Ostatnie urodziny

Total votes: 1015

Lech Brywczyński

Dramat w jednym akcie

 
 
 

MOTTO:

Jeśli ktoś nie popełnia samobójstwa, nie znaczy, że wybrał życie. On tylko nie potrafi się zabić.

                                                                                Ryunosuke Akutagawa

 

OSOBY:

Leon

Tadeusz

Marcin

 

 

SCENA I

Ruchliwa, śródmiejska ulica. Wysoki, młody mężczyzna w skórzanej kurtce zręcznie lawiruje między poruszającymi się ospale przechodniami. Idzie szybko: wie, że nie wolno mu się spóźnić. A już na pewno nie dziś, kiedy ma tak ważną sprawę do załatwienia.

Zawsze starał się być niezawodny, zupełnie jakby czytał w myślach innych ludzi: przychodził na czas, pamiętał o wszystkim, skrupulatnie wykonywał zlecenia, uprzedzał każde żądanie. Chwalono go za to, ale ta sytuacja miała także złe strony: wiedział, że jeśli choć raz zawiedzie, odbije się to w jego otoczeniu szerokim echem i wszyscy będą o tym mówić. Innym można było wybaczać błędy i potknięcia, jemu – nie.

 

Leon: - (w myśli) Sam jestem temu winien, za wysoko podniosłem sobie poprzeczkę... (dotarł do przejścia dla pieszych, zatrzymał się) Czerwone światło, jak na złość. A przecież każda sekunda się liczy. Muszę tam być punktualnie o siedemnastej!

 

 

SCENA II

Mieszkanie Tadeusza. Gospodarz gra w rzutki: stoi na środku pokoju i co jakiś czas, po starannym wycelowaniu, rzuca lotką w kierunku zawieszonej na ścianie tarczy. Określenie „w kierunku” jest jak najbardziej na miejscu, ponieważ gospodarz nie zawsze trafia: ślady po tych rzutach, które nie znalazły drogi do tarczy, połączyły się w okalający ją wianuszek śladów po tynku, który odpadł od ściany. Ten widok nasuwa nam myśl, że gospodarz żyje samotnie, bo trudno znaleźć kobietę, która by akceptowała taki stan rzeczy.

Dzwonek do drzwi. Gospodarz rzuca jeszcze jedną lotkę: trafia w ścianę tuż obok tarczy. Kolejna porcja tynku ląduje na podłodze. Tadeusz kręci głową, rozczarowany.

 

Tadeusz: - Wejść, otwarte!

 

Słychać kroki, po chwili do pokoju wchodzi Marcin.

 

Marcin: - (żartobliwie) Witam, witam i o zdrowie pytam!

Tadeusz: - Nie pytaj za dużo, bo się dowiesz tego, czego byś nie chciał. Nie mam nastroju do żartów.

 

Marcin swobodnym krokiem podchodzi do gospodarza i wymienia z nim uścisk dłoni. Obaj są tak na oko w tym samym wieku, gdzieś po czterdziestce, ale Marcin jest wyższy i szczuplejszy od Tadeusza.

 

Marcin: - Widzę, że nie jesteś w humorze. (spogląda na lotkę, tkwiącą w ścianie, obok tarczy) Zawsze jak masz doła to pudłujesz. Co się stało?

Tadeusz: - Za tydzień mam urodziny.

Marcin: - To przecież powód do zadowolenia!

Tadeusz: - (zniecierpliwiony) Daj spokój! Z czego tu się cieszyć? Że przeżyłem pół wieku i nie wiem co dalej?

Marcin: - Jak to nie wiesz? Żyj, Tadek! Im dłużej tym lepiej!

Tadeusz: - Mam kontynuować coś, czego sensu nie widzę? (siada na fotelu)

Marcin: - Może w końcu zobaczysz. Podobno praktyka czyni mistrzem. (siada naprzeciwko Tadeusza) Pięćdziesiąt lat to piękny wiek!

Tadeusz: - E tam... Starość na karku, ot co!

Marcin: - Przesadzasz... Każdy ma tyle lat, na ile się czuje.

Tadeusz: - Jeżeli tak, to ja jestem nestorem naszej planety... A ty? Jaki jest twój psychiczny wiek?

Marcin: - Nie wiem... To się da jakoś zmierzyć?

Tadeusz: - Wystarczy zrobić prosty test... (pochyla się, spogląda badawczo na Marcina) Twoja pierwsza myśl, kiedy widzisz młodą kobietę, która ci się podoba: miałbyś ochotę pocałować ją w usta czy w czoło?

Marcin: - (po namyśle) Kiedyś to na pewno w usta... A teraz? Obawiam się, że pozostaje mi tylko czoło, na nic innego nie miałbym szans.

Tadeusz: - To znaczy, że jesteś już starym dziadem.

Marcin: - Smutne ale prawdziwe. Nie będę zaprzeczał.

Tadeusz: - Pociesz się, że ja też tak mam.

Marcin: - Żadne pocieszenie. W kontaktach z kobietami nigdy nie brylowałeś, nawet jako student. Byłeś zbyt nieśmiały... (wskazuje wiszący na ścianie kalendarz) To będzie siódmego kwietnia, tak? Zorganizujesz urodzinową imprezę? Przyjdę do ciebie z gratulacjami i z butelką. Jeśli mnie zaprosisz. 

Tadeusz: - Może zaproszę. Acz niechętnie, bo nie traktujesz mnie poważnie.

Marcin: - (żartobliwie) Niechętnie? To nie przyjdę.

Tadeusz: - Przyjdź. Przynajmniej będę miał się z kim pokłócić. I odbyć intelektualną dyskusję na jakiś poważny temat. Cała reszta to nudziarze: z góry wiadomo co każdy z nich powie i dlaczego.

Marcin: - Długą i nudną intelektualną dyskusję. Jak ostatnio.

Tadeusz: - Tak, ze trzy miesiące temu. Na promocji tej książki, nie pamiętam tytułu... Naiwnie trwałeś przy poglądzie, że konserwatyzm to ideologia.

Marcin: - Bo tak właśnie jest.

Tadeusz: - A gdzie tam! Konkretnej, spójnej ideologii w konserwatyzmie nie ma. To raczej określona postawa wobec życia, sposób patrzenia na świat. (odkłada lotki na stół) Jakie były poglądy konserwatysty z 1750 r.? Popierał monarchię absolutną, niewolnictwo, pańszczyznę, pewnie i palenie czarownic niezbyt by mu przeszkadzało... A sto lat później, gdzieś w roku 1850? Ówczesny konserwatysta już pogodził się z republiką, z likwidacją pańszczyzny też, ale niewolnictwa jeszcze bronił. A w roku 1900? Wtedy konserwatysta stał już zdecydowanie na gruncie demokracji, pożegnał się z niewolnictwem i pańszczyzną, ale o tym, by kobiety mogły głosować w wyborach albo chodzić do pracy słyszeć nie chciał.

Marcin: - Czyli uważasz, że konserwatyzm to nic innego jak stopniowe cofanie się przed naporem życia?

Tadeusz: - (potakując) Tyle, że konserwatysta wycofuje się wolniej niż inni, zostaje z tyłu... Za czterdzieści lat ówcześni konserwatyści będą mieli poglądy tak postępowe jak dzisiejsi lewacy.

Marcin: - Śmiała teza... (śmieje się) Mam nadzieję, że nie ma w niej ani źdźbła prawdy!

 

 

SCENA III

Idąc szerokim chodnikiem, Leon powtarza w myśli cały swój plan. W najdrobniejszych szczegółach, bo wie z doświadczenia, że każdy błąd może go drogo kosztować.

 

Leon: -  (sam do siebie) Żeby tylko nie było wpadki! Muszę zachować spokój i jasność umysłu. (wziął głęboki oddech) Szkoda, że nie mogłem tam pojechać samochodem. Ale to zbyt ryzykowne, ktoś mógłby zapamiętać kolor wozu, markę albo nawet numer rejestracyjny...

 

Zapatrzył się na wielki, reklamowy billboard z roznegliżowaną panienką. Stanął, by dopiero po dłuższej chwili ruszyć dalej. Był zły na siebie.

 

Leon: - (w myśli) Co ja mam w głowie? Jak można dać się złapać na tak tani chwyt reklamowy? Powinienem być ponad to!

 

Rozdrażniony, potrącił kobietę w średnim wieku, niosącą siatki, wyładowane zakupami. Jedna z siatek wyleciała jej z ręki, z torby wysypały się bułki. Stanął, przeprosił, ruszył dalej.

 

Leon: - (sam do siebie) Może powinienem jej pomóc? Jej siatki na pewno są ciężkie. Gdybym tylko miał czas... Wyszedłem na gbura. (obejrzał się) Może kiedyś jeszcze ją spotkam, to wtedy pomogę? Jeżeli akurat będzie coś niosła. I jeśli ją poznam. Przecież nawet jej twarzy nie pamiętam.

 

 

SCENA IV

Tadeusz przechadza się po  pokoju, co jakiś czas gładząc się palcami prawej ręki po brodzie.

 

Tadeusz: - Gdybym wyprawiał urodziny, musiałyby być naprawdę huczne. Skoro następnych nie będzie...

Marcin: - Nie będzie? Dlaczego?

Tadeusz: - Tak postanowiłem. Chcę zakończyć moją zabawę w życie.

Marcin: - Na mózg ci padło?

Tadeusz: - Mówię to, co naprawdę myślę.

Marcin: - Bez żartów!

Tadeusz: - Mam czekać na starość, kiedy zapomnę jak się nazywam i nie będę umiał podnieść łyżki do ust?

Marcin: - Wcale nie musi tak być...

Tadeusz: - Ale może. Wtedy nie będę miał wyboru, teraz jeszcze mam. Dlatego wybieram samobójstwo. Umówiłem się na dziś, na siedemnastą, po to żeby...

Marcin: - Wiesz co, świrze? (stuka się znacząco w głowę) Zorganizuj te swoje urodziny w macdonaldzie. Poczujesz się jak dziecko i humor ci się poprawi.

Tadeusz: - Nie żartuj z poważnych rzeczy.

Marcin: - Albo wynajmij firmę, która organizuje wesela. Znają się na rzeczy, bez trudu wyprawią profesjonalne urodziny! Spodoba ci się i będziesz chciał mieć znów za rok taką imprezę. Będziesz chciał nadal żyć.

Tadeusz: - Imprezę? Nie będzie żadnej imprezy, tak tylko gadałem. Wszystko zostanie załatwione już dziś. (spogląda na ścienny zegar) Dlatego przed piątą ma cię tu nie być.

Marcin: - Załatwione? Co masz na myśli? I skąd u ciebie ta niechęć do życia?

Tadeusz: - (wylicza na palcach) Kariery już nie zrobię, prochu nie wymyślę, świata nie podbiję, mogę co najwyżej przewegetować te lata, które mi zostały. A tego nie chcę.

Marcin: - Wszystko widzisz w ciemnych barwach. (nalewa wody do szklanki) Uwierz mi, tylko kobieta może cię wyrwać z tej zapaści. (pije) Dziewczyny całujesz tylko w czoło, więc odpadają. Ale przecież są na świecie wolne kobiety w twoim wieku, albo o kilka lat młodsze... Poszukaj!

Tadeusz: - Nie ma mowy!

Marcin: - Dlaczego?

Tadeusz: - Co ja miałbym do zaoferowania kobiecie? Ani życia w luksusie, ani wybujałych, erotycznych doznań. Serce mam wciąż młode, ale moje zdrowie i mój wygląd mówią co innego. Co gorsza: mówią prawdę.

Marcin: - Zadbaj o siebie, zrzuć wagę... Spal trochę kalorii.

Tadeusz: - Wrzucę do pieca kostkę smalcu. Wiesz ile kalorii pójdzie z dymem?

Marcin: - Mówię poważnie...

Tadeusz: - Ja też.

 

Obaj milczą przez dłuższą chwilę, unikając nawzajem swojego wzroku.

 

Marcin: - Pamiętaj o tym, że samobójstwo to grzech.

Tadeusz: - Kto tak twierdzi?

Marcin: - Chrześcijaństwo.

Tadeusz: - I kto to mówi? Od kiedy jesteś chrześcijaninem?

Marcin: - Ja to co innego. Ale myślałem, że ty... Że dla ciebie to ważne...

Tadeusz: - Nic nie wiem o zaświatach, moje zmysły są za słabe, żeby cokolwiek mi o tym powiedzieć. Twoje zresztą też, dotyczy to wszystkich ludzi. Zgadza się?

Marcin: - No... Tak.

Tadeusz: - Nie wiemy czy bogowie istnieją ani ilu ich jest. Agnostyk zatrzymuje się w tym miejscu, czyni z tej niewiedzy swoją religię.

Marcin: - Kult niewiedzy?

Tadeusz: - Właśnie. A pozostali dokonują ślepego wyboru. Nawet ateista - on myśli, że bogów nie ma, bo żaden z nich nie szturchnął go w ramię. Tak jakby bogowie mieli obowiązek meldować ludziom swoją obecność.

Marcin: - Nie do końca zrozumiałeś, o co chodzi ateistom...

Tadeusz: - A może lepiej zrozumiałem niż oni?

 

 

SCENA V

Rozpędzony rowerzysta minął Leona dosłownie o włos. Leon aż się wzdrygnął, bezwiednie zwolnił kroku.

 

Leon: - (półgłosem) Jak można tak jeździć? Niewiele brakowało do tragedii! Gdyby mnie potrącił, wina byłaby tylko jego, bo wyskoczył mi zza pleców. Ale co by mi to pomogło? Pewnie bym w szpitalu wylądował... Dlaczego on tędy jechał?

 

Spojrzał pod nogi: ze zdziwieniem zauważył, że idzie po ścieżce rowerowej.

 

Leon: - (w myśli) Wszystko przez tę cholerną babę z torbami! Przez nią się rozkojarzyłem i mogłem mieć wypadek. Nie, nie pomogę jej, kiedy ją spotkam, mowy nie ma!

 

Spojrzał na zegarek. Z zadowoleniem stwierdził, że wszystko idzie planowo, na pewno zdąży na siedemnastą. Postanowił pokrzepić się myślą o czymś miłym, o tym co go wkrótce czeka.

 

Leon: - (rozmarzony) Polecę na antypody, na kilka tygodni a może i miesięcy, jeśli mi się tam spodoba... Zmienię otoczenie, zapomnę o wszystkim, co mnie teraz otacza. Tak... Bo i co mnie tu trzyma? Nie mam rodziny, nie mam prawdziwych przyjaciół. To będzie coś!

 

 

SCENA VI

Tadeusz siedzi na fotelu, Marcin belferskim krokiem przechadza się po pokoju, z dłońmi splecionymi z tyłu.

 

Marcin: - Jaki rodzaj śmierci sobie wybrałeś?

Tadeusz: - Mniejsza o rodzaj, liczy się końcowy efekt.

Marcin: - Nieprawda! Dobrowolna ofiara z własnego życia wymaga oprawy. Powinna być efektowna, spektakularna.

Tadeusz: - Bo ja wiem... Znałem kiedyś pewnego faceta: poważnie zachorował, znalazł się w szpitalu, ale nie miał ani ubezpieczenia, ani pieniędzy, żeby zapłacić za leczenie. Chcąc oszczędzić kosztów rodzinie, wyskoczył przez okno. (z westchnieniem) Biedny człowiek. Poświęcił swoje życie dla najbliższych. Przyznasz chyba, że była to śmierć spektakularna?

Marcin: - Które to było piętro?

Tadeusz: - To był parter.

Marcin: - Co? Przecież nic mu się nie mogło stać!

Tadeusz: - (kręci przecząco głową) Budynek szpitala stoi na pagórku, on stoczył się z tego wzgórza prosto na ulicę, pod koła nadjeżdżającego samochodu. Nie było co zbierać. (z przekonaniem) Kto się uprze, ten w każdej sytuacji znajdzie sposób, żeby skutecznie odebrać sobie życie.

Marcin: - Rozumiem, że wybrałeś defenestrację? Wyskoczysz przez okno?

Tadeusz: - Sam nie wyskoczę, mowy nie ma! Chyba że ty mnie wypchniesz.

Marcin: - Ja? W żadnym wypadku! To by było morderstwo, policja by mnie ścigała. (po chwili) Musisz to zrobić sam. Wynajmij pokój w hotelu. Na najwyższym piętrze, żebyś nie miał szans na przeżycie.

Tadeusz: - (z przekąsem) Tak mówisz,jakbyś już to robił.

 

Tadeusz wstaje. Przez chwilę spogląda w milczeniu na Marcina, a potem zaczyna spacerować po pokoju, co jakiś czas nerwowo pstrykając palcami. Marcin siada na fotelu, uprzednio zajmowanym przez Tadeusza.

 

Tadeusz: - Czuję się stłamszony przez świat i ludzi.

Marcin: - Stłamszony? Co masz na myśli?

Tadeusz: - (gestykulując) Nie wolno mi zapalić w miejscu publicznym, nie mogę jechać samochodem bez pasów, a jak głośno zaklnę, uderzę psa albo siądę na ławce w parku z butelką piwa w dłoni, od razu podejdzie do mnie policjant. To gdzie jest ta wolność?

Marcin: - Te zakazy są wprowadzane dla dobra ludzi...

Tadeusz: - Sam potrafię najlepiej określić, co jest dla mnie dobre. Nie jest mi do tego potrzebny ani policjant, ani sędzia.

Marcin: - Te przepisy są po to, żeby wyrugować z życia szkodliwe zjawiska, żeby...

Tadeusz: - (kręci przecząco głową) Nie palę, jestem abstynentem, brzydzę się przemocą, nie jeżdżę bez pasów bo nie mam samochodu, psa zresztą też nie mam. Nie naruszam żadnego przepisu, ale czynię tak z przekonania. Inni - z obawy przed karą.

Marcin: - Skoro przestrzegasz prawa, to w czym problem?

Tadeusz: - Gdyby nie było tych zakazów, byłbym jednym z nielicznych sprawiedliwych. A tak? Wtapiam się w tłum. Czym się różnię od prymitywa, który nie napada ludzi na ulicy tylko dlatego, że za to grozi kara?

Marcin: - Wolałbyś, żeby nie było zakazów, bo wtedy inni czyniliby zło, a ty nie? Jesteś szalony!

Tadeusz: - Ludzie są z natury źli i chętnie dają temu wyraz. Nie mam im tego za złe. Trudno  mieć pretensje do wilka o to, że lubi mięso.

Marcin: - Uważasz się za lepszego od innych?

Tadeusz: - To zależy. Jestem arystokratą ducha, a jednocześnie materialnym pariasem.

Marcin: - Wybuchowe połączenie.

Tadeusz: - A żebyś wiedział!

 

 

SCENA VII

Nie zwalniając kroku, Leon nerwowo pomacał się po kieszeniach.

 

Leon: - (w myśli) Wszystko na swoim miejscu. Jest gnat, są pieniądze, są bilety lotnicze, jest paszport. Wykonam robotę, a potem szybko na lotnisko i... Należy mi się bezpieczne schronienie i odpoczynek pod palmami...

 

Rozmarzył się, ale nie rozkleił. Wiedział, co ma zrobić i jak.

 

 

SCENA VIII

Marcin nadal siedzi na fotelu, Tadeusz belferskim krokiem przechadza się po pokoju, z dłońmi splecionymi z tyłu.

 

Tadeusz: - W zeszłym miesiącu robiłem badania. Wiesz jak się bałem o wynik? Całymi dniami nie mogłem myśleć o niczym innym. (tonem wyjaśnienia) Zrobił mi się na nodze wielki, wstrętny wrzód. Wyglądał podejrzanie, obawiałem się, że to może być rak. Na szczęście to był fałszywy alarm, badania wykluczyły raka. A chirurg wyciął to paskudztwo.

Marcin: - Zaraz, zaraz, czegoś tu nie rozumiem. Dlaczego martwiłeś się tym rakiem? Przecież chcesz umrzeć! Dzięki chorobie miałbyś problem z głowy.

Tadeusz: - Jaki problem?

Marcin: - Samobójstwo. Mając śmiertelną chorobę, nie musiałbyś odbierać sobie życia. Los podjąłby decyzję za ciebie. 

Tadeusz: - (zaprzecza kategorycznym gestem) O nie! Wolałbym najpierw się wyleczyć.

Marcin: - Czy ja dobrze zrozumiałem? Chcesz być w pełni zdrowy, żeby móc popełnić samobójstwo?

Tadeusz: - Coś koło tego.

Marcin: - Może prościej umrzeć od choroby, jeśli ona się akurat zdarzy?

Tadeusz: - (zaprzecza kategorycznym gestem) Chcę umrzeć, ale to ma być moja decyzja. Choroba oznaczałaby, że los decyduje za mnie, a na to zgody nie wyrażam.

Marcin: - Wiesz co? Jesteś poważnie chory, ale na takie dolegliwości się nie umiera. (puka się znacząco w głowę)

 

Na dłuższą chwilę zapada cisza.

 

Marcin: - Znamy się od lat, więc mogę ci to otwarcie powiedzieć: bez kobiety nie wyjdziesz z tego dołka.

Tadeusz: - (bezwiednie) Wyjdę, wyjdę, na pewno... (po chwili, z oburzeniem) Co ja gadam? Nie jestem w żadnym dołku, z którego musiałbym wychodzić! W żadnym! (po chwili) Zresztą ty sam... Wymądrzasz się, a od lat nikogo nie masz. Od rozwodu.

Marcin: - Jakoś daję sobie z tym radę. Lepiej niż ty, bo nie mam samobójczych myśli.

Tadeusz: - (po namyśle) Miłość? Już nie stać mnie na na porywy serca. Poza tym... Co mógłbym ofiarować kobiecie?

Marcin: - Bo ja wiem? Miłość, dobry charakter...

Tadeusz: - Chrzanisz! Mężczyzna powinien mieć trzy rzeczy: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach. Tak mówią. Ja wypadam cieniutko... (gładzi się po głowie) Fakt, moje włosy są siwe, więc to srebro można od biedy zaliczyć. Ale co z resztą?

Marcin: - Bądź optymistą. (z uśmiechem) Każdy ma jakieś zalety, nawet ty.

Tadeusz: - Kiedy się ma dwadzieścia lat, można się ożenić z miłości. Nie dbając o jutro i mając nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, że miłość pokona wszystkie przeszkody... Ale w moim wieku trzeba myśleć inaczej.

Marcin: - Jak?

Tadeusz: - Realistycznie.

Marcin: - Jeżeli nie chcesz nawiązywać trwałej znajomości, to może jakiś okazjonalny wyskok?

Tadeusz: - Przelotna znajomość? To też nie dla mnie.

Marcin: - A co jest dla ciebie? Życie ascety?

Tadeusz: - Na to wychodzi.

 

 

SCENA IX

Leon zatrzymał się przy kiosku, kupił gazetę. Szedł powoli,przeglądając kolejne strony. Znalazł interesujący go artykuł; nawet nie zauważył, jak pogrążył się w lekturze. Z zamyślenia wyrwało go dopiero niespodziewane  zderzenie z torbami, niesionymi przez kobietę w średnim wieku – tę samą,którą potrącił poprzednio. Bułki znów wysypały się na ziemię.

 

Leon: - (patrząc z gniewem na kobietę) To znowu pani? Chodzi pani za mną czy to jakiś dziwny przypadek? Trzeba trochę uważać!

 

Odwrócił się i odszedł, nie pomagając kobiecie w uporaniu się z jej torbami.

 

Leon: - (w myśli) Obiecałem sobie, że jej nie pomogę, to muszę słowa dotrzymać. Ja zawsze dotrzymuję słowa.

 

Minął skrzyżowanie, obejrzał się za siebie: kobiety z wielkimi torbami nie było już widać. Podszedł do najbliższej ławeczki, usiadł. Przypalił papierosa, odetchnął głęboko. Zaczął się zastanawiać nad rolą przypadku w swoim życiu.

 

Leon: - (w myśli) Przypadek decyduje o tym, kogo spotykamy na swojej drodze, z kim pracujemy, kogo kochamy, jak i gdzie żyjemy. Czasem przypadek decyduje i o tym czy w ogóle żyjemy. (zaciągnął się) Kiedy składałem podanie do szkoły średniej, wybrałem Technikum Leśne. Wbrew naciskom ze strony rodziców, namawiających mnie na pójście do ogólniaka. Zawsze kochałem przyrodę, chciałem zostać leśniczym. Wypełniłem formularz, już miałem go wysłać, kiedy przypomniałem sobie, że ta szkoła ma patrona. Postanowiłem wpisać nazwisko patrona do stosownej rubryki, ale miejsca było tam za mało i ten dopisek wyszedł jak jakieś bazgroły. Musiałem wypełnić nowy formularz, ale tym razem wybrałem już ogólniak... (zaciągnął się raz jeszcze) Gdyby nie ten dopisek, moje życie potoczyłoby się inaczej. Lepiej? Gorzej? Nie mam pojęcia. Ale na pewno inaczej. A to już coś. (strzepnął popiół z papierosa) Zaraz, zaraz, czyje imię nosiło to technikum? To był jakiś pisarz czy generał, nie pamiętam... To zresztą bez znaczenia. Tak, są rzeczy bez znaczenia, które odmieniają nasze życie. Inaczej: jedyne znaczenie tych rzeczy polega na tym, że zmieniły nam życie. (rzucił peta na chodnik, zgasił go energicznym przydepnięciem) Przypadek przypadkiem, ale zawsze trzeba wiedzieć, czego się pragnie. Nie znam przyszłości, nie wiem co będzie, ale wiem co chcę żeby było.

 

Wstał, przeciągnął się, spojrzał na zegarek. 

 

Leon: - (sam do siebie, półgłosem) Pora iść, robota czeka.

 

 

SCENA X

Zadzwonił telefon. Spacerujący dotąd po pokoju Tadeusz zatrzymał się, zaskoczony.

 

Tadeusz: - (do Marcina) Poczekaj chwilkę, Marcin, tylko odbiorę... Pewnie jakaś reklama. (podszedł do  telefonu, podniósł słuchawkę) Halo! Pani Grażyna? Bardzo mi miło... O co chodzi? (słucha, potakując) Tak, to da się zrobić. Mam wiertarkę, to zajmie z pięć minut, nie więcej... Pomoc nie będzie potrzebna, sam sobie poradzę. Dobrze, za chwilę u pani będę, do zobaczenia.

 

Tadeusz odłożył słuchawkę, spojrzał na zegar.

 

Tadeusz: - To była Grażyna, sąsiadka z piątego piętra. Kupiła jakiś obraz, chciałaby go powiesić na ścianie, dlatego dzwoniła. Wezmę wiertarkę i skoczę do niej.

Marcin: - (wstając) To ja w takim razie pójdę.

Tadeusz: - Jeśli byś mógł, to zostań. Zaczekaj na mnie, to długo nie potrwa. A potem jeszcze pogadamy, wypijemy coś...

Marcin: - Za wiele czasu nie mam... Ale dobrze, zaczekam. Dziesięć minut, góra piętnaście.

Tadeusz: - Świetnie! (podszedł do szafy, otworzył ją) To się nazywa sprzęt, pełna profeska! (wyciągnął wiertarkę, pokazał ją z daleka Marcinowi)

Marcin: - Nie znam się na tym, ale wygląda świetnie. (po chwili) A ta Grażyna... Jest samotna?

Tadeusz: - Tak, rozwódka. Bez dzieci.

Marcin: - Ładna?

Tadeusz: - Całkiem niezła jak na swój wiek. (w odpowiedzi na pytający wzrok Marcina) Młodsza ode mnie o pięć czy sześć lat. Czemu pytasz?

Marcin: - Może to jest właśnie to, może powinieneś się nią zainteresować?

Tadeusz: - Nie, to tylko znajoma. Mamy wyłącznie okazjonalne, formalne kontakty. Dzień dobry, wesołych świąt, co słychać i tak dalej. (z wiertarką w dłoni ruszył w stronę wyjścia) To ja zaraz wracam.

 

Tadeusz wyszedł. Marcin wolnym krokiem podszedł do fotela, usiadł. Sięgnął po leżącą na stoliku gazetę, zaczął czytać.

 

 

SCENA XI

Szybki marsz nie przeszkadzał Leonowi myśleć.

 

Leon: - Podobno facet, którego mam sprzątnąć, sam za to zapłacił. Skąd się tacy ludzie biorą? Trudno to zrozumieć. Tym lepiej, będzie o jednego psychola mniej. Co mnie to zresztą obchodzi? Dostałem zlecenie, to muszę je wykonać. Tak muszę do tego podchodzić, jeśli mam nadal pozostać profesjonalistą. (spojrzał na tabliczkę, umieszczoną na ścianie bloku, stanął) Tak, to jest ten adres. Do roboty!

 

Podszedł do budynku, otworzył drzwi. Wziął głęboki oddech, wszedł.

 

 

SCENA XII

Marcin chodzi po pokoju z telefonem komórkowym przy uchu.

 

Marcin: - Słuchaj, Tadek, ja już muszę iść! Nie jestem dozorcą, nie będę dłużej pilnował twojego mieszkania. Miało być piętnaście minut, a jest już prawie godzina... Co takiego? Co ona powiedziała? A ty, jak na to zareagowałeś? (śmieje się) No stary, jestem z ciebie dumny, okazałeś się ostrym zawodnikiem. Więc to dlatego nie chce ci się stamtąd wychodzić? Trzeba było od razu tak mówić! (półgłosem) Grażyna tego nie słyszy? Może mów ciszej... Poszła po coś do kuchni? Świetnie, że znaleźliście wspólny język. Mam nadzieję, że teraz głupie myśli wywietrzeją ci z głowy i zaczniesz myśleć o przyszłości. (po chwili) Na ile ją oceniasz? Według szkolnej skali ocen. Cztery plus? Rewelacja! Żadna z kobiet, które znam, nie ma u mnie więcej niż trzy na szynach... Będziesz ją całował w czoło czy w usta? Tak tylko pytam, odpowiedź mnie nie interesuje! (śmieje się) To kończ waść, co zacząłeś. Czeka cię dzisiaj wieczór pełen mocnych wrażeń, nie wiadomo o której się zakończy. Tylko nie zapomnij powiesić tego obrazu na ścianie, w końcu po to tam poszedłeś... (rozbawiony) Ja nie mam tu już nic do roboty. Zadzwoń do mnie jutro, wszystko mi opowiesz. Klucza nie mam, drzwi zostawię otwarte. Mam nadzieję, że nikt cię nie okradnie. To cześć, trzymaj się!

 

Schował komórkę do kieszeni marynarki. W tej samej chwili ktoś zapukał do drzwi. Marcin spojrzał na zegar.

 

Marcin: - (sam do siebie) Już piąta. Zdaje się, że Tadek ma o tej godzinie jakąś sprawę do załatwienia...

 

Podszedł do drzwi. Spojrzał przez wizjer, otworzył. Za progiem stał wysoki, młody mężczyzna w skórzanej kurtce.

 

Leon: - Dzień dobry. Szukam pana Tadeusza Kwiatkowskiego.

Marcin: - Dobrze pan trafił. Ale akurat w tej chwili to...

 

Leon wprawnym ruchem wyciągnął z kieszeni pistolet: oddał dwa strzały, po których Marcin osunął się bezwładnie na podłogę.

 

Leon: - (sam do siebie, półgłosem) Ja zawsze dobrze trafiam.

 

Schował pistolet do kieszeni. Odwrócił się, a potem pobiegł w stronę windy.

 

KURTYNA