O religii społecznej

Total votes: 1114

Rousseau

Fragmenty z IV księgi, z rozdziału VIII "O religii społecznej". Przeł. Antoni Peretiatkowicz.

Gdyby zaś spytano, w jaki sposób za czasów pogańskich, kiedy państwo miało swój własny kult i swoich bogów, nie było wojen religijnych, odpowiedziałbym, że działo się tak dlatego, iż każde państwo mając zarówno własny swój kult, jak i własny rząd, nie odróżniało swoich bogów od swoich ustaw. Wojna polityczna była zarazem wojną teologiczną; dzielnice bogów były określone, że tak powiem, granicami narodów. Bóg jednego ludu nie miał żadnego prawa względem innych ludów. Bogowie pogańscy nie byli zazdrośni, dzielili między siebie panowanie nas światem. Mojżesz nawet i naród hebrajski przychylali się niekiedy do tego poglądu, mówiąc o Bogu Izraela. Uważali co prawda za nic bogów Chananejczyków, ludów prześladowanych, skazanych na zagładę, których miejsce mieli zająć, lecz oto jak mówili o bóstwach ludów sąsiednich, których zaczepiać im zakazano: "Czyż posiadanie tego – mówił Jefte do Ammonitów – co należy do waszego boga Kamosa, nie należy się wam prawnie? Z tego samego tytułu posiadamy ziemie, które nabył nasz Bóg zwycięski". Było to, jak sądzę, zupełne uznanie równości praw Kamosa i Boga Izraela.

Lecz kiedy Żydzi, dostawszy się pod panowanie królów babilońskich, a później syryjskich, nie chcieli uporczywie uznawać żadnego innego boga, prócz swojego, odmowa ta uważana za bunt przeciwko zwycięzcy ściągnęła na nich prześladowania, o jakich czytamy w ich dziejach i których przykładu nie widzimy podobnego przed erą chrześcijańską 1).

Skoro zatem każda religia jest związana jedynie z ustawami państwa, które ją nakazywało, nie było innej drogi do nawrócenia pewnego ludu, jak tylko ujarzmienie go, ani też innych misjonarzy prócz zwycięzców. Zmiana kultu była obowiązkiem prawnym zwyciężonych, trzeba było więc najpierw zwyciężyć, zanim o tym mogła być mowa. Nie tylko ludzie nie walczyli za bogów, lecz właśnie bogowie, jak u Homera, walczyli za ludzi; każdy prosił swojego boga o zwycięstwo i płacił za nie nowymi ołtarzami. Rzymianie, przed zajęciem pewnej miejscowości, wzywali jej bogów do opuszczenia jej, a kiedy zostawili Tarentyńczykom ich rozgniewanych bogów, uważali wówczas tych ostatnich za podległych swoim bóstwom i zmuszonych do składania im hołdu. Zostawiali zwyciężonym ich bogów, bo zostawiali im ich prawa. Często jedyną daniną na nich nałożoną było przysłanie wieńca dla Jowisza Kapitolińskiego.

Ponieważ wreszcie Rzymianie rozpowszechnili, razem ze swym panowaniem, kult swój i swoich bogów, a sami często adoptowali bóstwa zwyciężonych, udzielając jednym i drugim prawa obywatelstwa, narody więc tego obszernego imperium znalazły się stopniowo w posiadaniu mnóstwa bogów i kultów, prawie wszędzie jednakowych. W ten sposób ostatecznie pogaństwo stało się w całym znanym świecie jednolitą religią.

W takich to okolicznościach przybył Jezus, aby założyć na ziemi królestwo ducha; to spowodowało rozdział między systemem teologicznym a politycznym, zniosło jedność państwa i sprowadziło wewnętrzne rozłamy, które nigdy już nie przestały wstrząsać narodami chrześcijańskimi. Ponieważ zaś ta idea królestwa z innego świata nie mogła przeniknąć do głów pogańskich, ci uważali zawsze chrześcijan za prawdziwych buntowników, szukających tylko pod obłudnym pozorem poddania się, stosownej chwili, aby zdobyć niezawisłość i panowanie, a także zręcznie przywłaszczyć sobie władzę, którą niby szafowali w swej słabości. To było przyczyną prześladowań.

Rzecz, której obawiali się poganie, nastąpiła. Wtedy wszystko zmieniło oblicze; pokorni chrześcijanie zmienili mowę i wkrótce ujrzano, jak to rzekome królestwo z innego świata staje się na tym świecie, pod naczelnikiem widzialnym, najgwałtowniejszym despotyzmem.

Ponieważ zawsze jednak istniał panujący oraz ustawy społeczne, narodził się z tej podwójnej władzy wieczny spór o jurysdykcję, który uniemożliwił w państwach chrześcijańskich wszelką dobrą politykę. Nie można było też nigdy dojść do ładu z kwestią, któremu z nich, panującemu czy kapłanowi, powinno się okazywać posłuszeństwo.

Wprawdzie wiele narodów bądź to w Europie, bądź w jej sąsiedztwie chciało zachować dawny system, lecz bez powodzenia; duch chrystianizmu zawładnął wszystkim. Kult uświęcony pozostał zawsze lub stawał się na nowo niezależny od zwierzchnika, bez koniecznego związku z ciałem państwowym.

(...)

U nas królowie angielscy postawili siebie na czele kościoła. To samo uczynili carowie, lecz z tego tytułu stali się raczej sługami kościoła niż panami, zyskali bardziej władzę zachowania kościoła niż prawo do przeprowadzania w nim zmian; nie są oni w tej dziedzinie prawodawcami, lecz panującymi. Wszędzie gdzie kler tworzy jedno ciało, jest on panem i prawodawcą w swej ojczyźnie. Są zatem dwie władze dwóch zwierzchników w Rosji i Anglii, tak samo jak gdzie indziej.

Ze wszystkich filozofów chrześcijańskich tylko Hobbes widział dobrze zło i lekarstwo na nie, kiedy odważył się zaproponować połączenie dwóch głów orła i sprowadzenie wszystkiego do jedności politycznej, bez której ani państwo, ani rząd nie będą nigdy dobrze zorganizowane. Jednak powinien on był spostrzec, że właściwy chrystianizmowi duch panowania nie da się pogodzić z jego systemem i że interes księdza zawsze będzie silniejszy od interesu państwa. Politykę jego zohydziło nie tylko to, co w niej jest straszne i fałszywe, ile to, co jest słuszne i prawdziwe.

Sądzę, że roztaczając obraz faktów historycznych z tego punktu widzenia można łatwo obalić przeciwne opinie Bayle'a i Warburtona, z których jeden twierdzi, że żadna religia nie jest pożyteczna dla organizmu politycznego, a drugi przeciwnie utrzymuje, iż chrystianizm jest najmocniejszą jego podporą. Udowodniono by pierwszemu, że religia zawsze stanowiła podwalinę nowo zakładanych państw, a drugiemu, że przepisy chrześcijańskie w gruncie rzeczy bardziej szkodzą, aniżeli sprzyjają silnemu ustrojowi państwa.

(...)

Jest jeszcze trzeci rodzaj religii, bardziej dziwaczny, który daje ludziom dwa prawodawstwa, dwie głowy, dwie ojczyzny, poddaje ich powinnościom sprzecznym i nie pozwala im być jednocześnie pobożnymi i obywatelami. Taka jest religia Lamów, Japończyków, taki jest chrystianizm rzymski. Ten ostatni można nazwać religią księży. Wynika z niej pewien rodzaj prawa mieszanego – antyspołecznego, który nie ma nazwy.

Z politycznego punktu widzenia wszystkie te trzy rodzaje religii mają swoje wady. Trzeci jest tak oczywiście zły, że byłoby stratą czasu zajmować się wykazywaniem tego. Wszystko, co łamie jedność społeczną, jest bez wartości; wszystkie instytucje, które stawiają człowieka w sprzeczności z samym sobą, są na nic.

(...)

Pozostaje zatem religia człowieka, czyli chrystianizm, nie ten dzisiejszy, lecz chrystianizm Ewangelii, całkiem odmienny od pierwszego. Przez tę świętą, wzniosłą, prawdziwą religię ludzie jako dzieci jednego i tego samego Boga, uznają się za braci, a jednoczące ich społeczeństwo nie rozpada się nawet po śmierci.

Lecz religia ta, nie będąca w żadnym szczególnym stosunku z organizmem politycznym, pozostawia prawom jedynie tą siłę, którą one czerpią same z siebie, i nie dodaje żadnej innej, w wyniku czego jeden z wielkich łączników wybranych społeczeństw pozostaje bez działania. Co więcej, nie tylko nie przywiązuje serc obywateli do państwa, lecz odrywa je od wszelkich rzeczy ziemskich. Nie znam niczego bardziej przeciwnego duchowi społecznemu.

Mówią nam, że lud złożony z prawdziwych chrześcijan utworzyłby najdoskonalsze społeczeństwo, jakie można sobie wyobrazić. Widzę w tym przypuszczeniu jedną tylko wielką trudność, że społeczeństwo złożone z samych chrześcijan nie byłoby już społeczeństwem ludzkim.

Powiem nawet, że to domniemane społeczeństwo obok całej swej doskonałości nie byłoby ani najsilniejsze, ani też najtrwalsze. Dzięki swej doskonałości brakowałoby mu łączności, w doskonałości tkwiłaby jego wada destrukcyjna.

Każdy spełniałby swój obowiązek, lub byłby posłuszny prawom, naczelnicy byliby sprawiedliwi i umiarkowani, urzędnicy nieskazitelni, niesprzedajni, żołnierze gardziliby śmiercią, nie byłoby próżności ani przepychu; wszystko to jest bardzo dobre, ale zobaczymy dalej.

Chrystianizm jest religią na wskroś duchową, zajętą wyłącznie sprawami niebios; ojczyzna chrześcijanina jest nie z tego świata. Wykonuje on wprawdzie swą powinność, lecz wykonuje ją z głęboką obojętnością na powodzenie lub na niepowodzenie swych wysiłków. Byle nie miał sobie nic do wyrzucenia, mniejsza o to, czy wszystko pójdzie źle lub dobrze na tym świecie. Jeżeli państwo rozwija się dobrze, ten ledwie śmie się cieszyć szczęśliwością publiczną, bo boi się wpaść w pychę na widok sławy swego kraju. Jeżeli państwo ginie, on błogosławi rękę bożą, która zaciążyła nad jego ludem.

Aby społeczeństwo było spokojne i utrzymywała się harmonia, wszyscy obywatele bez wyjątku musieliby być równie dobrymi chrześcijanami. Skoro zaś na nieszczęście znajdzie się tam jeden ambitny, jeden obłudnik, jeden Katylina na przykład albo Cromwell, to ten z pewnością zrobi dobry interes na swoich bogobojnych współziomkach. Miłosierdzie chrześcijańskie nie pozwala źle myśleć o swoim bliźnim. Skoro on jakimś fortelem znajdzie sposób narzucenia im i zagarnięcia władzy publicznej mamy oto człowieka ubranego w godność. Bóg chce, aby go szanowano. Niebawem staje się potęgą; Bóg chce, aby jej słuchano. Kiedy depozytariusz tej władzy nadużywa jej, jest on biczem, którym Bóg karze swe dzieci. Pojawiłyby się skrupuły, żeby usunąć uzurpatora; trzeba by zakłócić spokój publiczny, użyć gwałtu, przelać krew, a wszystko to nie godzi się z łagodnością chrześcijańską. Wreszcie, co po tym, czy jest się wolnym, czy niewolnikiem na tym padole nędzy? Zasadniczy cel – dostać się do raju, a rezygnacja jest jednym ze środków prowadzących ku temu.

Gdy zdarza się wojna z wrogiem zewnętrznym, obywatele bez niechęci idą do boju, nikt nie myśli o ucieczce, spełniają swój obowiązek, lecz bez żądzy zwycięstwa; umieją raczej umierać niż zwyciężać. Czy będą zwycięzcami, czy zwyciężonymi, jakie to ma znaczenie? Czyż Opatrzność nie wie lepiej od nich, czego im potrzeba? Pomyśleć tylko, jaką korzyść potrafi odnieść z ich stoicyzmu wróg dumny, gwałtowny, namiętny! Przeciwstawcie im owe ludy szlachetne, które pożera gorąca miłość sławy i ojczyzny; porównajcie waszą republikę chrześcijańską ze Spartą lub Rzymem. Pobożni chrześcijanie zostaną pobici, zmiażdżeni, zniweczeni, zanim się spostrzegą, albo też zostaną ocaleni dzięki pogardzie, jaką będzie żywił dla nich wróg. Piękna była, moim zdaniem, przysięga żołnierzy Fabiusza. Nie przysięgali oni umrzeć lub zwyciężyć, przysięgali natomiast, że wrócą jako zwycięzcy, i przysięgi swej dotrzymali. Chrześcijanie nigdy nie przysięgli by czegoś podobnego, sądziliby, że kuszą Boga.

Lecz popełniam błąd, gdy mówię o republice chrześcijańskiej; oba te wyrazy wykluczają się nawzajem. Chrystianizm głosi tylko niewolnictwo i zależność. Duch jego za bardzo sprzyja tyranii, by nie miała ona z tego zawsze korzystać. Prawdziwi chrześcijanie są stworzeni na niewolników, wiedzą o tym i wcale się tym nie wzruszają. To krótkie życie jest zbyt mało cenne w ich oczach.

Powiadają nam, że wojska chrześcijańskie są wyborne. Ja temu przeczę. Niechaj mi je ktoś pokaże. Co do mnie, nie znam wojsk chrześcijańskich. Przytoczą mi przykład wojen krzyżowych. Nie wdając się w dyskusję o waleczności krzyżowców zaznaczę tylko, że nie byli to chrześcijanie, tylko żołnierze kapłana, obywatele Kościoła. Bili się za jego kraj duchowy, przekształcony przez niego w doczesny, nie wiadomo w jaki sposób. Ściśle biorąc to pogaństwo; skoro Ewangelia nie stworzyła religii narodowej, wszelka wojna święta pomiędzy chrześcijanami jest niemożliwa.

Pod panowaniem cesarzy pogańskich żołnierze chrześcijańscy byli dzielni,wszyscy autorzy chrześcijańscy o tym zapewniają i ja temu wierzę. Była to rywalizacja o honor z wojskami pogańskimi. Odkąd cesarze zostali chrześcijanami, współzawodnictwo ustało, a kiedy krzyż wypędził orła, cała waleczność rzymska ich opuściła.

Lecz zostawmy na boku rozważania polityczne, wróćmy do prawa i ustalmy zasady dotyczące tego ważnego punktu. Prawo, które umowa społeczna przekazuje zwierzchnikowi nad poddanymi, nie przekracza, jak powiedziałem, granic użyteczności publicznej. Poddani o tyle tylko są odpowiedzialni przed zwierzchnikiem za swe poglądy, o ile te mają znaczenie dla wspólnoty. Otóż, państwu bardzo zależy na tym, żeby każdy obywatel miał religię, która kazałaby mu kochać swe obowiązki. Jednak dogmaty tej religii obchodzą państwo i jego członków o tyle tylko, o ile dotyczą moralności i obowiązków, które wyznawcy winni wypełniać względem innych. Poza tym każdy może mieć takie poglądy, jakie mu się podobają, zapoznawanie się z nimi nie należy do zwierzchnika. Skoro bowiem jego kompetencje nie dotyczą innego świata, poznanie to, bez względu na los poddanych w życiu przyszłym, nie jest jego rzeczą, byle w tym życiu byli oni dobrymi obywatelami.

Istnieje więc czysto społeczne wyznanie wiary, którego artykuły zwierzchnik ma prawo określić, nie jako właściwe dogmaty religijne, lecz jako przekonania społeczne, bez których nie można być dobrym obywatelem i wiernym poddanym2). Nie mogąc nikogo zmusić do wierzenia w nie, może wypędzić z państwa każdego niewierzącego; może go wygnać nie jako bezbożnego, lecz jako nieuspołecznionego, niezdolnego do szczerego ukochania ustaw, sprawiedliwości i do poświęcenia w razie potrzeby swego życia obowiązkowi. Jeżeli zaś ktoś, uznawszy publicznie te dogmaty, zachowuje się jakby w nie nie wierzył, niech zostanie ukarany śmiercią – popełnił bowiem największą zbrodnię, albowiem skłamał wobec prawa.

Dogmaty religii społecznej powinny być proste, nieliczne, dokładnie wyrażone, bez objaśnień i komentarzy. Istnienie bóstwa potężnego, mądrego, dobroczynnego, przewidującego i troskliwego, życie przyszłe, szczęśliwość sprawiedliwych, ukaranie złych, świętość umowy społecznej i prawa – oto pozytywne dogmaty. Co do dogmatów negatywnych, to ograniczę się do jednego – nietolerancji, wchodzi ona w skład kultów, które wyłączyliśmy.

Ci, którzy odróżniają nietolerancję społeczną od nietolerancji teologicznej, według mnie, mylą się. Te dwie tolerancje są nierozłączne. Nie sposób żyć w pokoju z ludźmi, których się uważa za potępionych; kochać ich znaczy nienawidzić karzącego ich Boga. Trzeba ich koniecznie nawrócić albo też zamęczyć. Wszędzie, gdzie uznano nietolerancję teologiczną, musi ona mieć pewne skutki społeczne3), a skoro je ma, zwierzchnik nie jest już zwierzchnikiem, nawet w sprawach świeckich. Od tej chwili księża są prawdziwymi panami, królowie zaś tylko ich urzędnikami.

Obecnie, gdy nie ma już i nie może być wyłącznej religii narodowej, powinno się tolerować wszystkie te, które tolerują inne, o ile ich dogmaty nie zawierają niczego przeciwnego obowiązkom obywatela. Lecz kto śmie mówić, że poza Kościołem nie ma zbawienia, musi być wygnany z państwa, o ile państwo nie ma być Kościołem, a panujący arcykapłanem. Dogmat taki jest dobry tylko w rządzie teokratycznym, w każdym innym zaś zgubny. Przyczyna, dla której, jak powiadają, Henryk IV przyjął religię rzymską, powinna skłaniać do porzucenia jej przez każdego uczciwego człowieka, a przede wszystkim każdego panującego, który potrafi myśleć mądrze.


1)Najoczywistszym jest, że wojna z Fokijczykami, zwana "wojną świętą", nie była wojną religijną; miała ona na celu ukaranie świętokradców, nie zaś podbój niewiernych.

2)Cezar, broniąc sprawy Katyliny, próbował uzasadnić dogmat o nieśmiertelności duszy. Katon i Cyceron, chcąc go obalić, nie bawili się w żadne filozofowanie. Zadowolili się wykazaniem, że Cezar mówił jak zły obywatel i głosił doktrynę zgubną dla państwa. Istotnie, o tym właśnie miał wyrokować senat rzymski, nie zaś o kwestii teologicznej.

3)Małżeństwo na przykład, będące umową cywilną, ma skutki społeczne, bez których niemożliwe jest nawet istnienie społeczeństwa. Przypuśćmy więc, że kler zdoła gdzieś przywłaszczyć sobie wyłączne prawo dokonywania tego aktu – a według każdej religii nietolerancyjnej musi on z konieczności uzurpować sobie to prawo – czyż nie jest wówczas rzeczą jasną, że drogą odpowiedniego wykorzystania powagi Kościoła udaremni on władzę panującego, gdyż ten nie będzie miał wówczas innych poddanych jak tylko tych, których raczy mu dać duchowieństwo. Mając władzę udzielania lub zabraniania ludziom ślubów, zależnie od uznania przez nich pewnej doktryny, od przyjmowania lub odrzucania tej lub owej formuły, od mniejszego lub większego oddania się, postępując roztropnie i wytrwale, czyż nie jest jasne, że kler tylko będzie rozporządzał spadkami, posadami, obywatelami, nawet państwem, które nie mogłoby się ostać, gdyby złożone było z samych bękartów. Lecz – powiedzą – można będzie odwoływać się od nadużyć, odradzać, dekretować, zagarniać dobra. Marne sposoby! Jeżeli kler ma choć trochę, nie powiem odwagi, lecz zdrowego rozsądku, to spokojnie pozwoli apelować, odraczać, dekretować, zagarniać i ostatecznie pozostanie panem. To, zdaje mi się, niewielkie poświęcenie wypuścić z rąk część, gdy ktoś jest pewny, że opanuje całość.