie jedna wybrana jednostka może doświadczyć jej w momencie najwyższego znaczenia. Hera pojawia się wśród Greków w postaci Stentora [5,785] a jej potężny głos wykrzykuje hańbę na nich, za tak tchórzliwe zachowanie pod nieobecność Achillesa. Ale Atena zbliża się do Diomedesa, który stoi przy rydwanie zmęczony i chłodzący swe rany „Pallas Atena, o jarzmo rumaków wspierając się, rzekła: «Mało do ojca podobny syn urodzony z Tydeusa!... Teraz stanęłam przy tobie i będę ciebie chroniła, lecz rozkazuję ci śmiało walczyć przeciwko Trojanom. Może to bitwy trud wielki osłabił twoje kolana albo strach spętał, co serce odbiera? I odtąd nie wolno zwać ci się synem Tydeusa, dzielnego syna Ojneusa». Na to jej tak w odpowiedzi odrzekł potężny Diomedes: «Wiem, żeś bogini i córa Dzeusa, co dzierży egidę, więc rzetelnymi ci słowy odpowiem i nic nie ukryję: strach mnie nie spętał, co serce odbiera, nie zmogło znużenie, tylko pamiętam dokładnie rozkazy przez ciebie wydane - błogosławionych mi bogów kazałaś w spotkaniu unikać, wszystkich, lecz gdy Afrodyta, Dzeusowa córa, do bitwy stanie, tę mogłem jedynie ugodzić swym ostrzem spiżowym. Więc ustąpiłem sam z pola i innym także Argiwom rozkaz wydałem, by przy mnie tu zgromadzili się wszyscy. Przecież wiem dobrze, że Ares jest wodzem bitwy dzisiejszej»”. Wówczas Atena uprzejmiej: „Sercu mojemu najmilszy Diomedzie”, rzecze, „już nie unikaj w spotkaniu Aresa i nieśmiertelnych innych, bo ja dziś dla ciebie będę niezłomną obroną” [5,826-828]. I wówczas wydarzenie osiąga niezwykłe proporcje. Bogini usuwa woźnicę z rydwany Diomedesa i sama zajęła miejsce u boku bohatera. Przejęła lejce i skierowała się prosto przeciw straszliwemu przeciwnikowi, który zdzierał zbroję z zabitego; włożyła hełm Hadesowy, aby nie być rozpoznaną przez niego. Kiedy Ares zauważył Diomedesa, zostawił zwłoki i skierował się prosto na niego. Rzucił morderczo w niego swą włócznię, ale Atena złapała ją ręką, niezauważona, i pozwoliła jej przelecieć nad rydwanem. Ale gdy Diomedes cisnął swą włócznię, Atena skierowała ją prosto w dół brzucha Aresa. Gdy jego ciało zostało rozprute, Ares ryknął tak straszliwie, że Achajów i Trojan przejął paniczny strach. Wówczas Diomedes ujrzał Aresa wstępującego do niebios w mrocznym obłoku [5,835-867].

Związany z Diomedesem ciąg wydarzeń w Iliadzie pełny jest niezwykłych zdarzeń, a dla czytelnik, który ma w pamięci święte księgi ludzkości z ich tysiącami cudów, może odnieść wrażenie, że jest to zapis cudów. Ale to pogląd powierzchowny i obciążony. Jeśli czytamy historię uważnie możemy jedynie zadziwić się celnym przypisywaniem wyjątkowych doświadczeń intensywnym uczuciom pojedynczej jednostki, tutaj, jak gdzie indziej, podczas gdy poza jej zasięgiem doświadczenia te są ujmowane jako procesy czysto naturalne i znajome. Z religijnego punktu widzenia znaczące jest, że największe osiągnięcia człowieka są tutaj wprost traktowane jako czyny faktycznie osiągnięte działaniem boga. Bohater niepowstrzymanie nacierający zdaje się tak wielki wrogowi, że może jedynie traktować go jako bóstwo w ludzkim kształcie [5,117]. Ale jeśli jego włócznia ugodzi śmiertelnie jego oponenta, to dzięki temu, że Atena skierowała broń we właściwy cel. I w najśmielszym przedsięwzięciu ze wszystkich widzimy boginię samą stojącą po stronie wojownika i samą kierującą włócznię, którą cisnęła jego ręka, w ciało Aresa, tak, że został boleśnie zraniony.

Wiara, która przeważa w całym eposie, że każdy sukces – czy to tylko celne uderzenie, czy strzała, która znajduje swój cel – wskazuje bezpośrednią interwencję boskich mocy, tutaj osiągnęła swój najwyższy wyraz: wcielona bogini stoi przy swym bohaterze, przykłada rękę do zadania, a on ją widzi i rozmawia z nią. Ale jeśli rozróżnimy, co oświecony poeta może opowiedzieć o własnym doświadczeniu Diomedesa, zobaczymy, że są jedynie dwa przypadki, gdy on właściwie widzi czy słyszy boga. I zauważamy, że to nie tylko są chwile intensywnego podniecenia, ale także, że są to w istocie tylko chwile, gdyż ich cudowny składnik znika natychmiast czy staje się niewidzialny. Opowieść zaczyna się od niewidocznego wpływu bogini: inspiruje Diomedesa do walki, czyni jego zbroję lśniącą jak ogień i posyła go w środek największego zgiełku. Tylko w potrzebie, gdy krwawiący bohater dostrzega radość szczęśliwego łucznika i z największą intensywnością uczuć modli się do bogini, która kiedyś kochała jego ojca, by oddała wroga w jego władzę, czyż nie tylko ożywiła go, ale stała widzialnie przed nim i zwracała się do niego? I cóż mu rzekła? W jego największych tarapatach przypomina nagle swego ojca, który dokonał wielkich czynów z pomocą Ateny. „Nie obawiaj się” powiada „Tchnęłam ci bowiem odwagę w pierś, dawne męstwo ojcowe nieustraszone Tydeusa”. Nie musi się obawiać nawet nadludzi, gdyż Atena pozwoliła jego oczom rozróżniać i stąd rozpoznać bóstwo oraz uniknąć go, jeśliby brało udział w walce. Czymże są słowa bogini i widoczna postać jeśli nie entuzjastyczną, jeśli nawet nie ekstatyczną pewnością, że jego modlitwa została wysłuchana? Diomedes nie odpowiada. Nie może odpowiedzieć: jego boska rozmówczyni zniknęła, boska wizja natychmiast przekształciła się w wielkie wydarzenia, w czyny. Walczy, jego pasja jest potrojona, jest jak lew. Gdy inni dostrzegają jedynie śmiertelników on widzi bogów w działaniu – Afrodytę, Apollina i ostatecznie Aresa. Przed Aresem się cofa i doradza Grekom szukania schronienia. Wówczas drugi raz widzi boginię. Tym razem nie modli się. A jednak jasne jest, że boskie ukazanie się stanowi odpowiedź na potrzebę jego serca. Jej mowa, w rzeczy samej, stanowi wyrażenie jego bólu a jednocześnie chwalebnym rozwiązaniem. Można przypomnieć doświadczenie Odyseusza po zebraniu zastępów w drugiej księdze Iliady. Wszyscy ruszyli do statków by natychmiast popłynąć do domu; cały mozół i nadzieje wielu lat okazały się próżne; Troja zatryumfowała by a Grecy żeglując haniebnie do domu byliby ścigani zjadliwym śmiechem Trojan – czy to może się rzeczywiście wydarzyć? Udręczony i zmieszany takimi myślami, Odyseusz patrzył na to, co się dzieje. Nagle staje przed nim Atena, i to, co ona mówi to są dokładnie te myśli, ale także i rozwiązanie: on musi interweniować, przemówić do jednego człowieka i kolejnego, i przekonać ich o głupocie ich postępowania. Tak też tu w obecnym przypadku. Diomedes widzi siebie zmuszonego do tchórzliwego stania z boku, podczas gdy szkoda narasta gwałtownie. W swych wcześniejszych kłopotach pomyślał o swym wielkim ojcu, i tak też teraz Atena wyrzuca mu bycie niegodnym nazywania się synem zawsze nieustraszonego Tydeusa. To właśnie ta myśl, która dręczyła jego serce. Ale wie on także, że jego niesławne wycofanie się wypływa jedynie z rozkazu Ateny, która nakazywała mu nie walczyć z bogiem w ludzkiej formie. A ten Akamant walczący na czele Trojan jest Aresem. Mówi to. I teraz udręka wątpliwości rozwiewa się w cudownej pewności: wielkie wyzwanie nie jest zbyt wielkie dla niego, gdyż sama Atena będzie walczyć po jego stronie. Widzi jak wstępuje na jego rydwan, u jego boku; woźnica Stenelos znika a bogini sama bierze lejce i naciera przeciw Aresowi, który trafiony zostaje włócznią bohatera i znika w mroczne chmurze. W tej chwili opada kurtyna na ziemskie sprawy. Nie słyszymy już o Diomedesie. Nawet wcześniej zasłona rozpościerała się nad doświadczeniem bohatera. Poeta wie, że Atena stała u jego boku i mówi nam, co uczyniła. Ale sama staje się niewidoczna dla Aresa, i jeszcze pewniej dla Diomedesa. On czuje boską obecność, ale działa tak, jakby był sam. Tylko z taką wyższą wiedzą i doskonałym taktem poeta czyni nas świadkami cudu. Diomedes doświadcza tego cudu. A teraz możemy zobaczyć, jak on go doświadcza. Dla każdego innego doświadczenie cudu przez Diomedesa jest naturalnym wydarzenie; i nigdy nie dość naszego podziwu dla prawdy natury i konsekwencji z jaką poeta stawia ją przed naszymi oczami. Rzutem kamienia Diomedes rani Eneasza tak poważnie, że ten pada na ziemię a ciemność zakrywa jego oczy. Ale gdy zamierza zabić Eneasza, widzi go bezpiecznie otoczonego ramionami Afrodyty, uchodzącego przed atakiem. Ale nie poddaje się, podąża za boginią i odrzuca ją. Ale znów, ofiara unika go: widzi Eneasza pod opieką Apollina, który niesie go spowitego w mgłę. Pomimo tego zdecydowany jest uderzyć, ale bóg odrzuca go swym straszliwym głosem i znika ze swym podopiecznym. O wszystkim tym inni wojownicy nie wiedzą. Dla nich Eneasz leży nieprzytomny na ziemi, a przyjaciele i wrogowie walczą nad nim zawzięcie. Tylko poeta może powiedzieć nam, że to nie sam Eneasz a jedynie przypominające go widmo. Nikt również nie widzi Ateny z Diomedesem. Wspaniała scena, gdy staje ona u jego boku, prowadzi rydwan przeciw Aresowi, i wiedzie włócznię bohatera w ciało boga rozgrywa się przed wrogimi scenami jako zwyczajne jednostkowe starcie. Gdyż oni nie odkrywają Aresa, jak Diomedes, ale widzą jedynie Trackiego wodza Akamanta; a obecność Ateny jest przed nimi całkowicie ukryta. Koniec walki, w której bóg zostaje pokonany jest straszliwym wydarzeniem dla zastępów gdzie rzeczy naturalne i cudowne mieszają się ze sobą. Zraniony bóg krzyczy – ludzie wierzą że słyszą wrzask całego tłumu, i dreszcze przechodzi w górę i dół walczących szeregów.

10

To właśnie w najbardziej zdumiewających obrazach boskich manifestacji możemy zatem najjaśniej zobaczyć, jak obcy był duchowi prawdziwie greckiej pobożności cud w powszechnie akceptowanym znaczeniu, którego inne religie wyszukują i czczą. Pobożność ta jest tym ważniejsza z tego względu, że ten sam duch wypełnia wszystkie rzeczy, od największych, do najmniejszych, poprzez bogów, w rzeczy samej, pojmuje je jako będące wypełnione przez samych bogów; i jest całkowicie świadomy tego związku tak dalece, że nigdy nie zapomina podkreślić rolę tego, co boskie nawet, gdy czci męstwo najbardziej podziwianego bohatera. Bóstwo, które jest tu przedmiotem wiary nie jest absolutnym panem nad naturą, który przejawia swą suwerenność w swej wzniosłości, gdy zmusza naturę do działania wbrew niej samej. Jest świętością tego, co naturalne i tym, które ze swą władzą, obecnym ze swym duchem we wszystkim, co może być doświadczone i obdarzone szacunkiem przez pobożną duszę. Jest to ukazana zarówno w tym, co bardzo proste i doskonale regularne jak i w zadziwiających, wzbudzających bojaźń doświadczeniach, do których jedynie wielkie serce jest zdolne. W epice, co prawda, gdzie potężni mężczyźni działają i cierpią, to jest niezwykłe, że coraz to stawiane jest przed naszymi oczami. Ale wszędzie samo się ukazuje w tym samym sensie: nie jako cud boga tryumfującego nad naturą, ale raczej jako doświadczenie wielkiego serca, któremu – i tylko jemu – na wysokości jego bytu i działania, bóstwo ukazuje się ze zwyczajnych dróg natury.

W obliczu tego nie ma wielkiego znaczenia okoliczność, że raz w Iliadzie słońce – to jest bóg słońca – zachodzi przedwcześnie [18,239]. Okazja jest wystarczająco ważna. Po desperackiej walce Grekom ostatecznie udaje się ustrzec ciała Patroklesa przed wrogiem. „ułożyli na noszach, a drodzy w krąg towarzysze lament podnieśli. Za nimi szedł szybkonogi Achilles, łez wylewając strumienie, gdy przyjaciela wiernego ujrzał na marach”. Wówczas, przymuszone przez Herę, słońce zachodzi „ wbrew jego woli” i wszystko ucichło na polu walki. Przy nie mniej ważnej okazji w Odysei Atena powstrzymuje boginię Brzasku i wydłuża noc [Od. 23,242]. Była to noc, w której Penelopa rozpoznała swego wracającego męża i nie mogła nasycić oczu jego widokiem ani wypuścić go z objęć swych ramion. Oto wreszcie jego włóczęga i jej samotne łzy się skończyły. Ale są to odosobnione pomysły poety, a w nich każdy odczuwa naturalną prawdę, która jest podstawą ich trwałego działania. Ukazują godzinę życia w jej pamiętnej wielkości i właśnie to ujmuje nas, a nie absolutna władza boga.

Raz Iliada opowiada o cudownym czynie Apollina [15,307]. ale intensywność uczuć, której dano wzniosłe tło w tym obrazie jest niewątpliwa. Trojanie swą masą napływają do nadmorskiego obozu. Rów, fosa czy mur nie mogą powstrzymać wściekłych rydwanów. To Apollo, który idzie przed nimi. Potrząsający swą egidą rzuca na Greków taki strach, że uciekają w panice [15,320]. Podczas ataku na okop i mur „Przed nimi na czele szedł Fojbos Apollon; wał usypany nad rowem głębokim nogami potrącił, w środek rzucając do rowu, i tak im drogę wyrównał … i burzył mury Achajów bardzo łatwo. Tak kiedy chłopiec z piasku nad morzem ledwie kopiec usypie w dziecinnej igraszce, już zaraz burzy w zabawie, trącając budowlę rękami, nogami” [15,355nn]. Na początku tego opisu wprost powiedziano, że bóg był niewidzialny [15,308].

Wobec tego nieodpartego wrażenie masy dowodów te kilka niewielkich rozbieżności niewiele znaczy. Epos czyni swą koncepcję boskich rządów doskonale jasną. Obrazy, z których musimy ją poznać są w rzeczy samej dziełem poety, ale byłoby krótkowzrocznym widzieć w nich jedynie myśli jednostki czy niewielkiej grupy. W przeciwieństwie do tego, co musiało być poglądami wcześniejszego okresu, dają one wyraz rewolucji myślenia, której wagi nie można przecenić i która musi koniecznie być przyswojona, zanim poezja w rodzaju Homeryckiej mogła być możliwa. Gdyż im bardziej zadziwiającą ta osobliwa cecha wiary Homeryckiej musi jawić się nam po bliższym zbadaniu, tym bardziej warty odnotowania jest fakt, że przedstawia się ona bez patosu oraz bez krytycyzmu czy usprawiedliwienia, jako coś naturalnego i oczywistego. Przemawia tu zatem nowa rasa, która stała się kompletnie pewna swego pojmowania świata, zdolna ze spokojem dopuścić starożytne i przestarzałe elementy – i Homer zna wiele tego, co kiedyś było ważne – by wystąpiły z tła naprzód jako bajki, bez kłopotania się obcym duchem tych opowieści, który nawet dla nas jest dostrzegalny. I jeśli oczekuje się jakiegokolwiek dowodu, że to, co tu mamy nie jest zwyczajnie fantazją poety, ale greckim poglądem na świat, postawa greckiego ducha w pohomeryckim wieku musi być przekonująca. Bo czym innym jest ta postawa niż uznaniem natury, która nie jest przeciwstawiona temu, co boskie i wieczne, ale stanowi z nim jedno? Niezwykły wpływ epiki homeryckiej na myśl i twórczość Greków jest wystarczająco często podkreślany. Nie mógłby się stać przewodnikiem dla przyszłości, jeśliby nie był wyrazem prawdziwie greckiego ducha. Wyłaniając się zwycięski z pierwotnych wizji, stworzył tu swój pierwszy i wieczny monument.