Mała strata

Total votes: 1204

Lech Brywczyński

Grzegorz przerwał czytanie, odchrząknął. Wypił łyk wody ze szklanki, przetarł okulary, a potem znów omiótł wzrokiem trzymany przez siebie tekst. Rozprostował kartkę, znalazł miejsce, w którym przerwał. Wziął głęboki oddech i znów zaczął czytać.

Marcin chciał być szczęśliwy. Tylko tyle i aż tyle. Szukał szczęścia pełnego, nie uzależnionego od kaprysów zmiennego losu. Czy można go za to winić?

Zaczął od pozbycia się tych przedmiotów, bez których mógł się doskonale obyć. W każdej wolnej chwili przeglądał półki, szuflady i inne zakamarki; wyrzucał stamtąd wszystko, co mogło nie być mu już potrzebne lub być potrzebne bardzo rzadko. Wiedział, że musi się uwolnić od balastu, który ciągnie go ku temu co płaskie i przyziemne.

Żona, której nie wtajemniczał w swoje przemyślenia, była zaskoczona jego postępowaniem, ale i zadowolona. Wzięła jego wzmożoną aktywność za nagły zapał do prac porządkowych, do których nigdy przedtem nie był zbyt chętny.

Po kilku tygodniach, kiedy większość półek i szuflad świeciła już pustkami, doszedł do wniosku, że po tym wszystkim nie jest wcale spokojniejszy, nie zwiększył swojego poczucia bezpieczeństwa. Od razu odkrył, dlaczego.

„Pozbyłem się przedmiotów, nie pełniących ważnej roli w moim życiu. Ich strata wcale mnie nie zabolała. Teraz nadszedł czas na wyrzucenie tych rzeczy, które są bliskie mojemu sercu, których los nie jest mi obojętny. To będzie przykre, ale zarazem oczyszczające” - pomyślał.

Od razu przystąpił do działania. Był bezwzględny: pozbywał się, wyrzucał, rozdawał... Nigdy jednak nie oddawał swoich rzeczy ludziom, mieszkającym w sąsiedztwie, bo obawiał się, że widok znajomych przedmiotów, będących już cudzą własnością, mógłby pobudzić wspomnienia. Tracąc kolejne dobra czuł się coraz lepiej: zupełnie jakby zrzucał z siebie ciężar, który go dotąd przytłaczał.

„Własność. Posiadanie różnych rzeczy jest przyjemne, ale nieodłącznie połączone z obawą o ich utratę. Psychiczna cena towaru jest zatem wyższa od jego wartości. Lepiej nic nie mieć” - skalkulował.

Długo zastanawiał się, co zrobić ze swoim ulubionym kanarkiem: wypuścić go, sprzedać czy może komuś dać? Wypuszczenie od razu skreślił, kiedy usłyszał od znajomego o tym, że wypuszczony przez kogoś niedawno ptaszek został niemal natychmiast zadziobany przez stado wróbli.

„Rozdzióbią nas kruki, wrony” - przypomniał sobie dawną, szkolną lekturę. „Ale żeby wróble?”

W końcu oddał kanarka w prezencie sklepowi zoologicznemu, w którym kupował zazwyczaj ptasią karmę.

„Nie będę odwiedzał więcej tego sklepu, bo na widok kanarka mógłbym poczuć żal. Nie mając ptaka, nie będę też tracił pieniędzy na ptasią karmę. Ale to tylko marginalna, uboczna korzyść. Moim celem jest oszczędzać zdrowie psychiczne, a nie pieniądze, jestem człowiekiem ideowym” – pomyślał z dumą.

Przeglądanie i wyrzucanie swoich rzeczy doszło do listy jego zwykłych, codziennych zajęć. Czasem bywał zmęczony: obowiązków miał teraz więcej, a przecież dnia nie przybyło.

Żona. Justyna. Kochał ją, ale zauważył, że zaczyna traktować i ją, i tę miłość jako balast, jako przeszkodę na drodze do błogiego, szczęśliwego życia. Rozważania na ten temat pochłaniały go coraz częściej, a wnioski były z każdym dniem bardziej radykalne.

„Miłość niespełniona to brak wody w studni, miłość spełniona to wieczna obawa o to, że studnia wyschnie. Czy nie lepiej odzwyczaić się od picia wody?”

Coraz bardziej nihilistyczny stosunek Marcina do dóbr materialnych i do niej samej nie umknął uwadze żony. Najpierw była zaskoczona, potem zniecierpliwiona, rozdrażniona i oburzona, a w końcu odeszła. Tak po prostu, bez większej kłótni: spakowała się i wyszła, by nigdy więcej nie pojawić się w jego życiu.

To wydarzenie było dla niego ciosem bardzo dotkliwym, ale zniósł je mężnie. 

„Mała strata, jeszcze jedno zmartwienie mniej” - przekonywał sam siebie kiedy czuł, że zaczyna tęsknić za Justyną. Powtarzał sobie, że teraz, po rozstaniu, na pewno wiedzie się jej znakomicie. Ale sprawdzać nie zamierzał: gdyby okazało się, że jest inaczej, przejąłby się tym i jego pogodną równowagę ducha szlag by trafił.

Czasem - na szczęście rzadko! - zdarzały się chwile, kiedy tracił motywację, kiedy zaczynał wątpić w słuszność drogi, jaką obrał. W takich razach, aby znaleźć pocieszenie i umocnić się w swoich racjach, sięgał po lektury. Zazwyczaj były to powieści, których fabuły źle się kończyły, a z każdej stronicy biło pesymistyczne przesłanie. Jeśli to nie wystarczyło, sięgał po żywoty męczenników, po jakieś trudno zrozumiałe, awangardowe poematy albo demotywatory. Zawsze pomagało.

Kiedy pozbył się już niemal wszystkiego, co wiązało go z życiem, zaczął się zastanawiać nad sensem samego istnienia.

„Mój ojciec żył dziewięćdziesiąt lat. Tyle przeżył, tylu ludzi poznał... A na jego pogrzeb przyszło zaledwie kilkanaście osób, w tym krewni. To jaki ślad my po sobie zostawiamy? Jesteśmy jak kamień, który ktoś wrzuci do wody: fale się rozejdą i już po chwili znikają.”

Ten wniosek go nie zadowolił, poszedł dalej.

„Skąd wiadomo, że żyję? To, że myślę, nie musi wcale oznaczać, że jestem. Może tylko myślę, że jestem, a tak naprawdę mnie nie ma? Czuję, widzę, słyszę, ale i to o niczym nie świadczy. Ludzkie zmysły są ułomne. Przydałby się jakiś dowód na moje istnienie...”

Po namyśle doszedł do wniosku, że dowód tak taki istnieje. Śmierć, tylko śmierć! 

„Jeżeli nie istnieję, to śmierć mnie nie dotyczy. Przecież nie mógłbym stracić życia, nie posiadając go. Jeśli zatem umrę, to udowodnię, że żyłem. Będę tylko musiał ustawić kamerę, która zarejestruje moją śmierć. To będzie ważny materiał do badań.”

Z myślą o samobójstwie, nawet popełnionym dla dobra nauki, nieprędko się pogodził; w końcu przez lata przyzwyczaił się do przeświadczenia o własnej egzystencji. Był jednak nieugięty: uparcie powtarzał sobie, że  życie to nałóg, z którym trzeba zerwać.

„Kiedy byłem dzieckiem, kazali mi się ciągle uczyć... Będąc w wojsku musiałem się czołgać, brnąć przez bagno i pokonywać tor napalmowy... Potem trzeba było dawać z siebie wszystko w pracy... A problemy sercowe, rodzinne, finansowe? Tak traci się zdrowie po kawałku, a kiedy nadchodzi starość, wszystko wychodzi na wierzch. Lepiej nie czekać na emeryturę, tylko skończyć z sobą, będąc w pełni sił. I dostać się na te mityczne Wyspy Szczęśliwe, o których tyle pisali starożytni.”

Po miesiącu wewnętrznych zmagań podjął nieodwołalną decyzję - postanowił, że targnie się na swoje życie. Od tej pory zastanawiał się już tylko nad techniczną stroną zadania, nad tym kiedy i jak je wykonać.

„Kiedy? Na pewno nie w zimie. Ziemia twarda, zmarznięta, grabarze klną, bo biedzą się z wykopaniem grobu. Na pogrzebie wszyscy drżą z zimna: myślą nie o zmarłym ale o tym, kiedy wreszcie można będzie pójść na stypę i zjeść coś gorącego. Nie chcę nikomu sprawiać takich przykrości, dlatego muszę załatwić sprawę teraz, kiedy jest ciepło, kwiaty kwitną, a ptaszki śpiewają. Tak, zrobię to najdalej za tydzień, jeszcze w czerwcu” -  zadecydował.

Jak? Z odpowiedzią na to pytanie problemu nie miał: postanowił się otruć. Przypadkowo dowiedział się z telewizji, że jeden z leków, które akurat bierze, działa jak mocna trucizna, jeżeli zostanie spożyty w nadmiernej dawce.

„Biorę po pół tabletki dziennie, to ile muszę wziąć naraz, żeby z sobą skończyć? Dziesięć? Nie, to może być za mało, wezmę dwadzieścia. Albo dwadzieścia jeden, to szczęśliwa liczba. Oczko.”

Jak powiedział, tak zrobił. Niestety, zapomniał o jednym – o tym, że tuż przed zażyciem zabójczej dawki leku postawił garnek z zupą na gaz. On wkrótce stracił przytomność, a tymczasem zupa wykipiała i zgasiła płomień. Gaz zaczął się ulatniać... Konsekwencją był wybuch, który poczynił znaczne szkody w całej kamienicy, a kilku mieszkańców odniosło mniejsze lub większe obrażenia, na szczęście nie zagrażające ich życiu. Co gorsza, Marcin źle wyliczył śmiertelną dawkę leku: dwadzieścia jeden tabletek to było za mało dla jego silnego, wysportowanego organizmu. Nie umarł, po krótkim pobycie w szpitalu wrócił do zdrowia. Dlatego siedzi teraz tutaj, obok mnie, na ławie oskarżonych, a nie na Wyspach Szczęśliwych, które sobie wymarzył.

Grzegorz przerwał czytanie, napił się wody, bo zaschło mu w gardle. Rozejrzał się po sali, a potem znów przysunął do oczu swoją kartkę.

Chciałbym jednak podkreślić, Wysoki Sądzie, że wzmiankowany  wybuch był nie zamierzonym, ubocznym skutkiem działań, podjętych przez mojego klienta. Działań, dodajmy, mających na celu nie tylko dobro jego samego, w tym przypadku utożsamiane z odebraniem sobie życia, ale także dobro społeczne. Próbując popełnić samobójstwo, mój klient chciał jeszcze tym swoim ostatnim czynem przysłużyć się nauce, wzbogacić skarbnicę  ludzkiej wiedzy. Z niewielką jedynie przesadą stwierdzić można, że pragnął służyć ludzkości do ostatniego tchnienia.

Biorąc powyższe pod uwagę wnoszę, Wysoki Sądzie, o uniewinnienie mojego klienta.

Grzegorz usiadł, wziął głęboki oddech, otarł pot z czoła. Pocieszająco poklepał po ramieniu pogrążonego w ponurej zadumie Marcina.