Rzym i jego religia. Rozdział VIII

Total votes: 2149

T. Zieliński

Rozdział I | Rozdział II | Rozdział III | Rozdział IV | Rozdział V | Rozdział VI | Rozdział VII | Rozdział VIII | Rozdział IX | Rozdział X | Rozdział XI | Rozdział XII |

„Religja Tarkwinjuszów w zasadniczych swych rysach pozostała religją Rzymu republikańskiego aż do wojny z Hannibalem", — powiada Wissowa (str. 38); z uwagą tą należy się zgodzić. Oczywiście, siła przyciągająca obu ośrodków, narodowego i greckiego, nie była jednakowa; na początku kolegjum sakralne przeważało, wykazując energję, właściwą jestestwom oraz instytutom in statu nascendi: tak było do połowy wieku V. Następnie, traci ono nieco ze swego znaczenia na rzecz kultów narodowych i kolegjum pontifexów. Z jednej strony, wojny ustawiczne z plemionami Italji zwracały drogą naturalną umysły Rzymian ku czczeniu bóstw powszechno-italskich, od których zależało powodzenie bitw i wypraw wojennych; z drugiej strony, plebejusze, najżarliwsi kultów cudzoziemskich wyznawcy, osiągnąwszy dostęp ku magistraturze wyższej, nie czuli się już w tym samym, co pierwej, stopniu pasierbami Jowisza Kapitolińskiego. W wieku III obraz znowu się zmienia: -dostrzegamy wzmożoną działalność kolegjum sakralnego oraz nowy do Rzymu napływ kultów i obrzędów cudzoziemskich. Było to właśnie w tym okresie, gdy Rzym, podbiwszy ostatecznie Italję ściśle italską, zaczął ścierać-się z hellenizmem na południu półwyspu Apenińskiego (wojna z Pyrrbusem) oraz na Sycylji (pierwsza wojna punicka). Stosunki Rzymu wobec hellenizmu bywały to przyjazne, to wrogie; dziwnym zbiegiem okoliczności, i przyjaźń, i wojna, odbijały się równie dodatnio na autorytecie ksiąg Sybillińskicb. Przyjaźń z żywiołem greckim w Italji, oczywiście, podnosiła powagę tych skryptów greckich, poświęconych greckim bogom; skoro zaś stosunki się zaogniały, wówczas Rzymianie przypominali sobie, że z namaszczenia Sybilli byli oni Trojanami i sprawiedliwą toczyli wojnę z nieprzyjaciółmi swej prastarej ojczyzny. Z drugiej strony, wiek III był także okresem wzmożonego napływu do Rzymu „peregrinów", napływu, który spowodował oddzielenie pretury „peregrińskiej" od „grodzkiej", i, co za tem idzie, wzmożenie samoistności iurisgentium, któremu odpowiadało prawo duchowne kolegjum sakralnego. Można, wreszcie, wskazać też na współzawodniczenie dwóch najznakomitszych i najsławniejszych rodów Rzymu, Fabjuszów i Klaudjuszów, jako na przyczynę wzrostu kultur cudzoziemskich. Oba te rody były opiekunami plebsu, oba ubiegały się o pozyskanie względów Sybilli dla swoich celów; różnica polegała na tem, że Fabjusze, jak się zdaje, widzieli w Sybilli siłę grecką-, Klaudjusze zaś — siłę trojańską i Grekom wrogą. Stanowisko osoby trzeciej, w takich razach, bywa nader korzystne: przy jako - tako zręcznej polityce udaje się zyski ciągnąć z obu współzawodników. Tak się stało i tutaj. Fabjusze byli przywódcami partji senackiej; pod ich wpływem już w roku 217, w drugim roku wojny z Hannibalem, powzięto uchwałę, której skutkiem było zniesienie granic między bogami „krajowymi" a „przybyszami" tudzież stanowcza hellenizacjii kultu rzymskiego. Jako powód ku temu posłużyły tak zwane prodigia to jest różne, poczęści (jakoby) cudowne, poczęści wprost niezwykłe zdarzenia, które* wskazywały, rzekomo, na gniew bogów; istotną wszakże przyczyną była nienawiść senatu do konsula ówczesnego, męża zaufania demokratów, który nazbyt już otwarcie okazywał brak szacunku dla bogów rodzimych. Zachodziła, przedewszystkiem, potrzeba ofiary odkupieńczej... być może, szczera: niepodobna dziś o tem wyrokować; ale, zarazem, potrzebna była pewnego rodzaju poważna demonstracja religijna, — ażeby w oczach ludu sparaliżować wolnomyślność konsula-wodza; do tego zaś- celu ubogie ceremonje domowe nie nadawały się zgoła; należało wystąpić z całym przepychem obrzędowości cudzoziemskiej, którą piastowało kolegjum sakralne. I oto stajemy się świadkami, niezwykłego widowiska: bogi odwieczne, bogi Romulusa i Numy, zwracają się do Sybilli-przybyszki z żądaniem, odnowienia swoich kultów. Sybilla chętnie uczyniła zadość ich żądaniu; szczególniej znamienne było odnowienie kultu Saturna, starorzymskiego demona „odrodzenia zboża", któremu to bóstwu teraz właśnie poświęcono wesołą uroczystość grudniową złotego wieku, słynne Saiurnalia. Od tej chwili corocznie Rzym rozbrzmiewał w owe dni okrzykami radości io Sałurnalia!... Z mrokiem zimowym zmagał się blask świec woskowych... tych samych, jakie o tejże porzepłoną i u nas, podczas tego radosnego święta, które, w końcu Grudnia, obchodzimy ku czci Założyciela naszej religji.

Był to dopiero początek; gdy bezbożny konsul zgubą swą nad jeziorem Trazymeńskiem odkupił swoją wolnomyślność, przedsięwzięto drugą, jeszcze bardziej ważką demonstrację. Sam przywódca partji, wielki Kabjusz Kunktator, obrany dyktatorem na czas popłochu po klęsce, wystąpił w senacie z pełną siły przekonania mową o poległym konsulu, który, jego zdaniem, zawinił więcej zaniedbywaniem obrzędów religijnych, niż lekkomyślnością sztuki wojennej. Pod jego naciskiem decemviri sacrorum udali się do Sybilli: w rezultacie urządzono mnóstwo modłów i nabożeństw, lecz, między innemi, także rzecz następującą. Wystawiono podczas uroczystych „lektisternjów" sześć świętych łóż: jedno łoże — dla Jowisza i Junony; drugie — dla Neptuna i Minerwy; trzecie — dla Marsa i Wenery; czwarte — dla Apollina i Djany-; piąte — dla Wulkana i Westy; szóste — dla Merkurego i Cerery. jak czytelnik widzi, po raz pierwszy tutaj, na gruzach polidemonizmu rzymskiego, utrwala się kult greckich dwunastu bogów. „Tak—słusznie powiada Wissowa (str. 55)—powstał w Rzymie nowy krąg bogów, wytworzony poza wszelkim stosunkiem do starożytności oraz pochodzenia kultów, i rozczłonkowany na podstawie podań i obrzędów greckich. W ten sposób zniesiono prastare, sakralno-prawne rozgraniczenie między bogami „krajowymi" a „przybyszami"; nowa bogów rodzina zyskała pod mianem „bogów zjednoczonych" (di conscnfes) znaczenie urzędowe; ich złocone posągi zostały publicznie wystawione na forum".

Prawdziwym atoli tryumfem Fabjuszów była decyzja Rzymu z roku 216, aby wysiać do Delf poselstwo. Stało się to pod równoczesnem wrażeniem dwóch strasznych nieszczęść: klęski wojska rzymskiego pod Kannami i defloracji dwóch westalek. Zgrozę sytuacji ówczesnej najdobitniej oddają proste i przekonywające swą prostotą słowa Liwjusza (2 57): „Oprócz tych wszystkich nieszczęść, Rzymianie przestraszeni byli jeszcze groźnemi wróżbami, przedewszystkiem zaś tem, że w roku owym dwie westalki, Opimja i Floranja, oskarżone zostały o naruszenie, ślubów dziewictwa: jedna z nich, zgodnie z obyczajem, uśmiercona została przez zakopanie w ziemi; druga odebrała sobie życie. L. Kantyljusz, pisarz pontjfikalny — obecnie tacy zowią się młodszymi pontifexami—sprawca zbezczeszczenia Floranji chłostany był rózgami na komicji przez kapłana naczelnego, póki nie wyzionął ducha. Ponieważ bezbożność taką—co jest rzeczą pod uciskiem nieszczęść podobnych naturalną—poczytano również za wróżbę, tedy decemviri (sacrorum) otrzymali zlecenie zwrócenia się do ksiąg (Sybillińskich), Kw. Fabjusza Pictora wysłano zaś do Delf, ażeby spytał tam wyroczni, jakiemi modłami i nabożeństwami można przebłagać bogów, i kiedy nastąpi kres niedolom. Tymczasem, na podstawie ksiąg przeznaczeń, złożono kilkanaście nadzwyczajnych ofiar: tak, dwoje Gallów, mężczyzna i kobieta, nadto dwoje Greków zostali żywcem spuszczeni pod ziemię na rynku Bydlęcym i zamknięci w lochu kamiennym, który już przedtem uczyniono miejscem ofiar ludzkich, obyczajów, rzymskiemu wręcz przeciwnych". Wymieniony tu Fabjusz Pictor, jest to pierwszy kronikarz rzymski; kronikę swoją napisał w języku greckim, poczynając od wędrówki Eneasza do Italji, a kończąc, o ile sądzić możemy, na bitwie pod Kannami i swojem poselstwie do Delf. W ten sposób cała historja rzymska ujęta została w ramy religji Apollina.

Uznanie świątyni delfickiej ze strony Rzymu za najwyższy autorytet religijny, było, jak widzieliśmy, ambitnym snem polityki delfickiej jeszcze w wieku VI: teraz jednakże, wpływ świętej góry Apollina był dość szczupły, o jej zwierzchnictwie umysłowem nie mogło być nawet mowy. Z zadania swego kapłani delficcy wywiązali się niezgorzej; wiemy, przynajmiej, że Rzym posłał im dar honorowy po pierwszem zwycięstwie stanowczem, skutków atoli powodzenie ich nie miało. Również Fablusze w dalszym toku wojny postradali swój splendor: z nietajoną zazdrością patrzył główny ich rodu przedstawiciel, wielki Kunktator, na przewagi młodego bohatera, Scypjona, coraz bardziej zaćmiewające jego sławę. Nieprzychylność Fabjuszów zbliżyło Scypjonów z Klaudjuszami; pod wpływem tych dwóch rodów potężnych dokonało się jedno z walnych zdarzeń dziejów rzymskich, uświetniając swym blaskiem schyłek wojny z Hannibalem i zwracając rzymską myśl religijną na nowe drogi. O zdarzeniu tem wypada powiedzieć nieco szczegółowiej.

Jak zauważano już wyżej, Klaudjusze widzieli w Sybilli siłę trojańską; pomijając Delfy, szukali oni zbliżenia z rodzimą—jak sądzili wszyscy—ziemią Rzymu, z Troadą; nie Parnas delficki, ale Ida trojańska przyciągała ku sobie ich uwagę. Od czasów zamierzchłych czczono tam wielką Macierz bogów, zwaną po grecku Reą; gdy mity trojańskie przeniesiono do Rzymu, wówczas i „macierz" trojańska, Rea idajska, znalazła dla się miejsce właściwe w nowej ojczyźnie, jako matka Romulusa i Remusa, Rea Silvia (Silvia—przekład łaciński greckiej Idaia, „leśna"). Z biegiem czasu trojański kult Rei uległ znacznym zmianom pod wpływem pokrewnego frygijskiego kultu Cybeli, której kapłani musieli być trzebieńcami, za przykładem mitycznego wybrańca bogini, pasterza Attysa lub Attêsa, który złożył jej pierwszy tak niesłychaną ofiarę. Otóż z ową właśnie Macierzą bogów frygijską Klaudiusze zdążyli od dawna nawiązać stosunki; wyprowadzili oni nawet rodowód swój od nadmienionego Attisa (w transkrypcji łacińskiej Altus albo Atta), przesiedliwszy go do kraju sabinskiego pod imieniem Atta Clausa, i potrafili narzucić Rzymowi jego posąg z laską pastuszą i brzytwą w ręce. Rzym, wprawdzie, posąg ten wytłumaczył sobie po swojemu: na mocy swej krzywej laski posunięto Attusa do godności augura; brzytwa zaś dostarczyła powodu do zmyślenia o nim milej baśni, której opowiadać tu nie będziemy. Teraz, gdy wojna z Hannibalem była na ukończeniu, nastręczyła się Klaudjuszom sposobność ku temu, aby w sojuszu ze Scypjonami urzeczywistnić swą wypiastowaną w sercu myśl: na zasadzie ksiąg Sybdlińsktch senat rzymski postanowił przewieźć posąg Macierzy bogów z Azji Mniejszej do Rzymu. Bogini zażądała, aby w Rzymie powitali ją najlepszy mężczyzna i najlepsza kobieta: wybrano, jak należało oczekiwać, przedstawicieli obu przodujących rodów: Scypjona Nazikę oraz Klaudję Kwintę. Przeciwko Nazice nikt głosu nie podniósł, ale co do obyczajności. Klaudji krążyły pogwary nieprzychylne. Opowiemy ciąg dalszy słowami Owidjusza, lubo przedstawia on legendę naszą w postaci nie najwcześniejszej.

Macierz przybiła do ujścia Tybru, tam gdzie rzeka, szersze mając łożysko, przelewa fale bystre w nieogarniętą przestrzeli morza. Na spotkanie bogini wychodzą rycerze, poważni senatorowie, tudzież tłumy plebsu. Idą też spotykać ją matki, wiodąc córy że sobą i synowe; idą kapłanki, strzegące świętego Westy ogniska.

Mężowie idą szeregiem, wyprężając pierś bohaterską: przybyły okręt z trudem przecina falę, biegnącą naprzeciw. Susza panowała długo, i łąki były pożółkłe, spalone. Okręt, osiadłszy w haszczaeh rzecznych zatrzymał się i stanął, jak uwięziony Napróżno w ciężkiej walce mężowie gonią resztkami sił, napróżno potężne ich wysiłki jednoczy pieśu harmonijna: okręt stoi w miejscu, niby głaz martwy śród fal oceanu. Lud, zdjęty bojaźnią, czuje groźbę bożą.

 

Klaudja Kwinta wiodła rodowód swój od praszczura Klauza; młode jej lica jaśniały odbiciem szlachetności. Daremnie przecież strzegła ona wierności maiżeńskiej: złe języki smagały jej serce; bez żadnej winy robiono ją winowajczynią. Zaszkodziły jej stroje, uczesanie, wykwintne ruchy, może nazbyt swawolna mowa, gorsząca ponurych starców. Czując się atoli czystą, śmiechem odpierała wszelkie obmowy. Ach, jakże łatwo dajemy wiarę temu, kto bliźnich przed nami oczernia...

Oto idzie ona nad brzeg Tybru, porzuciwszy grono mężatek, trzykroć dłonią zaczerpuje wody przezroczystej, i, trzykroć czoło zrosiwszy, rękę potrzykroć wznosi ku niebu... Lud patrzy, zdumiony, czyżby zmysły postradała? W tem, ugiąwszy kolan, wpija się oczyma w boginię i, rozpuściwszy włosy, ozwie się do niej w te słowa:

„Wysłuchaj modlitwy mojej, miłosierna Matko błogosławionych, i pod jednym warunkiem okaż mi swoją łaskę! Słynę jako grzesznica. Poddam się, jeśli ty mnie odtrącisz: sądem bożym rażona, odkupię hańbę swą zgonem. Lecz jeśli jestem niewinna bądź ty życia mojego rękojmią. Pani niepokalana, wesprzyj niepokalanej dłoni dotknięciem"!

Rzekła, i lekką dłonią ima za linę okrętową (dziwnie brzmi ta opowieść, lecz niech teatr przyświadczy jej prawdzie)—ruszył się okręt, płynie jej śladem i sławi dłoń, która go wiedzie! Krzyk zachwytu wydarł się z piersi ludu i wyniósł się ku niebu.

 

Przytoczyłem legendę tę nietylko dla jej poetyckiego piękna, o którem przekład niedoskonałe tylko dać może wyobrażenie: niechaj czytelnik porówna ją choćby z wyżej przytoczoną legendą o założeniu kultu Djany na Awentynie (rozdział VI), a przekona się wtenczas o doniosłości zmiany, jaka od owej pory zaszła w zakresie odczuwań religijnych Rzymu. Wielka Macierz bogów nie daje się wziąć fortelem, jak prostoduszna patronka gaju nad lacus nemorensis: chce ona widzieć na czele swoich czcicieli najlepszych ludzi ówczesnego Rzymu, pierwszym zaś jej cudem w nowej ojczyźnie jest obrona -pokrzywdzonej niewinności. Cud ten nie pozostał bynajmiej zabytkiem kronikarskim; czytelnik nic pominął uwagą znamiennego zdania: „Dziwnie brzmi 1u opowieść, lecz niech teatr przyświadczy jej prawdzie". Z desek sceny głoszono Rzymianom wszystkich stanów legendę o Klaudji Kwincie i cudzie Macierzy bogów, ów pierwowzór tylu legend chrześcijańskich o podobneni orędownictwie Matki Boskiej chrześcjańskiej w obronie niewinnie oskarżonych. Orędownictwo takie możliwe jest atoli jedynie pod warunkiem zupełnego antropomorfizmu bóstwa; rzecz oczywista, że serce, które pokosztowało słodkiej ułudy podobnego względem swego boga stosunku, nie wracało już ku tym tajemniczym i beznamiętnym przerzutom Woli powszechnej, które czciła blada religja przodków. Niedość na tem: inne żywioły nowego kultu też głębiej nurtowały w duszach, niż wszystko, co było doświadczane dotąd. Niechętnie dotykamy poruszonej przed chwilą cechy w służbie wielkiej Macierzy: jest to cecha niepokaźna w zasadzie, a wręcz odrażająca w poszczególnych swoich przejawach. A przecież i ona miała pewną stronę, mogącą oddziałać na postronnego widza: ci ludzie aż do samozaparcia poświęcili swą osobowość bóstwu, które czcili; tkwiła w tem siła przekonania większa, niż w poście ku czci Cerery, lub przestrzeganym przez kapłanki zakazie czesania włosów w dniach żałoby. Co oznaczał ów obyczaj? Pytano się, dociekano, rozpamiętywano legendę o arcykapłanie Attisie, który niesłychany ów obyczaj samokalectwa wprowadził... Rzecz dziwna: w ten sposób nikt jeszcze boga swego nie kochał... Jakkolwiek gruba była forma zewnętrzna, w treści taiła się nowa potęga—potęga surowej, okrutnej ascezy. Formę Rzym odtrącił z biegiem stuleci, ale treść zachował, zachował po dzień dzisiejszy.

Wszelako i w innym jeszcze względzie wprowadzenie kultu wielkiej. Macierzy było zaraniem ery nowej w religji Rzymu; zauważyłem już wyżej, że był to kult nietyle grecki, ile wschodni. Wbrew, własnej woli, Sybilla wniosła zaród rozkładu w ten świat grecki, który pod jej błogosławieństwem tak wspaniale rozkwitnął na wdzięcznej ziemi rzymskiej: pod maską bogini greckiej, przeniesiony został do Rzymu fetysz orjentalny, jego zaś śladem nie omieszkały pójść inne greko wschodnie tudzież poprostu wschodnie bóstwa. Nowe nawarstwienie kłaść się poczyna na glebę rzymską — niepachnący, lecz żyzny nawóz prastarych wierzeń i obrzędów Wschodu, na którym zakiełkować miał i wyróść także kwiat chrześcijaństwa.